Polskie opiekunki, towar na eksport. "Przepisy, które regulują pracę, są notorycznie omijane"

TVN24 | Polska

Autor:
Anna Machowska /asty/b
Źródło:
TVN24
"Superwizjer". Fragment reportażu "Polskie opiekunki - towar na eksport"TVN24
wideo 2/3
TVN24"Superwizjer". Fragment reportażu "Polskie opiekunki - towar na eksport"

Szacuje się, że w Niemczech zatrudnionych jest około pół miliona polskich opiekunek – głównie to kobiety po 50. roku życia z małych miejscowości, którym trudno jest znaleźć pracę w Polsce. Na ich trudnej sytuacji żerują agencje pośrednictwa, które czerpią zyski z każdego miesiąca ich ciężkiej pracy. Opiekunki wykorzystywane są ponad miarę – poddawane przemocy fizycznej i psychicznej. Nieuczciwe agencje nie zapewniają im jasnych zasad zatrudnienia, godziwej pensji ani bezpieczeństwa pracy. Reportaż Anny Machowskiej "Polskie opiekunki - towar na eksport".

Co roku około pół miliona Polek wyjeżdża opiekować się niemieckimi seniorami. Praca reklamowana jest jako stabilna, dobrze płatna i bezpieczna. Przeczą temu dramatyczne wpisy opiekunów na forach, jak również historie kobiet, do których dotarli reporterzy "Superwizjera". Jedną z nich jest Pani Barbara, która opiekowała się dwójką niemieckich seniorów. Na wyżywienie siebie oraz podopiecznych miała do dyspozycji zaledwie 50 euro tygodniowo. Zmuszona była dokładać z własnych pieniędzy. Kiedy poinformowała o tym agencję, jeszcze tego samego dnia straciła i pracę, i mieszkanie.

ZOBACZ CAŁY REPORTAŻ "SUPERWIZJERA" W INTERNECIE >>>

- Rodzina była bardzo zdenerwowana, że ja śmiałam się na nich poskarżyć, że zawsze było wszystko dobrze, była zgoda, ja wszędzie z nimi chodziłam na spacery, usługiwałam, byłam na każde skinienie, a tu nagle niewolnik się zbuntował i powiedział, że ma dość, i że zaczęłam respektować swoje prawa – mówi pani Barbara. Kobieta opowiada, że wówczas chciano ją wyrzucić z mieszkania w środku nocy. Zadzwoniła po policję. – Jak otworzyłam drzwi, to nie było żadnej rozmowy, tylko zaraz zaczęło się przeszukanie mojego pokoju – dodaje.

Doświadczenie nie jest wymagane

Mateusz jest ratownikiem medycznym pracującym w Niemczech. Zna niemieckie prawo i od sześciu lat bezinteresownie pomaga oszukanym Polakom. Chcąc pozostać anonimowym, wprowadził dziennikarzy w kulisy tej branży. – Będziesz przechodziła sobie ulicą, na spacerze, zaczepi cię pan: "Nie chcesz jechać za 1500 euro do opieki? Super, piękna, wspaniała rodzina. Nic nie będziesz robiła. Tylko po to, żebyś była" – mówi. – Jedziesz, okazuje się, że jeden leży, drugi jest na wózku. Do tego jakaś demencja albo nowotwór. Zero przerwy, zero wyjścia, wstawanie nocne. Ale jechać może każdy – dodaje.

Dziennikarze sprawdzają, jakie wymagania trzeba spełnić, żeby zostać opiekunem. Rekrutacja zazwyczaj odbywa się przez telefon. Reporterzy jednak idą do siedziby jednej z największych agencji w Polsce, by porozmawiać osobiście. Pracownica agencji wyjaśnia, że "w umowie jest zapis o tym, że to 40 godzin tygodniowo. To jest oferta z zamieszkaniem, wyżywieniem. Zarobki są uzależnione od stopnia znajomości języka". – Po kursie zazwyczaj jest od 700 euro do tysiąca. To w zależności, jak pani wzrośnie, jeżeli chodzi o kryteria – dodaje.

Bernadeta Gudowska za pośrednictwem agencji zatrudniła się jako opiekunka do osób starszych w NiemczechTVN24

Pracownica agencji wyjaśnia podającej się za kandydatkę do pracy dziennikarce, że nie trzeba doświadczenia w pracy. – Ma pani też pewnie jakieś życiowe (doświadczenie), czyli mama, babcia, koleżanka. To też się liczy – zwraca uwagę.

Mimo namowy dziennikarka nie decyduje się na pracę, ze względu na brak doświadczenia w opiece nad starszymi, schorowanymi ludźmi. W wyjeździe do Niemiec reporterzy towarzyszą z kamerą Bernadecie, jednej z doświadczonych opiekunek, żeby zobaczyć, jak w praktyce wyglądają warunki zatrudnienia i praca za granicą.

- Z wykształcenia jestem ekonomistą, pracowałam w banku 15 lat. Chociaż byłam ceniona i lubiana, musiałam zrezygnować z tej pracy – mówi Bernadeta Gudowska. Proces rekrutacji i weryfikacji kandydatów odbywa się jedynie przez telefon. Właściwie każdy w ciągu kilkunastu minut może zostać opiekunem. Nikt nie sprawdza certyfikatów, wiedzy czy doświadczenia.

- Do opieki jest pani, która ma 88 lat, waży 45 kilo. Ma drugi stopień niepełnosprawności. Mieszka z panią mąż, mąż ma 93 lata. Jest samodzielny – informuje pracownicy agencji pośrednictwa pracy. Kiedy Bernadeta mówi, że potrzebuje dzień do namysłu – słyszy, że decyzję musi podjąć teraz, bo pań, które chcą wyjechać, jest bardzo dużo. – A te oferty, że tak powiem, rozchodzą mi się jak bułeczki – dodaje pośredniczka.

W innej rozmowie Bernadetta zwraca się o przekazanie na skrzynkę elektroniczną profilu osób, nad którymi miałaby sprawować opiekę. Dowiaduje się, że agencja w ten sposób nie działa. – Jak byśmy mieli każdej osobie wysyłać oferty, to byśmy tutaj nic nie robili, tylko wysyłali, a my mamy przedstawiać ofertę i robić akceptację – wyjaśnia inny pracownik.

Jadąc do pracy nie wiedzą, co mają robić

Dziennikarze decydują się na jedną z ofert. Firma wysyła umowę zlecenie pocztą. Przedmiotem umowy jest wykonywanie usług opiekuńczych i - co zaskakujące – działania o charakterze informacyjno-rekrutacyjnym. Umowa nie zawiera za to żadnych informacji na temat podopiecznych ani zakresu obowiązków. Jedynie adres, pod który ma się stawić opiekunka. Po odesłaniu umowy firma zamawia transport. W autobusie reporterzy spotykają inne opiekunki.

"Superwizjer". Pierwsza część rozmowy w studiuTVN24

- Ja już trzy lata jeżdżę. Teraz akurat jestem z nowej firmy, ale zobaczymy, jak teraz będzie – mówi jedna z kobiet. Dopytywana o to, co działo się w starej firmie, wspomina że "miała to zlecenie niespecjalne". – Nie byłam zadowolona z tamtej firmy. Tak mnie wykorzystywali – przyznaje. – Zawsze miałam nowe zlecenia. Najgorzej mieć nowe zlecenie, jak się jest pierwszy raz, bo nie wiadomo, do kogo się jedzie – dodaje.

Mateusz opowiada o sytuacji, gdy agencja wysłała dziewczynę do kobiety z rakiem twarzoczaszki i gronkowcem. – Ta kobieta miała jedną wielką dziurę. Tak, że było widać język, nie miała pół szczęki. Podchodziło to pod oczodół po prawej stronie, jeden wielki smród, nie było opieki medycznej. Wysłano tam niewykwalifikowaną opiekunkę, która natychmiast stamtąd uciekła – mówi. – Ona jak zobaczyła tę kobietę, to stamtąd wybiegła przerażona. Tam było napisane tylko, że to jest pani z rakiem, ale stanu zdrowia już nikt nie podaje – zwraca uwagę.

Opiekunki o swoich obowiązkach dowiadują się po dotarciu na miejsce. Dziennikarze spotykają się z informatorem, byłym pracownikiem niemieckich agencji, który pomagał rodzinom seniorów w znalezieniu dobrej opiekunki. Ujawnia dokument, którego treść jest kluczowa przy doborze opiekuna.

– Rodzina sobie zażyczyła, żeby opiekunka o godzinie 8 rano wstawała, przygotowała śniadanie. Co pierwsze zrobić, to umyć pacjenta. O godzinie 8:30, maksymalnie 9, jest śniadanie, potem jest obiad i opiekunka może dopiero położyć się, jak położy pacjenta o 22:30 do łóżka – czyta informator. Pokazuje, co by zleceniodawcy chcieli, żeby opiekunka robiła. – Rozmawiała, prała, sprzątała, prasowała, najlepiej żeby umiała grać na pianinie, książki czytała – wylicza. Przyznaje, że polskie opiekunki jadąc do pracy, nie widzą tego opisu. – Są okłamywane: "Jak pani sobie ustali z rodziną, tak pani będzie miała". Bo która opiekunka by przyjechała od godziny 8 do godziny 22:30 robić przez siedem dni w tygodniu? Żadna – zapewnia.

Agencje nie przekazują opiekunkom pełnych informacji na temat stanu zdrowia osób, przy których mają pracowaćTVN24

Agencje przekazują nieprawdziwe dane na temat kompetencji opiekunek

Izabela w przeszłości rekrutowała opiekunki do pracy w Niemczech. Pracując w agencji poznała jej system działania i motywację właścicieli. – Opiekunka była maszyną do robienia pieniędzy, do przynoszenia dochodu firmie. Partner niemiecki współpracował z kilkoma polskimi agencjami. Wysyłał do wszystkich zlecenia i to było dziennie około 10-15 propozycji. – informuje Izabela Marcinek. – Albo się trafi, wstrzeli opiekunka albo nie. Zawsze jest następna osoba do dyspozycji, jeżeli rodzina nie zrezygnuje po tej jednej – dodaje.

Mateusz wyjaśnia, że często jest tak, że potrzebują pielęgniarki wykwalifikowanej. – Trzeba mieć w Niemczech zawód Krankenschwester, żeby móc ten zawód wykonywać. Firma napisała kobiecie, która była nauczycielką, wyjechała sobie dorobić. Odmówiła wykonywania czynności, ona nawet nie wiedziała, co ma zrobić z pacjentem. Rodzina się bardzo zdenerwowała, pokazała papiery, profil tej opiekunki i tam było napisane wyraźnie, że ona jest wykwalifikowaną pielęgniarką – wspomina.

Polskie firmy używają w swoich nazwach sformułowań medycznych z dopiskiem 24. Stąd przekonanie niemieckich rodzin, że zatrudniają pielęgniarkę gotową do pracy przez całą dobę. Urszula od pierwszego zlecenia była proszona o wykonanie czynności medycznych.

"Superwizjer". Druga część rozmowy w studiu

– Była to na przykład odleżyna, którą trzeba było smarować regularnie kremem. Nam tego robić nie wolno. Od odleżyn jest odpowiednia służba. Na kolejnych stanowiskach było to na przykład robienie lewatywy. Tego też nam robić nie wolno. Jest to czynność medyczna – mówi była opiekunka osób starszych Urszula Borowa. – My możemy gotować, możemy zajmować się domem, spędzać z tymi ludźmi czas, ale nie wykonywać czynności medycznych – podkreśla.

Rodzina niemiecka średnio płaci za opiekę 2700 euro miesięcznie od jednego podopiecznego. Umowę na znalezienie opiekunki podpisuje z niemieckim pośrednikiem, do którego trafiają pieniądze. Pośrednik nie szuka opiekunki w Niemczech, bo koszt zatrudnienia niemieckiego pracownika jest dużo wyższy niż w Polsce. Dlatego zleca znalezienie opiekunki polskiej agencji i za każdy miesiąc jej pracy pobiera 700 euro. Polska agencja za zwerbowanie opiekunki kasuje od 400 do 1300 euro miesięcznie. Przeciętna agencja zatrudnia 80 opiekunek, co daje jej średnio przychody w wysokości 80 tysięcy euro, czyli 360 tysięcy złotych miesięcznie.

- Od góry dostawałam coraz więcej nacisków z tego powodu, że jak postawimy filię, będziemy opływać w pieniądze – mówi Izabela Marcinek. – Zauważyłam, że mogę opływać, ale nie kosztem ludzi – dodaje.

Okazuje się, że przed Bernadetą Gudowską agencja zataiła podstawowe informacje o rodzinie. – On nie ma z głową normalnie. On ma alzheimera agresywnego. On jest złośliwy momentami, na nią się drze – mówi.

Mateusz informuje, że w rzeczywistości opiekunki zarabiają od 5 do 45 centów. – Nawet nie pokrywają jednego euro – podkreśla. Tłumaczy, że wyliczenia wynikają z liczby godzin pracy opiekunki. – Biorę pod uwagę tylko to, co nazywa się wynagrodzeniem. Bo przelew, który otrzymuje opiekunka, jest podzielony na dietę i wynagrodzenie za pracę. A wynagrodzenie sięga 40-50-100 euro za miesiąc ciężkiej pracy – wyjaśnia.

"To są ludzie pozostawieni sami sobie"

Umowy z agencją zawierają szereg nieprawidłowości i kruczków prawnych. Pierwszy z nich to zaniżona kwota wynagrodzenia, dzięki czemu firmy płacą niższe podatki. Kolejny zapis mówi o 40-godzinnym tygodniu pracy, który nie jest przestrzegany. Każda umowa zawiera kary finansowe dla opiekunki, często przekraczające wysokość wynagrodzenia. Chroni więc interesy tylko jednej ze stron – agencji. Inny z zapisów mówi też o tym, że praca odbywa się na terenie kraju, a wyjazd do Niemiec to delegacja. Agencje stwarzają więc pozory, że opiekunka zatrudniona jest u nich na stałe, jako roznosicielka ulotek, bądź rekruterka.    

Opiekunki jadąc do pracy są pewne, że posiadają ubezpieczenie. O tym, że jest inaczej dowiadują się w momencie, gdy zdarzy się wypadek albo kiedy dostaną rachunek za leczenie w Niemczech. Pani Urszula uległa wypadkowi w domu podopiecznego.

– Spadłam ze schodów. Zrobiło mi się tak słabo, że położyłam się na podłodze. Leżałam tam kilkanaście minut na podłodze. Napisałam maila do firmy, nikt nie odpowiedział pisemnie, tylko zadzwoniono do mnie i właściwie to zaczęto na mnie krzyczeć, czego ja właściwie chcę – mówi. – Kilka miesięcy z nimi walczyłam. Chodziło mi o to, żeby dostać odszkodowanie z ZUS-u za ten wypadek, ponieważ ja pół roku odczuwałam dolegliwości bólowe. Okazało się, że w związku z tym, że nie miałam zdrowotnego wykupionego, opłaconego, zgłoszonego, to w ogóle nic mi się nie należy – dodaje.

- To są ludzie pozostawieni sami sobie, o wszystko muszą martwić się sami. Jak jest problem, firmy nie chcą już odbierać telefonów od takiej opiekunki – zwraca uwagę Mateusz.

- Wyraźnie były stwierdzenia: "Nie rozmawiaj z opiekunką tak za bardzo, nie staraj się jej zrozumieć, to nie o to chodzi. My mamy rodzinę, musimy zabezpieczyć zlecenie" – przyznaje Izabela Marcinek.

Pani Barbara w brutalny sposób została wyrzucona z domu przez podopiecznych. – Doskoczyli do mnie, zaczęli mi wykręcać ręce, założyli mi kajdanki. Pobili mnie i zaprowadzili do radiowozu w pozycji zgiętej jak bandytkę. Później zaprowadzili mnie do celi – relacjonuje pani Barbara. – Z tego wszystkiego straciłam przytomność. Jak się ocknęłam, byłam w szpitalu – dodaje. Pobita i wyrzucona z pracy wróciła do Polski. Agencja nie stanęła w jej obronie w sporze z niemiecką rodziną.

Niektóre opiekunki zmuszone są do życia w skandalicznych warunkachTVN24

"Nie wolno do klienta mówić, że pani jest na czarno"

Opiekunki często spotykają się z brakiem zaufania. Podejrzewane są o kradzieże i nieuczciwość. O tym przekonała się również Ewa. – Pracowałam od 7:30 do 21, później zamykano mnie za kratami. Zamykały się kraty, włączał się alarm i nie miałam nigdzie wyjścia: do kuchni czy do toalety – mówi Ewa. – Nie mogłam wzywać pomocy w razie pożaru. Pytałam rodzinę, dlaczego tak jest. Odpowiedzieli mi, że poprzednia opiekunka niby ich okradła. Poinformowałam firmę oraz rodzinę, że chcę stamtąd wyjechać. O godzinie 12, kiedy byłam spakowana, do mojego pokoju wtargnęły cztery osoby – dodaje.

Na nagraniu, które zarejestrowała Ewa, można usłyszeć, jak otrzymuje informację, że będzie w hotelu. – Załatwisz sobie busa, bus przyjedzie i cię odbierze – usłyszała. Na stwierdzenie Ewy, że chce być odwieziona tam, skąd ją zabrano, słyszy, że "takiego komfortu ci już teraz nie zafunduję". – Wyprowadzamy się, otwieramy walizki, sprawdzamy, co jest w walizkach, żeby nie było obciążenia – powiedziała kobieta z agencji.

- Przeszukano mnie bez żadnej podstawy – mówi Ewa. – Czułam się naprawdę bardzo źle. Dwóch facetów stojących w drzwiach. Czułam, jakby mi chciano coś podłożyć, czułam się zastraszona. Ja się bałam jeszcze po powrocie do Polski. Potrzebowałam pomocy psychiatry, potrzebowałam opieki psychologa i leków, żeby dojść do siebie – dodaje.

Urszula Borowa mówi, że w pewnym momencie poczuła się wypalona zawodowo. – Nie jestem już w stanie pracować w ten sposób – podkreśla. Przyznaje, że wciąż nie poradziła sobie z depresją. – Wylądowałam u psychologa, potem u psychiatry. Byłam przez pół roku na lekach. Ona wraca – stwierdza.

Bernadeta Gudowska poprosiła o spotkanie z niemiecką koordynatorką, bo nadal nie ma ubezpieczenia pracowniczego. Koordynatorka wyjaśnia, że procedura trwa kilka dni. – Ale nie wolno do klienta mówić, że pani jest na czarno. Jak to tak? – zwraca uwagę koordynatorka. Bernadeta wyjaśnia, że zgłosiła, jak to w rzeczywistości wygląda. – Pani nie jest tutaj na czarno. Pani ma normalną umowę i jest ubezpieczona – zapewnia koordynatorka.

Mateusz przyznaje, że "dziewczyny mają się czego bać". – Niektóre firmy są dość agresywne. Mają dość agresywnych właścicieli. Mówimy o dużych pieniądzach, więc nie zawsze jest to ktoś normalny – zwraca uwagę.

Ewa wspomina, że pośredniczka po jej ucieczce wstawiła post na Facebooku, że jest oszustką, złodziejką i osobą nieuczciwą. – Czyli zamknęła mi dojście do pracy, bo wstawiła to na forum publicznym – stwierdza.

Pani Barbara pokazuje, jakie otrzymuje maile. "Czy zauważyłaś jak już patrzą na ciebie świrze sąsiedzi? Zmień miejsce zamieszkania, bo już jesteś skończona jeb… krowo" – czyta. "Jesteś śmieciem, który zanieczyszcza powietrze, a śmieci trzeba posprzątać. Przesyłam ci zdjęcie korali" – czyta dalej, a na zdjęciu widać fotografię wisielczej pętli.

Rozmowa z przedstawicielami agencji pośrednictwa pracy

Opiekunki twierdzą, że są wykorzystywane, oszukiwane i okradane przez pośredników. Dziennikarze wrócili do agencji, żeby zapytać, dlaczego tak się dzieje. – Państwo oferujecie 2,91 euro za godzinę. Tymczasem najniższa stawka w Niemczech to jest 9,35 euro za godzinę. Dlaczego proponujecie stawki, które są niezgodne z prawem? – pyta dziennikarka. – Generalnie musielibyśmy to przeanalizować, bo takiej opcji nie ma, oczywiście – zarzeka się przedstawiciel firmy.

– Być może to jest też tak, że rekruter niedoświadczony coś źle powiedział, coś pani źle zinterpretowała. Trzeba usiąść jak do rozmowy rekrutacyjnej, na to wszystko spojrzeć – wyjaśnia reprezentująca firmę kobieta. – Mamy kalkulatory, które pokazują dokładnie, co i jak wygląda – zapewnia. - Niczego nie robimy niezgodnie z prawem. Teraz musimy ustalić fakty, przeanalizować i szybko dojdziemy, po kolei, do faktów – dodaje.

Przedstawiciele firmy nie zdecydowali się na spotkanie przed kamerą. Przysłali maila, z którego wynika, że warunki zatrudnienia mieszczą się w granicach prawa, ale umowa a praktyka to dwie różne sprawy. Na umowie widnieje minimalna dozwolona stawka za godzinę, ale to właśnie od tej kwoty firma potrąca nierzadko nawet połowę pensji, zasłaniając się kosztami własnymi, takimi jak: zapewnienie zakwaterowania na cele prywatne oraz szeregiem innych.

O tym ile zarobiły, opiekunki dowiadują się dopiero po otrzymaniu wypłaty na konto. Zdarza się, że jest to połowa kwoty zawartej w umowie. Tak jak na rozliczeniu wynagrodzenia, do którego dotarli dziennikarze. Opiekunka miała dostać 1406 euro, a po potrąceniach w rzeczywistości zarobiła zaledwie połowę tej kwoty.

Przedstawiciele agencji pośredniczącej pracę w Niemczech zapewniają, że wszystko jest zgodne z prawemTVN24

"Przepisy, które regulują pracę, są notorycznie omijane"

Bernadeta Gudowska rezygnuje ze zlecenia, bo firma nie dostarczyła jej druku ubezpieczenia niezbędnego do podjęcia pracy za granicą. Mimo zapewnień agencji o legalności zatrudnienia - praca bez druku A1 wobec niemieckiego prawa jest przestępstwem. Dziennikarze postanowili zgłosić sprawę do Urzędu Celnego - zarówno niemiecki urząd skarbowy, jak i tamtejsze związki zawodowe doskonale zdają sobie sprawę ze skali problemu.

- Cała branża opieki domowej w Niemczech jest jakby w szarej strefie. Są przepisy, które regulują tą pracę, ale są notorycznie omijane – mówi Agnieszka Misiuk z Niemieckich Związków Zawodowych Faire Mobilitaet. – Jest jakby przyzwolenie i nie ma systemów czy instrumentów, które doraźnie mogą poprawić pracę opiekunek – zwraca uwagę.

Polskie opiekunki traktowane są przez agencje jak towar na eksport. Pośrednicy wykorzystują ich zaufanie, trudną sytuację życiową i nieznajomość prawa. Mimo to, niektóre opiekunki podejmują kroki prawne przeciwko agencjom. W szczecińskiej prokuraturze trwa śledztwo o uznanie jednej z opiekunek za ofiarę handlu ludźmi.

Nie wszyscy opiekunowie doświadczają tak poważnych nadużyć. Branża opiekuńcza daje pracę ponad pół milionowi Polaków, którzy nie mają szans na zatrudnienie w kraju. Dlatego trzeba wprowadzić jasne zasady zatrudniania i poprawić warunki ich pracy. Dopóki tak się nie stanie, państwo polskie będzie tracić na niezgodnych z prawem umowach miliony złotych. A bogacić się będą za to nieuczciwi biznesmeni.

Autor:Anna Machowska /asty/b

Źródło: TVN24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24