- Bycie wtedy dziennikarzem sejmowym to była przepustka do najlepszych newsów - mówił Konrad Piasecki. Podkreślił, że kiedy on wszedł do Sejmu jako dziennikarz w czerwcu 1992 roku, "w dniach, kiedy był dzień i noc teczek", to Andrzej Morozowski dostarczał najwięcej świeżych newsów.
Arleta Zalewska wspomniała, że gdy pytała Andrzeja Morozowskiego o tamte wydarzania, długo rozmawiali o roli Jacka Kurskiego "w tamtej rzeczywistości". - W rozmowach wybijało się, i to mi imponowało, jak Moroz budował relacje z politykami. On podkreślał, że wtedy relacje były inne, ale [było to możliwe] poprzez szacunek, wiedzę Andrzeja i dystans, uśmiech, umiejętność budowania wzajemnego zaufania - zaznaczyła.
Wtedy dziennikarstwo "było jak z filmu sensacyjnego"
Piasecki przyznał, że w czasie tzw. nocy teczek [wydarzenia z nocy 4 na 5 czerwca 1992 roku, związane z odwołaniem rządu Jana Olszewskiego - red.] "relacje i posiadanie dobrych, pewnych informatorów wśród polityków, to było coś na wagę złota". - Wtedy to było tak, że listy potencjalnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa dotarły do Sejmu rano i dostali je szefowie klubów - przypomniał.
- Szybko zaczęło to wyciekać i posiadanie tych nazwisk i ogłaszanie ich to było coś, o co dziennikarze się zabijali. Wszyscy chcieli jak najszybciej ujawnić te nazwiska. Potem gruchnęła wieść, że są dwie listy. Że drugą listę dostali najważniejsi politycy w państwie, czyli marszałkowie Sejmu i Senatu, prezydent i że na tej drugiej liście jest Lech Wałęsa - opisywał.
Piasecki przypomniał też pogłoski o podległych MSW Nadwiślańskich Jednostkach Wojskowych i "atmosferze szykującego się zamachu stanu". - Wtedy dziennikarstwo to było naprawdę jak z filmu sensacyjnego - ocenił.
W piątek - 14 sierpnia - odbędzie się ostatnie pożegnanie Andrzeja Morozowskiego na Powązkach Wojskowych w Warszawie.