Tysiące martwych ryb na brzegu Dunajca. Wody Polskie zawiadomiły prokuraturę

Śnięte ryby na brzegach Dunajca
Śnięte ryby na Dunajcu w pobliżu elektrowni wodnej
Źródło: Robert

Po zrzucie wody wędkarze znaleźli na brzegu Dunajca tysiące martwych ryb. Elektrownia tłumaczy, że doszło do awarii, a Wody Polskie złożyły w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

Informację o zawiadomieniu potwierdził prokurator Mieczysław Sienicki, rzecznik prasowy tarnowskiej prokuratury okręgowej. – Dotyczy ono tego, że doszło do zniszczeń w świecie zwierzęcym w postaci ichnofauny w rzece Dunajec. Badamy sprawę – powiedział rzecznik.

Jak zaznaczył Sienicki w rozmowie z tvn24.pl, dalsze działania prokuratury będą zależały od tego, czy zniszczenia zostaną uznane za "znaczne". Niewykluczone, że w celu ustalenia tego zostanie powołany biegły. Prokuratur wyjaśnił, że nie ma stałych widełek ilości lub liczby martwych zwierząt, które kwalifikowałyby zdarzenie jako przestępstwo. Wszystko zależy od wpływu na lokalny ekosystem.

- Żeby była mowa o przestępstwie, musi być znaczne zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym. Zabezpieczone ryby zostaną zważone i zobaczymy, z czym mamy do czynienia – zapowiada. I dodaje: - Elektrownia tłumaczy się awarią, to też będzie badane.

Śnięte ryby na brzegach Dunajca
Śnięte ryby na brzegach Dunajca
Źródło: Robert

Martwe ryby nad Dunajcem

Policja została wezwana na brzeg Dunajca w Ostrowie pod Tarnowem w niedzielę. Wezwali ją członkowie Polskiego Związku Wędkarskiego.

- Przyjechałem tam w niedzielę około godziny 18 i zastałem pracowników elektrowni, pakujących ryby do worków - powiedział nam wędkarz Piotr Stolarz. Krzysztof Zakrzewski z tarnowskiego okręgu PZW przekazał, że wśród śniętych ryb znajdowały się okazy chronionego gatunku – kozy. Według wędkarzy po zrzucie lustro wody obniżyło się dramatycznie, o około trzy metry.

Czytaj też: Woda odpłynęła, zostały tysiące martwych ryb. "Katastrofa, czegoś takiego jeszcze nie widziałem"

Według relacji Krzysztofa Zakrzewskiego zrzut trwał od czwartku. - W piątek pracownicy elektrowni przeszli brzegami, żadnych ryb nie widzieli. Natomiast w niedzielę po godzinie 14 wędkarz powiedział mi, że są tam śnięte ryby. Wsiadłem w samochód i pojechałem na miejsce, dzwoniąc jeszcze do elektrowni, by spytać, czy coś wiedzą. Dostałem informację, że nie mają takiej wiedzy. Przyjechało dwóch pracowników, zaczęli te ryby, których było na oko 200-300 kilogramów, zbierać do worków - powiedział nam przedstawiciel PZW.

Ryby znalazły się w pułapce

Czynności w tej sprawie prowadzi policja. - Według zgłoszenia doszło do awarii elektrowni, co poskutkowało niekontrolowanym zrzutem wody. W efekcie ryby pływające w miejscach, z których odpłynęła woda, znalazły się w pułapce - powiedział nam aspirant sztabowy Paweł Klimek, oficer prasowy tarnowskiej policji.

Magdalena Gala, rzeczniczka prasowa Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Krakowie, podkreśliła w rozmowie z tvn24.pl, że Wody Polskie nie zostały poinformowane przez właściciela elektrowni o "awarii ani o remoncie piętrzenia na potrzeby produkcji energii". Urzędnicy mieli dowiedzieć się o sprawie dzięki wędkarzom.

Gala wyjaśniła, że co do zasady zrzuty wody reguluje udzielone elektrowni pozwolenie wodnoprawne. - Jednak jeśli prawdą jest to, że lustro wody obniżyło się o pół metra czy metr, to na pewno takie wahania wody nie są dozwolone. To wszystko będzie sprawdzone i wyjaśnione - zadeklarowała rzeczniczka RZGW w Krakowie.

Prezes elektrowni: doszło do awarii

Krzysztof Pociecha, prezes Małej Elektrowni Wodnej Ostrów - w rozmowie z tvn24.pl potwierdził, że doszło do "awarii powłoki jazowej". Podkreślił, że było to zdarzenie "nieprzewidziane".

- Pomiędzy blokiem elektrowni a jazem jest dylatacja. Niestety, blok elektrowni jest dużo cięższy od jazu, więc budynek prawdopodobnie "usiadł". Każdy budynek pracuje. Do tego doszło do skruszenia betonu z powodu kurczenia się przy niskich temperaturach i do przerwania rur, a w efekcie do wycieku. Szukaliśmy jego źródła przez dwa ostatnie tygodnie, a od czwartku prowadziliśmy naprawę - wyjaśnił prezes, dodając, że na czas prac konieczne było opuszczenie spiętrzenia wody.

Prezes spółki stwierdził też, wbrew stanowisku Wód Polskich, że powiadamiał Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej o awarii. - W dniu, w którym spuszczaliśmy awaryjnie wodę, byli u nas przedstawiciele Wód Polskich. Informowaliśmy, że mamy awarię powłoki jazu, którą musimy naprawić, a z tego tytułu musimy przez co najmniej 24 godziny spuszczać wodę. Dziwię się stanowisku RZGW, które mówi o zawiadomieniu do prokuratury. Faktycznie może nie dokonałem należytej staranności, bo nie wysłałem oficjalnego pisma, ale mówiłem o tym przecież osobiście pracownikom Wód Polskich - dodał szef MEW Ostrów.

TVN24 HD
Dowiedz się więcej:

TVN24 HD

Czytaj także: