Sąd Apelacyjny w Białymstoku zasądził po dziesięć tysięcy złotych zadośćuczynienia od Skarbu Państwa na rzecz dwóch fotoreporterów zatrzymanych jesienią 2021 roku przez żołnierzy podczas fotografowania obozowiska wojskowego przy granicy z Białorusią. Wyrok jest prawomocny.
W pierwszej instancji sąd zasądził dla obu fotoreporterów po piętnaście tysięcy złotych. W opinii sądu nie było podstaw do zatrzymania. Wyrok był nieprawomocny.
Wyrok zaskarżyły dwie strony. Pełnomocnik wnioskodawców chciał podwyższenia zadośćuczynienia do 25 tysięcy złotych dla każdego z fotoreporterów. Pełnomocniczka dowódcy 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej – oddalenia wniosków, ewentualnie dużo niższego zadośćuczynienia lub zwrotu sprawy do pierwszej instancji.
Sfotografowali obozowisko wojskowe
Według ustaleń sądu pierwszej instancji dziennikarze od października 2021 roku pracowali przy granicy polsko-białoruskiej, zbierając materiały prasowe w związku z kryzysem migracyjnym na tej granicy. Po południu 16 listopada 2021 r. zatrzymali się na drodze w pobliżu obozowiska wojskowego i fotografowali to miejsce.
Gdy mieli odjechać, uniemożliwił im to żołnierz z patrolu. Dołączyli do niego kolejni i otoczyli auto. Fotoreporterzy odmówili wyjścia z samochodu, zrobili to dopiero wtedy, gdy padły polecenia podniesionym głosem i wulgaryzmy. Ustawiono ich twarzą do ogrodzenia pobliskiej posesji, musieli trzymać ręce w górze. Żołnierze zabrali im kurtki i czapki, założyli im też kajdanki zaciskowe, zapinając je z tyłu.
Przeszukali też odzież i przeglądali zawartość sprzętu fotograficznego. Po przeszło godzinie przyjechał policyjny patrol. Dopiero wtedy dziennikarze zostali zwolnieni i odjechali do hotelu.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ:
Wyrok sądu apelacyjnego
Białostocki sąd apelacyjny uznał, że doszło do niewątpliwie niesłusznego zatrzymania, ale kwotę zadośćuczynienia obniżył do 10 tysięcy złotych dla każdego z wnioskodawców.
W uzasadnieniu wyroku sędzia Grzegorz Skrodzki podkreślał, że sytuacja na granicy z Białorusią jest trudna "politycznie, ekonomicznie i społecznie". Mówił przy tym, że nie ma też wątpliwości, iż celowe i konieczne są działania organów państwa, by ta granica była zabezpieczona w sposób "optymalny" i by można było przeciwdziałać przejawom wojny hybrydowej.
Jak zaznaczył, choć służba na granicy jest "trudna emocjonalnie i fizycznie", to na każdej osobie ciąży obowiązek zachowania standardów. Mówił też o etosie służby wojskowej i zwracał uwagę, że wiążą się z nim też obowiązki dotyczące zachowania żołnierzy. Dodał, że sytuacja na granicy czy nerwowość nie tłumaczą tego, jak zachowali się w tej konkretnej sprawie żołnierze.
Sędzia Skrodzki mówił, że po wylegitymowaniu dziennikarzy i ustaleniu kim są, nie było potrzeby skuwania ich kajdankami czy zmuszania do trzymania rąk w górze.
- Po co było zabierać im kurtki i czapki? Po co było przeglądać (...) zrobione przez nich zdjęcia, komentować ich treść w sposób nieprzystający do okoliczności? – pytał.
Sędzia mówił też o sugestiach żołnierzy, że "palec może się poślizgnąć", w kontekście użycia broni. Pytał, czy żołnierzom, którzy otoczyli samochód, dawało to poczucie władzy.
- Tak się nie zachowuje żołnierz polski – podkreślał sędzia w uzasadnieniu wyroku.
Powiedział też, że zapewne na zachowanie żołnierzy miało wpływ to, iż nie wiedzieli, że całe zajście jest nagrywane, bo wysiadając z samochodu, fotoreporterzy zostawili włączoną kamerę. Nagranie stało się kluczowym dowodem w sprawie.
"Żołnierze mogli wziąć ich za szpiegów"
W apelacji pełnomocnik dowódcy 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej argumentował m.in., że żołnierze mogli wziąć dziennikarzy za szpiegów. Sędzia Skrodzki zwracał jednak uwagę, że fotografowali oni widoczne z drogi obozowisko w sytuacji, gdy nie było tam żadnego zakazu robienia zdjęć.
- Wydaje się, że sekwencja zachowań szpiegów byłaby zupełnie odmienna od tej – dodał sędzia.
Zaznaczył, że żołnierze powinni byli wylegitymować dziennikarzy, również możliwe było polecenie, by wysiedli z samochodu.
- Ale czy musieli później obrażać (ich) i traktować jako potencjalnych przestępców? Nie. I to jest właśnie oczywiście niesłuszne zatrzymanie – mówił.
Czytaj więcej: Helsińska Fundacja Praw Człowieka pisze do MON w sprawie zatrzymania fotoreporterów
Sąd apelacyjny uznał jednak, że piętnaście tysięcy złotych zadośćuczynienia było kwotą zbyt wysoką, która "może być oceniana jako powodująca nadmierne wzbogacenie".
Operacja "Śluza" - kryzys wywołany przez Łukaszenkę
Kryzys migracyjny na granicach Białorusi z Polską, Litwą i Łotwą został wywołany przez Alaksandra Łukaszenkę, który jest oskarżany o prowadzenie wojny hybrydowej. Polega ona na zorganizowanym przerzucie migrantów na terytorium Polski, Litwy i Łotwy. Łukaszenka w ciągu ponad 28 lat swoich rządów nieraz straszył Europę osłabieniem kontroli granic.
Czytaj też: Operacja "Śluza" - skąd latały samoloty do Mińska? Oto, co wynika z analizy tysięcy rejsów
Akcję ściągania migrantów na Białoruś z Bliskiego Wschodu czy Afryki, by wywołać kryzys migracyjny, opisał na swoim blogu już wcześniej dziennikarz białoruskiego opozycyjnego kanału Nexta Tadeusz Giczan. Wyjaśniał, że białoruskie służby prowadzą w ten sposób wymyśloną przed 10 laty operację "Śluza". Pod pozorem wycieczek do Mińska, obiecując przerzucenie do Europy Zachodniej, reżim Łukaszenki sprowadził tysiące migrantów na Białoruś. Następnie przewozi ich na granice państw UE, gdzie służby białoruskie zmuszają ich, by je nielegalnie przekraczali. Ta operacja wciąż trwa.
Organizacje pomocowe o sytuacji na granicy
Organizacje niosące pomoc humanitarną na granicy polsko-białoruskiej twierdzą, że pomimo zmiany rządów w Polsce wobec migrantów nadal łamane jest prawo. Przekonują, że mają udokumentowane przypadki wyrzucania za granicę z Białorusią osób, które wyraźnie i w obecności wolontariuszy prosiły o ochronę międzynarodową. W czasie jednej z konferencji prasowych zaprezentowano drastyczny film udostępniony przez Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne, na którym widać przeciąganie bezwładnego ciała kobiety przez bramkę w płocie granicznym i porzucanie jej po drugiej stronie.
Organizacje pomocowe domagają się od rządu przywrócenia praworządności na pograniczu polsko-białoruskim, prowadzenia polityki ochrony granic z poszanowaniem prawa międzynarodowego oraz krajowego gwarantującego dostęp do procedury ubiegania się o ochronę międzynarodową i przestrzeganie zasady non-refoulement, wszczynania przewidzianych prawem postępowań administracyjnych wobec osób przekraczających granicę, natychmiastowego zatrzymania przemocy na granicy wobec osób w drodze i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych przemocy.
"Wiemy o osobach w ciężkim stanie zdrowia wyrzucanych z ambulansów wojskowych, a także wywożonych wprost ze szpitali. Za druty i płot graniczny trafiają mężczyźni, kobiety z dziećmi oraz małoletni bez opieki. Wywózkom cały czas towarzyszy przemoc ze strony polskich służb: używanie gazu łzawiącego, bicie, rozbieranie do naga, kopanie, rzucanie na ziemię, skuwanie kajdankami, niszczenie telefonów i dokumentów, odbieranie plecaków z prowiantem oraz czystą wodą. Ludzie opowiadają nam, że groźbą lub przemocą fizyczną są zmuszani do podpisywania oświadczeń, że nie chcą się ubiegać o ochronę międzynarodową w Polsce, a następnie wywożeni są za płot" - czytamy we wspólnym oświadczeniu organizacji.
Czytaj więcej w tvn24.pl: Kryzys na granicy polsko-białoruskiej
Autorka/Autor: mm/gp
Źródło: PAP
Źródło zdjęcia głównego: TVN24