W sobotę po południu prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że ewakuowani mieszkańcy razem z ukraińską delegacją, która wykonywała w Ołeszkach misję humanitarną, wrócili na tereny kontrolowane przez Ukrainę.
"Osoby wymagające ewakuacji zostały wywiezione z miasta i okolicznej hromady (gminy - red.). Obecnie obywatele Ukrainy z Ołeszek przekroczyli granicę państwową na obszarze obwodu czernihowskiego (sąsiadującego z Białorusią - red.)" – napisał Zełenski. Zapewnił, że wszyscy ewakuowani otrzymają niezbędną pomoc.
Prezydent podkreślił, że ważne jest, by instytucje rządowe oraz władze obwodowe i lokalne sprawnie pomogły ewakuowanym przystosować się do nowych warunków.
Podziękował pierwszej damie
Zełenski przekazał, że na kierunku chersońskim ustanowiono zawieszenie broni, w czasie którego rozminowano drogi prowadzące do Ołeszek i dostarczono transporty z pomocą humanitarną.
"Liczymy na to, że dostęp humanitarny do Ołeszek zostanie utrzymany" – podkreślił.
Podziękował stronie amerykańskiej i osobiście pierwszej damie Stanów Zjednoczonych Melanii Trump za pośrednictwo.
"Jestem dumny z naszych Sił Obrony Ukrainy, które bronią naszego państwa i z honorem zapewniły warunki bezpieczeństwa niezbędne do przeprowadzenia operacji humanitarnej. Dziękuję rzecznikowi praw obywatelskich Ukrainy Dmytrowi Łubincowi i jego zespołowi za realizację misji" – dodał.
Prezydent podziękował także wszystkim dziennikarzom, przywódcom politycznym i społecznym oraz wszystkim ludziom, którym nie jest obojętny los innych i którzy zwracali uwagę świata na sytuację w Ołeszkach oraz prawdziwą katastrofę humanitarną na terytorium Ukrainy okupowanym przez Rosję.
"Gdy świat zwraca uwagę na sytuację, możliwe jest ratowanie ludzi. Potrzebne są również kolejne kroki na rzecz deeskalacji i rzeczywistego przybliżenia pokoju" – podsumował.
Kryzys humanitarny
Ołeszki leżą około cztery kilometry od Chersonia na lewym, okupowanym przez Rosję brzegu Dniepru. Według doniesień drogi dojazdowe do miasta zostały zaminowane i stale operowały tam rosyjskie drony, utrudniając mieszkańcom opuszczenie tych terenów.
Władze w Kijowie informowały o dramatycznej sytuacji ludzi w Ołeszkach. USA podawały, że bez dostępu do żywności i wody pitnej przebywa tam około 2 tysiące osób, w tym 50 dzieci.
23 października Biały Dom poinformował, że Rosja i Ukraina zgodziły się tymczasowo wstrzymać walki w Ołeszkach, by umożliwić dostarczenie tam pomocy humanitarnej i przygotować ewakuację ludności cywilnej. Biały Dom dodał, że doprowadziła do tego pierwsza dama USA Melania Trump.
Rozejm
Rozejm w Ołeszkach, który rozpoczął się 27 października nad ranem, ma potrwać do godz. 22.59 pierwszego listopada. W czwartek Rosja i Ukraina poinformowały, że zakończono rozminowywanie terenu wokół Ołeszek i rozpoczęto kolejny etap operacji, aby dostarczyć pomoc mieszkańcom oraz umożliwić niektórym opuszczenie miasta. W tym celu w piątek spotkali się ukraiński komisarz do spraw praw człowieka oraz jego rosyjska odpowiedniczka Yana Lantratova.
Melania Trump oznajmiła we wtorek, że rozejm został rozszerzony poza miejscowość, by umożliwić dojazd konwojów humanitarnych.
Dziennik "Financial Times" informował, że mieszkańcy Ołeszek, którzy zgodzą się na ewakuację w ramach lokalnego zawieszenia broni, będą najpierw przewożeni na Krym lub do Rosji, zanim będą mogli wrócić na tereny kontrolowane przez Ukrainę.
Uciekli z Ołeszek
Jeszcze przed ewakuacją z Ołeszek uciekli Witalij, jego żona Iryna oraz 13-letni syn Wład. Jak mówią, uciekli przed nieuchronną śmiercią głodową.
Do rozejmu podchodzili sceptycznie. - Jeśli chodzi o rozejm, jestem do tego bardzo sceptycznie nastawiony - powiedział 55-letni Witalij, który ze względów bezpieczeństwa odmówił podania swojego nazwiska. - Mam wielki szacunek dla Melanii Trump, ale nie ma ona żadnego wpływu na dyktatora Putina - powiedział agencji Reuters.
Witalij opowiedział, że jego rodzina przez wiele tygodni przetrwała dzięki racjonowaniu żywności. Dziennie przypadała im zaledwie jedna filiżanka ryżu lub kaszy gryczanej, czasem wzbogacona ogórkiem albo pomidorem z dodatkiem portulaki, pospolitego dziko rosnącego chwastu.
Po podliczeniu skromnych zapasów żywności podjęli decyzję o ucieczce. - Patrzysz na resztki jedzenia i zdajesz sobie sprawę, że masz tylko jedno wyjście: albo uciekać, albo umrzeć z głodu - mówił Witalij.
13 września rodzina dołączyła do niewielkiej, ośmioosobowej grupy i wyruszyła pieszo. Pokonali ponad 20 kilometrów, docierając do wsi Radensk. Droga była silnie zaminowana, a nad głowami krążyły drony. Zabrali ze sobą jedynie jesienne ubrania, pluszowego misia Vlada, kota oraz garść rodzinnych fotografii.