- Wczoraj, w sobotę, 17 października, dysydenci ze skrajnie lewicowych grup, w towarzystwie licznych przestępców, rozpętali w naszych miastach bezlitosną przemoc. Sklepy zostały splądrowane, budynki publiczne, składy i ratusze zostały zaatakowane, a niektóre z nich zniszczone. Kilkuset policjantów i żandarmów zostało rannych. Oglądając te obrazy, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie: co oni sobie myślą? Jak Francuzi mogą to robić Francji? - mówił w wystąpieniu telewizyjnym Macron.
Prezydent Francji zapewnił, że sprawcy aktów przemocy poniosą odpowiedzialność. Ocenił, że należy teraz "usłyszeć gniew" protestujących i podjąć działania dotyczące jego przyczyn, ale też należy egzekwować "respektowanie porządku republikańskiego".
- Tego wieczoru wszyscy odczuwamy gniew i wstyd - mówił Macron. - Nie do zniesienia jest widok tak splądrowanych ulic w naszych miastach - podkreślił.
Macron: w pełni rozumiem obawy demonstrujących
Macron obiecał "przejrzystość", jeśli chodzi o strategię przyjętą w sobotę przez siły porządku publicznego, i podkreślił, że poprosił rząd, a szczególnie ministerstwo spraw wewnętrznych, o wyciągnięcie wszystkich wniosków, jeśli chodzi o oceny wywiadu i prognozy. - Oczekuję jasnych odpowiedzi - podkreślił.
Przekonywał, że należy odróżniać demonstrujących, których postulaty określił jako "uzasadnione" z "tymi, którzy niszczyli, dewastowali i plądrowali". Macron podkreślił, że rozumie niepokoje wyrażane przez młodzież podczas wystąpień licealistów w ostatnich tygodniach.
- Demonstranci wyrazili zaniepokojenie kosztami utrzymania i cenami paliw, wynikającymi z konfliktu, który rozpoczął się w Zatoce Perskiej - konfliktu, w którym Francja nie brała udziału, ale którego konsekwencje ponosimy. W pełni rozumiem ich obawy - powiedział.
Zapowiedział też działania, jeśli chodzi o rosnące koszty życia, które były głównym powodem sobotnich demonstracji. Zapewnił przy tym, że władze będą "nieugięte" wobec sprawców zamieszek. Zapowiedział, że prefekci wspólnie z merami podejmą odpowiednie decyzje, aby chronić miasta, włącznie z zakazem niektórych zgromadzeń.
- Ci, którzy niszczyli, muszą zapłacić, a ci, którzy plądrowali, muszą zwrócić straty - zapowiedział. Macron podkreślił, że doszło do "niepohamowanej" przemocy i jako sprawców wymienił "rebeliantów wywodzących się z grup skrajnej prawicy, do których dołączyło się wielu przestępców".
"Mają tylko jeden cel - osłabienie Republiki"
Zaznaczył, że do sobotnich wydarzeń doszło na pół roku przed wyborami prezydenckimi (pierwsza tura odbędzie się w kwietniu 2027 roku). - Ci wszyscy, którzy dziś mówią wam, że najwyższy czas wychodzić na ulice, demonstrować, wywoływać chaos, mają tylko jeden cel - osłabienie Republiki i pozbawienie [was - dop. red.] debaty - powiedział Macron.
Przekonywał, że debaty powinny odbywać się na publicznych spotkaniach, pokojowych zgromadzeniach i w mediach.
Wystąpienie szefa państwa było oczekiwane wobec gwałtowności zamieszek, które wybuchły na marginesie sobotnich demonstracji. Wielotysięczne protesty przeciwko rosnącym kosztom życia zostały przyćmione przez akty przemocy, ataki na budynki publiczne i systematyczne grabieże sklepów i punktów handlowych, przeprowadzane przez agresywnych i licznych sprawców.
Organizacje branżowe szacują, że poszkodowanych jest około 1500 firm, a straty sięgają setek milionów euro. MSW poinformowało w niedzielę wieczorem, że zatrzymanych zostało prawie 2400 osób.
W niedzielę po południu w Paryżu doszło do kolejnych prób plądrowania sklepów, a w centrum pojawiły się agresywne grupki. Zatrzymano 42 osoby.
Le Pen: przeżywamy głęboki kryzys zaufania i autorytetu
Tuż przed wystąpieniem Macrona szef prawicowej partii Republikanie (LR) Bruno Retailleau wezwał prezydenta do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Wśród polityków lewicy i skrajnej prawicy pojawiły się apele o dymisję szefa MSW Laurenta Nuneza.
W niedzielę głos zabrała też Marine Le Pen, liderka skrajnie prawicowego Zgromadzenia Narodowego. - Jak każdy z was wie, przemoc nie jest opinią. Zniszczenie nie jest formą ekspresji. A chaos nie może służyć jako wizja dla Francji - mówiła.
Jak podkreśliła, "stawka jest dziś o wiele większa niż kwestia porządku publicznego". - Przeżywamy głęboki kryzys zaufania i autorytetu, który zagraża demokracji. Ta rzeczywistość powinna być dla nas ostrzeżeniem, że nasz kraj tkwi w pułapce - a wręcz jest zakładnikiem - między przemocą a bezsilnością. (...) Ten gniew jest często uzasadniony, biorąc pod uwagę serię kryzysów, które wybuchły bez podejmowania żadnych decyzji. Ale jedno niech będzie jasne - absolutnie jasne: miliony Francuzów są wściekłe, a mimo to niczego nie niszczą, niczego nie rabują ani nie podpalają - podkreślała.
I dodała, że zdecydowanie potępia "wykorzystywanie tego gniewu przez siły polityczne, które namawiają do przemocy, a także podsycanie tego gniewu przez bandytów, którzy sieją chaos w miastach Francji".