Prokuratura wyjaśnia okoliczności śmierci pani Marii, która w lipcu zmarła w Szpitalu Wojewódzkim w Poznaniu. Rodzina ma szereg zastrzeżeń nie tylko w kwestii udzielonej pomocy, ale i co do warunków, w jakich przez ponad 46 godzin przebywała kobieta. Sprawę pierwsza opisała "Gazeta Wyborcza".
Pani Maria leczyła się onkologicznie i była w trakcie chemioterapii. Przez chorobę była częściowo sparaliżowana. Na Szpitalny Oddział Ratunkowy trafiła 22 lipca po południu. Powodem było podejrzenie zakażenia bakterią oraz trwające kilka dni wymioty i biegunka.
Jak relacjonuje rodzina, przyjęcie na Szpitalny Oddział Ratunkowy przebiegło sprawnie, a z panią Marią był logiczny kontakt. Problemy zaczęły się później. Okazało się, że kobietę trzeba odizolować od reszty pacjentów, dlatego trafiła do separatki.
- Mama została umieszczona w takim ciasnym pomieszczeniu. Moim zdaniem zaadaptowanym z byłego magazynu. Gdzieś tam przetrzymywali w tym miejscu koce, była widoczna szafa. Tam było bardzo duszno, taki bardzo nieprzyjemny zapach się unosił - opowiada pan Artur, syn pacjentki.
Kobieta powinna trafić na oddział chorób wewnętrznych. Ze względu na brak miejsc, została na SOR, ale w separatce.
Mąż pani Marii powiedział, że trudno było mu patrzeć na to w jakich warunkach przebywała jego żona. - Drzwi, co chciałem otworzyć, to kazali zamknąć, a tam nie szło wytrzymać - powiedział pan Bronisław.
Czuli, że opieka była niewystarczająca
Rodzina ma też zastrzeżenia, co do opieki nad panią Marią. Podkreślają, że kobieta tylko pierwszego dnia była podpięta do urządzeń monitorujących funkcje życiowe. Twierdzą również, że wizyty personelu były sporadyczne.
W relacji, którą pan Artur umieścił na jednej z platform internetowych, wylicza, że podczas pobytu na SOR-ze, ciśnienie u jego mamy było niemierzalne, puls bardzo wysoki, a kończyny robiły się zimne. - Taki obraz jest co najmniej alarmujący, więc ja oczekiwałbym wzmożonego nadzoru, czyli monitorowania - dodał pan Artur.
Rodzina twierdzi, że alarmowała personel o pogarszającym się stanie kobiety, a ten zapewniał, że seniorka ma taką samą opiekę jaką otrzymałaby na oddziale.
Mąż pacjentki: pozostało mi tylko zdjęcie
Gdy pacjentka w końcu trafiła na oddział, jej stan określano już jako krytyczny. Z relacji pana Artura wynika, że personel był zaskoczony, że kobietę w tak trudnym stanie przekazano im nawet bez wenflonu.
- Dostaliśmy powiadomienie o skrajnie niepomyślnych rokowaniach, czyli o tym, że mama najprawdopodobniej umrze. Natomiast ci lekarze na oddziale wewnętrznym robili, co mogli. Było widać, że się starają - stwierdził syn kobiety.
Pani Maria trafiła jeszcze na oddział intensywnej terapii. 25 lipca zmarła.
- To było najpotworniejsze. (...) To jest strata bliskiej przyjaciółki. Pozostało mi tylko zdjęcie - powiedział Bronisław.
Szpital wydał oświadczenie
- Największy zarzut mam do pracowników SOR, którzy w mojej ocenie, zbagatelizowali tę sprawę - powiedział pan Artur.
Do sprawy władze szpitala odniosły się w oświadczeniu przesłanym do redakcji tvn24.pl. Potwierdzono, że pani Maria została przyjęta na Szpitalny Oddział Ratunkowy, gdzie łącznie przebywała 46 godzin i 22 minuty.
"Wydłużony czas pobytu wynikał z braku wolnych miejsc oraz konieczności zapewnienia pacjentce warunków izolacji w Oddziale Chorób Wewnętrznych" - czytamy w oświadczeniu.
Według lecznicy, na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przeprowadzono niezbędną diagnostykę laboratoryjną, obrazową i mikrobiologiczną. A medycy ustalili przyczynę zgłaszanych dolegliwości. Rzeczniczka placówki, poinformowała, że "na podstawie uzyskanych wyników wdrożono leczenie adekwatne do aktualnego stanu klinicznego pacjentki".
"W Szpitalnym Oddziale Ratunkowym sposób i częstotliwość monitorowania parametrów życiowych są uzależnione od aktualnego stanu klinicznego pacjenta, prowadzonego leczenia oraz bieżącej oceny lekarza i personelu pielęgniarskiego" - czytamy w oświadczeniu.
Rzeczniczka szpitala Anna Konieczka wskazała również, że parametry życiowe są oceniane przy przyjęciu, a potem już w zależności od stanu pacjenta i wskazań klinicznych - czyli na przykład przed podaniem leków, płynów, albo w przypadku zgłaszanych dolegliwości.
Szpital nie odniósł się szczegółowo do zarzutów formułowanych przez rodzinę, bo przebieg leczenia jest objęty tajemnicą lekarską. Szpital czeka na pisemną zgodę rodziny na udzielenie informacji o pacjentce.
"Szczegółowe informacje dotyczące stanu zdrowia pacjentki, wyników badań oraz przebiegu leczenia stanowią dane objęte tajemnicą medyczną. Pełna dokumentacja medyczna została również przekazana organom zewnętrznym, prowadzącym postępowania w tej sprawie" - wskazano w oświadczeniu.
Prokuratura sprawdza, czy doszło do błędu lekarskiego
O sytuacji z szpitala na Lutyckiej wie już policja i prokuratura. - Zawiadomienie złożył syn tej pacjentki. Faktycznie podał takie okoliczności dotyczące pobytu matki w szpitalu. Prokuratura poleciła wszcząć policji dochodzenie i ono się toczy. Nikomu nie przedstawiono na tym etapie zarzutu - powiedział TVN24 Łukasz Wawrzyniak.
Śledczy sprawdzają, czy doszło do tak zwanego błędu lekarskiego. Chodzi o to, czy personel mógł narazić pacjentkę na niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia.
Sekcja zwłok już się odbyła. Nie udało się ustalić przyczyny śmierci kobiety. - Potrzebne są dodatkowe, poszerzone badania, w tym badania histopatologiczne - wskazał Wawrzyniak.
"Tak nie powinien wyglądać pobyt w szpitalu"
- Tak nie powinien wyglądać pobyt w szpitalu wojewódzkim. Szpital wojewódzki buduje nowy SOR, który będzie miał lepsze warunki, lepsze zaplecze do zajmowania się osobami, które wymagają dłuższego pobytu niż chwilowej pomocy - skomentowała sprawę Katarzyna Kretkowska, członkini Zarządu Województwa Wielkopolskiego ds. zdrowia, edukacji i polityki społecznej.
I wskazała, że na szpitalnych oddziałach często przebywają osoby, które nie wymagają już leczenia, ale potrzebują całodobowej opieki. Z kolei rodziny, z różnych względów nie są w stanie takiej opieki się podjąć i odmawiają odebrała seniorów ze szpitala.
- Te osoby też blokują miejsce na oddziałach wewnętrznych, które mogłyby przejąć osoby czekające na SOR na przyjęcie na oddział wewnętrzny. Jak powiedziałam, nie ma na obecnym SOR-ze warunków takich, które umożliwiałyby przebywanie przez kilkadziesiąt godzin osoby, która powinna przebywać na oddziale wewnętrznym, ale brakuje tam miejsca. Nie jest to dobra sytuacja, dlatego też budujemy SOR - podsumowała.
Dziennikarz TVN24 zapytał Kretkowską o to, czy pomieszczenie, gdzie chowa się między innymi koce powinno być używane jako izolatka. - Nie powinno być traktowane jako izolatka. Na to zwracaliśmy uwagę jakiś czas temu. Wtedy ten problem został nam zgłoszony - dodała.