|

"Pozwoliłam komuś umrzeć"

Chwila bliskości nad morzem podczas jednego z ostatnich spełnionych marzeń
Chwila bliskości nad morzem podczas jednego z ostatnich spełnionych marzeń
Źródło: FB Stichting Ambulance Wens Nederland
Opiekunowie boją się, że zostaną obwinieni o śmierć. Że ktoś powie: gdybyś podała kroplówkę, gdybyś podał jedzenie, gdybyś zawiózł jeszcze do innego szpitala, gdybyś..., toby się udało. - Często słyszymy: walczyliśmy do końca - mówi Żaneta Gromek, wolontariuszka z holenderskiego hospicjum. - A rzadko mówimy: pozwoliłam komuś umrzeć.Artykuł dostępny w subskrypcji

Środek nocy na kaszubskiej wsi. W jednym pokoju pito wódkę, w drugim leciał mecz, w trzecim był szloch. To tam leżała babcia. Na szyi miała zaciśnięty frotowy ręcznik.

- Czekaj, oni udusili babcię i teraz nas wezwali? - pomyślała w pierwszej sekundzie młoda lekarka.

Druga myśl: - Jezu Chryste, czy to sprawa dla prokuratora?

- Ręcznik jest po to, by szczęka nie opadła - szepnął jej ratownik.

- Ta babcia była zaopiekowana przez swoich, bo każdy na wsi wiedział, co ma robić - wyjaśnia mi dziś tę historię. 

I wspomina pierwsze samodzielne stwierdzenie zgonu.

Była na stażu zaledwie miesiąc. Wezwanie - na wieś.

- Weszłam do tak niskiej izby, że nie mogłam się wyprostować. Na środku stała wielka gromnica. W pomieszczeniu siedziało kilkanaście osób, a na podwyższeniu, jak na katafalku, leżała kobieta ubrana odświętnie. Tak ją przygotowały sąsiadki. Stwierdziłam zgon, a potem rodzina usadziła mnie przy stole i pokazywała zdjęcia babci. Nie było histerii i krzyków - wspomina.

Czytaj także: