Środek nocy na kaszubskiej wsi. W jednym pokoju pito wódkę, w drugim leciał mecz, w trzecim był szloch. To tam leżała babcia. Na szyi miała zaciśnięty frotowy ręcznik.
- Czekaj, oni udusili babcię i teraz nas wezwali? - pomyślała w pierwszej sekundzie młoda lekarka.
Druga myśl: - Jezu Chryste, czy to sprawa dla prokuratora?
- Ręcznik jest po to, by szczęka nie opadła - szepnął jej ratownik.
- Ta babcia była zaopiekowana przez swoich, bo każdy na wsi wiedział, co ma robić - wyjaśnia mi dziś tę historię.
I wspomina pierwsze samodzielne stwierdzenie zgonu.
Była na stażu zaledwie miesiąc. Wezwanie - na wieś.
- Weszłam do tak niskiej izby, że nie mogłam się wyprostować. Na środku stała wielka gromnica. W pomieszczeniu siedziało kilkanaście osób, a na podwyższeniu, jak na katafalku, leżała kobieta ubrana odświętnie. Tak ją przygotowały sąsiadki. Stwierdziłam zgon, a potem rodzina usadziła mnie przy stole i pokazywała zdjęcia babci. Nie było histerii i krzyków - wspomina.