Możliwe, tyle, że nie ma to raczej sensu. Bardzo potrzebujemy mądrego polskiego głosu w świecie. Sądzę jednak, że powinniśmy skupić się na realnych działaniach gospodarczych i politycznych, na wymiernych sukcesach, którymi możemy się później chwalić a nie na PR'owych zabiegach medialnych.
Co nie znaczy, że o promocję i wizerunek Polski w świecie nie musimy się martwić. Wręcz przeciwnie, wizerunek ten nie jest, delikatnie mówiąc, najlepszy. To jak nas widzą i jak o nas piszą leży nam wszystkim na sercu, jestem więc pewna, że takie głosy jak ostatni tekst w Financial Times profesora Winieckiego martwi wielu. Mnie martwi. Nie chodzi o jedną opinię o tym, co się dzieje w Polsce - z Polski. Każdy ma prawo do prezentowania własnych poglądów, a tak obytemu w świecie profesorowi Janowi Winieckiemu nie trzeba o tym przypominać - korzysta ze świętego prawa wolności słowa. Problem polega na tym, że profesor prezentuje opinię, która staje się punktem odniesienia dla wielu, którzy nie orientują się w zawiłościach polskich problemów lustracyjnych, a opinia o rządach „narodowych bolszewików” jest co najmniej przerysowana. Odsyłam do opinii prof. Roszkowskiego.
Mam z tym częsty problem w rozmowach ze znajomymi za granicą, a mam kontakty z ludźmi, którzy polskiej polityce się przyglądają. Na temat naszego kraju wiedzą więcej niż przeciętni Europejczycy. Ale, nie znają naszego języka, wiedzą więc tyle ile dowiedzą się z mediów. Problem w tym, że ten sygnał jest bardzo jednostronny. Lustracja jest BE. I już.
Jak mam się zachować, skoro chcę być krytyczna wobec rządu mojego kraju a z drugiej strony dostaję (często od Sabine - niemieckiej politolog) granatem między oczy w dyskusji o polskiej polityce? Sabine powołuje się na polskie głosy, takie jak prof. Winieckiego. Polska w jej oczach to kraj homofobów, ultra-klerykalny, rządzony przez narodowych bolszewików, organizujących polowania na czarownice. W dodatku anty-europejski i jątrzący w stosunkach UE- Rosja. Czy mieszam kwestię posunięć rządzących z wizerunkową obroną patriotyczną? Nie sądzę, w dyskusjach o moim kraju jestem po prostu na przegranej pozycji.