Również tym razem władze obawiają się poważnych incydentów przy okazji demonstracji, choć te, które odbyły się 24 października, przebiegły spokojnie. Wmobilizowano 70 tysięcy policjantów i żandarmów. Minister spraw wewnętrznych Laurent Nunez zapowiedział, że reakcja tych sił na incydenty będzie "nadzwyczaj stanowcza".
W całym kraju zapowiedziano około 150 manifestacji.
Zamkniętych będzie ponad 40 stacji metra
Władze obawiają się, że ludzie, którzy przyjdą na demonstracje z agresywnymi zamiarami, będą zasłaniać twarze, kryjąc się za maskami używanymi podczas święta Halloween. MSW przypomniało, że zasłanianie twarzy podczas manifestacji jest zakazane i grozi za to kara grzywny do 150 euro.
W Paryżu demonstracja zwołana przez związki zawodowe ma się rozpocząć o godzinie 14. Prefektura policji nie zgodziła się na trasę zaproponowaną przez organizatorów i wyznaczyła inną, poza centrum, we wschodniej części miasta. Decyzja ta została zaskarżona przed sądem administracyjnym, ale w sobotę rano Rada Stanu (najwyższa instancja administracyjna) zgodziła się z decyzją prefektury.
Ponad 40 stacji metra we francuskiej stolicy będzie zamkniętych w sobotę, m.in. przy placach Bastylii i Republiki, Operze i w Dzielnicy Łacińskiej. Od soboty do poniedziałku obowiązuje godzina policyjna (w godz. 23-6) przy Placu Republiki i rejonie Les Halles. Te dwa miejsca ucierpiały w zamieszkach z 17 października; plądrowane były okoliczne sklepy.
Protesty we Francji od września
Rząd stara się doprowadzić do przyjęcia przepisów, na mocy których wandale będą musieli pokrywać koszty szkód wyrządzonych przez nich samych lub domniemaną grupę, do której należeli. Takie rekompensaty za szkody wynosiłyby do 10 tysięcy euro.
Niepokoje we Francji trwają od września, gdy licealiści rozpoczęli blokady szkół i akcje protestu, domagając się poprawy warunków nauki i zmiany kontrowersyjnego systemu rekrutacji na studia, Parcoursup. Poparli ich studenci, związki zawodowe i ugrupowania lewicowe, krytykując rząd za zbyt wolną, ich zdaniem, reakcję, a policję - za nadmierne używanie takich środków jak gaz łzawiący i granaty hukowe.
Na fali tych wystąpień pojawiły się wezwania do protestów nawiązujących do ruchu "żółtych kamizelek" z lat 2018-19, pod hasłami sprzeciwu wobec rosnących kosztów życia. Przy okazji demonstracji zaktywizowały się grupy skrajne; rząd oskarżył grupy ultralewicowe o akty przemocy i ataki na budynki publiczne.