Sportowiec. Student. Przyszły psycholog sportu. Człowiek po przejściach. Najwyższy (217 cm) siatkarz w historii reprezentacji Polski. Do młodzieniaszków nie należy, w marcu obchodził 30. urodziny.
W Mediolanie, w wielkim finale mistrzostw Europy, Biało-Czerwoni 3:1 pokonali Francuzów. Lemański i Szymon Jakubiszak uznani zostali za najlepszych środkowych imprezy. Za najbardziej wartościowego zawodnika, czyli MVP, oraz najlepszego przyjmującego - Wilfredo Leon. Najlepszego libero - Jakub Popiwczak. Najlepszego trenera - dowodzący naszym zespołem Nikola Grbić. Sukces za sukcesem, wyróżnienie za wyróżnieniem. A całkiem niedawno, na początku sierpnia, Polacy wygrali przecież Ligę Narodów. Zawrotów głowy można dostać.
Lemański przyznał, że kilka miesięcy temu w taki scenariusz by nie uwierzył. Dlaczego?
Rafał Kazimierczak: Siatkówka była pierwsza, od razu strzał w dziesiątkę?
Bartłomiej Lemański: - Nie, nie, przed siatkówką próbowałem innych dyscyplin, na przykład kick boxingu. Pamiętam, że po pierwszych zajęciach wyszedłem z płaczem, zupełnie nie dla mnie. Jestem chłopakiem z Warszawy, z Ursynowa. Jedynakiem. Rodzice nie są związani ze sportem, ale mama zawsze bardzo lubiła siatkówkę. Jako 10-latek trafiłem do Metra Warszawa, młodzieżowego klubu. Mieliśmy z rodzicami układ: pójdę i zobaczę, czy mi się spodoba. I rzeczywiście, siatkówka była strzałem w dziesiątkę. W sumie to nie wiem, czy nie chodziło o jakąś formę ganiania za piłką, po prostu. Już wtedy wyróżniałem się wzrostowo, a chwilę potem, po 13. urodzinach, rosłem po 10, nawet 15 centymetrów rocznie, naprawdę dużo.
Domyślam się, że ten wzrost był źródłem kompleksów? Były komentarze na ulicy, było wytykanie palcami?