Brdę, zwaną też Trampem, znają wszyscy. Nawet jeśli nigdy w niej nie byli. Charakterystyczna trójkątna sylwetka tego prefabrykowanego domku rodem z Bydgoszczy na stałe wpisała się krajobraz polskich ośrodków wczasowych i osiedli letniskowych. Chociaż jej rodowód jest... amerykański. Początkowo miała być towarem wyłącznie eksportowym, ale bardzo szybko stała się obiektem pożądania "inżynierów Karwowskich", czyli kształtującej się w dekadzie Gierka klasy średniej. Historia Brdy nierozerwalnie wiąże się z przemianami społecznymi późnej PRL. Weekendowe wypady własnym Maluchem na działkę stały się zjawiskiem może nie masowym, ale na tyle powszechnym, że władze nie mogły go zignorować. W pasjonujący sposób pisze o tym historyk sztuki Mikołaj Krupa w swojej najnowszej książce "Brda. Wczasy z fabryki". To pierwsza monografia kultowego domku, który dla setek tysięcy Polek i Polaków był scenografią niezapomnianych wakacyjnych przeżyć. Brdy to zapach rozgrzanego sosnowego lasu, pierwsze pocałunki, szalone imprezy i gra w planszówki pod osłoną spadzistego dachu, w który waliły strugi letniego deszczu. To wreszcie historia architektury lekkiej i przenośnej, na miarę ludzkich marzeń i możliwości. Bo Brdę można było zbudować ze szwagrem w dwa weekendy.