Jechały razem, bo chciały być bezpieczne. "Nagle z nieba spadł grad kul"

TVN24

Reuters Do masakry doszło na północy Meksyku

30-letnia Rhonita Maria Miller, 31-letnia Christina Marie Langford Johnson i 43-letnia Dawna Ray Langford w poniedziałek rano trzema samochodami wyruszyły z Galeany w meksykańskim stanie Chihuahua. Wiozły w sumie 14 dzieci. Nie jechały w to samo miejsce, ale podróżowały razem, bo chciały czuć się bezpieczne. Żadna z nich nie dotarła do celu.

Wszystkie kobiety należały do tak zwanej kolonii LeBaron, wspólnoty fundamentalistycznego odłamu mormonów, w której rodziny są liczne, a ich członkowie mocno są ze sobą związani.

Zaniepokojeni bliscy, do których zaczęły docierać sygnały, że mogło wydarzyć się coś złego, postanowili to sprawdzić. Kenneth Miller relacjonował, że najpierw znaleźli samochód jego synowej, Rhonity. W środku dziurawego od kul auta było pięć ciał - zwęglonych do tego stopnia, że początkowo nie do rozpoznania - Rhonity, 12-letniego Howarda, 10-letniej Krystal i ośmiomiesięcznych bliźniaków Titusa i Tiany.

Rhonita jechała z przodu, wciąż nie wiadomo było, co stało się z pozostałymi dwiema kobietami. Mijały kolejne godziny, a ich bliscy wciąż nie mieli żadnych wieści. Wtedy na przedmieściach La Mora, jednej z miejscowości zamieszkiwanych przez członków wspólnoty, pojawił się wycieńczony 14-letni Devin Langford, syn Dawny.

Widział, jak giną jego matka i dwaj bracia: 11-letni Trevor i 2-letni Rogan. Przeszedł ponad 20 kilometrów, był głodny i odwodniony. Opowiedział o ataku i wskazał, gdzie znajdują się dwa pozostałe samochody. Dawnę znaleziono martwą, osuniętą na kierownicy. W szybie jej auta było kilkanaście dziur po kulach, w środku pełno krwi.

Ciało Christiny leżało przy drodze. Podobno kobieta wyszła z samochodu, by błagać oprawców o litość.

Sama nie przeżyła, ale udało się jej córce, siedmiomiesięcznej Faith, zapiętej w samochodowym foteliku. Kule przeszyły wnętrze auta tuż obok niej, dziecku nic się jednak nie stało.

Julian LeBaron, krewny ofiar: - Spędziła w foteliku kilka godzin. Kiedy ją znalazłem, otworzyła oczy. Samochód był cały ostrzelany.

Członkowie wspólnoty odnaleźli także pięcioro dzieci, które Devin zostawił w bezpiecznym miejscu, zanim ruszył w marsz. Swoim bliskim opisały, jak wyglądał atak. Mówiły, że "nagle z nieba spadł grad kul, ze wzgórz".

Niektórzy napastnicy mieli strzelać ze wzgórza, a gdy strzały ustały, podejść do samochodów, wyciągnąć dzieci, którym udało się przeżyć i kazać im natychmiast opuścić miejsce masakry. Dzieci ruszyły w drogę, ale wiele z nich było rannych. Na zmianę niosły wymagającego największej pomocy chłopca, ale wkrótce okazało się, że dalsza wędrówka jest niemożliwa. Wtedy właśnie po pomoc zdecydował się iść samotnie Devin.

Wśród odnalezionych dzieci wciąż brakowało jednak 9-letniej Mckenzie Langford. Okazało się, że dziewczynka niepokoiła się, że Devin tak długo nie wraca i postanowiła również ruszyć po pomoc. Kenneth Miller relacjonował, że podążali za śladami małych stóp, które zostawiła dziewczynka - jednej bosej, drugiej w bucie. W końcu udało się ją znaleźć.

- Pobiegłem, złapałem tę małą dziewczynkę i po prostu ją przytuliłem - relacjonował Miller. - Powtarzałem: to twój wujek Kenny. Pierwszą rzeczą, którą powiedziała było: musimy wrócić po resztę - opowiadał.

Oaza w piekle

Wspólnota LeBaron ma swoje korzenie w latach 20. ubiegłego wieku. To właśnie wtedy do północnego Meksyku przyjechała z Utah grupa mormonów pod przywództwem Almy Dayera LeBarona, która oddzieliła się od oficjalnego kościoła. Jego dziadek Benjamin F. Johnson blisko współpracował z Josephem Smithem, założycielem kościoła mormonów.

Alma zmarł objęty ekskomuniką, a już po jego śmierci synowie założyli swój własny kościół.

Członkowie kolonii od lat żyją przede wszystkim z uprawy orzechów, ich głównym językiem komunikacji pozostaje angielski. Obecnie to kilka tysięcy osób. Mają zazwyczaj zarówno meksykańskie, jak i amerykańskie obywatelstwo.

W meksykańskich mediach nazwisko LeBaron pojawiło się w 2009 roku. W tym czasie w Meksyku trwała wypowiedziana przez ówczesnego prezydenta Felipe Calderona "wojna z narkotykami". Zamiast poprawiać bezpieczeństwo, przynosiła jednak doniesienia o kolejnych masakrach. Szczególnie na niebezpiecznych terenach przygranicznych, które na swoją oazę wybrali członkowie kolonii.

Najpierw porwany został 17-letni Erick LeBaron. Za jego uwolnienie zażądano miliona dolarów. LeBaronowie publicznie ogłosili jednak, że nie zapłacą okupu, a w mediach meksykańskich i zagranicznych opowiadali o rosnącej przemocy.

Ostatecznie Ericka udało się uwolnić. Jednak kilka miesięcy później porwano jego brata Benjamina oraz jeszcze jednego członka wspólnoty. Tym razem porywacze nie okazali litości, mężczyzn zamordowano, a przed domami LeBaronów wywieszono płachtę z jasnym sygnałem: zabójstwa to odpowiedź na zbyt głośne opowiadanie o tym, co dzieje się w regionie.

Julian LeBaron, krewny zamordowanych w poniedziałek osób, w rozmowie z Radio Formula przyznał, że przed masakrą rodzina otrzymywała groźby. - Poinformowaliśmy o nich władze. Złożyliśmy doniesienie i oto konsekwencje - stwierdził.

Problemem dla LeBaronów były jednak nie tylko kartele narkotykowe. Rodzina od wielu lat jest w konflikcie z lokalnymi rolnikami. Poszło o wodę, której rzekomo kolonia zużywać ma zbyt wiele. Uprawy orzechów wymagają jej bardzo dużo, co ma pogarszać sytuację innych społeczności.

Jak podawał meksykański "Proceso", niezadowolonych rolników na ranczu LeBaronów powitały strzały.

Do ataku doszło w okolicach Bavispe
Mapy Google, tvn24.pl

Wojna narkotykowa

Jednak według najbardziej prawdopodobnej teorii kobiety i dzieci wzięto za członków gangu, a do masakry doszło przez pomyłkę.

O wpływy w północnej części Meksyku toczy się krwawa rywalizacja karteli. Przez ten teren przebiegają kluczowe trasy przemytu narkotyków do Stanów Zjednoczonych.

Według meksykańskich władz sprawcami poniedziałkowych morderstw są członkowie gangu La Linea. Pierwotnie była to jedna z odnóg Kartelu Juarez, który przez dekady był jednym z najpotężniejszych w kraju. Grupę La Linea tworzyli początkowo lokalni policjanci, którzy mieli ostrzegać o planowanych akcjach służb, przekazywać cenne policyjne informacje i zabezpieczać przemycane narkotyki.

Od 2007 roku lider rywalizującego z Kartelem Juarez Kartelu Sinaloa, Joaquin "El Chapo" Guzman, brutalnie zabrał się za zdobywanie kontroli nad trasami przemytu w regionie Juarez-El Paso. Według amerykańskiej DEA przez tę część granicy przepływa 70 procent kokainy konsumowanej w USA. La Linea przerodziła się wtedy w jedną z najważniejszych części Kartelu Juarez i odpierała uderzenia Sinaloa.

Walka o wpływy trwała wiele lat i spowodowała, że Ciudad Juarez spływało krwią. W kolejnych latach Kartel Juarez został osłabiony działaniami rządów Meksyku i USA, a także atakami "El Chapo". Jego panowanie zaczęło ograniczać się do samego miasta. La Linea pozostała jednak na terenach dawnej dominacji.

Jak podają media, kilka godzin przed masakrą mormonów niedaleko miejsca, gdzie doszło do masakry, członkowie La Linea starli się z jedną z wrogich grup. Po tym zdarzeniu La Linea wysłała uzbrojonych ludzi na pobliskie drogi, by uniemożliwić rywalom przejazd do sąsiedniego stanu Chihuahua. Zabójcy czekali. W pilnowanym przez nich rewirze pojawiły się SUV-y - takie, jakimi poruszają się również często członkowie gangów. Tym razem jednak były w nich kobiety i dzieci.

Członkowie dotkniętej tragedią mormońskiej społeczności zastanawiają się, czy miejsce ich zamieszkania będzie jeszcze kiedyś bezpieczne. Na razie, na czas pogrzebów ofiar ochronę zapewniać im będzie meksykańskie wojsko.

Nie wiadomo, jak długo tam pozostanie. Julian LeBaron twierdzi jednak, że rodzina nie da się zastraszyć. - Nie ruszymy się stąd. Tu się urodziliśmy, to nasz kraj, nie damy się przestępcom - podkreśla.

Autor: kg//plw / Źródło: New York Times, BBC Mundo, CNN, Proceso, tvn24.pl