Dróżnik źle się czuł, nie zdążyli go podmienić. Pociąg zabił kierowcę

Okoliczności tragedii wyjaśnia prokuratura
Okoliczności tragedii wyjaśnia prokuratura
Źródło: TVN24 Łódź

Pędzący blisko 100 km/h pociąg uderzył w samochód przejeżdżający przez strzeżony przejazd kolejowy. 67-latek zginął na miejscu. Prokuratorzy badający sprawę tragicznego wypadku w Łodzi informują, że pół godziny przed tragedią dróżnik alarmował, że źle się czuje i potrzebuje zmiany.

67-letni kierowca skody w poniedziałek po południu jechał ul. Transmisyjną. Zatrzymał się przed opuszczonymi rogatkami na przejeździe kolejowym. Po torach przejechał pociąg. Potem rogatki zaczęły się podnosić.

- Ustaliliśmy, że zanim zapory podniosły się do końca, mężczyzna ruszył - mówi Mirosław Siemieniec z PKP PLK.

67-latek był już na torach, kiedy zapory ponownie zaczęły opadać. Przejechał przez trzy torowiska. Na czwartym został uderzony przez pociąg osobowy. Kierowca zginął na miejscu.

/Pierwsze informacje o tej tragedii i zdjęcia dostaliśmy na Kontakt 24/

Śledczy od poniedziałku wyjaśniają, dlaczego dróżnik zbyt wcześnie podniósł rogatki.

- Wiemy, że pół godziny przed tragicznym wypadkiem dróżnik poinformował dyżurną ruchu, że źle się czuje. Dyżurna zaczęła organizować pracownika, który miał go podmienić - opowiada Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.

Nie zdążyli

Śledczy nie chcą informować, na co uskarżał się dróżnik. Jak słyszymy, zapis rozmów pomiędzy nim a dyżurną jest zabezpieczony i będzie analizowany w najbliższych dniach.

- Chcemy sprawdzić, czy problemy zdrowotne mogły doprowadzić do wypadku i czy czynności podejmowane przez pracowników kolei były prawidłowe - informuje Kopania.

Okoliczności tragedii analizuje też Państwowa Komisja Badania Wypadków Kolejowych. Mirosław Siemieniec z PKP PLK nie chce odnosić się do informacji o złym stanie zdrowia dróżnika. Podkreśla, że trzeba sprawdzić, co i w jaki sposób zgłaszał dróżnik do przełożonej.

- Trzeba sprawdzić, czy przekazał on, że nie jest w stanie w sposób bezpieczny wykonywać obowiązków - informuje Siemieniec.

Dodaje, że na kolei obowiązują procedury, które przewidują taką sytuację. W zależności od stanu dróżnika wdraża się następujące czynności:

* W przypadku przejazdów często używanych (jak ten, na którym doszło do wypadku) opuszczane są szlabany i przejazd jest zamknięty do momentu pojawienia się zmiennika dróżnika.

* Jeżeli wyłączenie ruchu samochodów przez przejazd mogłoby doprowadzić do paraliżu komunikacyjnego, maszyniści dostają wytyczne nakazujące im przejeżdżanie przez przejazd z minimalną prędkością 20 km/h.

Nie pomogły szkolenia i systemy

Prokuratorzy informują, że pociąg, który uderzył w samochód 67-latka, jechał z dozwoloną prędkością. Dróżnik był trzeźwy i miał wszelkie wymagane dokumenty.

- To człowiek, który rozpoczął pracę na przejeździe w styczniu tego roku. Wcześniej odbył staż, szkolenie i zdał egzaminy - podkreśla Mirosław Siemieniec.

Dodaje, że na przejeździe zainstalowane były dwa systemy, które mają poprawiać bezpieczeństwo:

* System wspomagania dróżnika - na ekranie komputera dróżnik otrzymuje informacje o tym, kiedy i o której przez jego przejazd przejedzie pociąg. Dane wyświetlane są na podstawie rozkładu jazdy, a nie wskazań GPS zainstalowanych w pociągach.

* System radio stop - który pozwala dróżnikowi na poinformowanie maszynistów o niebezpiecznej sytuacji na przejeździe (np. uszkodzonym samochodzie stojącym na torach). Maszyniści zatrzymują wtedy pociągi w pobliżu przejazdu.

Kierowca ostatnią instancją

Prokuratura i przedstawiciele kolei jednoznacznie wskazują, że do tragedii przyczynił się przede wszystkim błąd dróżnika. PKP zaznaczają jednak, że ofiara wypadku uniemożliwiła mu naprawienie tego błędu.

- Kierowca jest zobowiązany czekać, aż przed przejazdem przestanie palić się czerwone światło. W tym przypadku jednak tak nie było. Dróżnik szybko zaczął opuszczać zapory, ale było już za późno - podkreśla Siemieniec.

Świadek: uratowało nas otwarte okno

Świadek: uratowało nas otwarte okno

Za 67-latkiem, który zginął na torach, stały jeszcze dwa samochody.

- My też mieliśmy ruszać. Uratowało nas otwarte okno. Mąż usłyszał jakiś szum, dlatego zatrzymał samochód przed torami. Potem w nasz dach uderzyła zapora, a samochód przed nami został zmieciony z torów - opowiada przed kamerą TVN24 świadek wypadku.

***

Za bezpieczeństwo na przejazdach odpowiada blisko 10 tysięcy pracowników kolei.

- Codziennie podejmują oni tysiące poprawnych decyzji. Choć staramy się przez szkolenia i wyposażenie posterunków zapobiegać błędom, jednak się zdarzają. Dlatego organizujemy akcje informujące kierowców o tym, że to oni są ostatnią instancją decyzyjną. Że muszą zachować czujność, bo to od nich zależy życie ich i ich bliskich - kończy Siemieniec.

Autor: bż//ec/jb / Źródło: TVN24 Łódź

Czytaj także: