Katowice

Katowice

68-latka w sierpniu ukończyła kurs prawa jazdy, a rok później w czerwcu przystąpiła do egzaminu praktycznego. W pierwszym zadaniu - jazda po łuku do przodu - nie zatrzymała się tam, gdzie powinna. Jechała 40 kilometrów na godzinę. Świadkowie krzyczeli. Egzaminator wszedł jej w drogę, podniósł ręce. Gdyby zaczęła ostro hamować i tak by go potrąciła. Mogła tylko skręcić, ale tego nie zrobiła. Cały czas miała nogę na pedale gazu. Przyspieszyła. To był moment. Egzaminator zginął na miejscu. Takie są ustalenia biegłych. Gotowy jest akt oskarżenia.

Matka dziewięcioletniej dziewczynki przyznała się w prokuraturze, że wiedziała o wykorzystywaniu seksualnym swojej córki. Nie zgłosiła tego jednak organom ścigania, bo była przekonana, że zrobi to ośrodek interwencji kryzysowej, który o tym zawiadomiła. Prokuratura postawiła zarzuty matce i dyrektorce ośrodka, bo żadna z nich nie ukróciła przestępstwa. Według śledczych, dziewczynka była gwałcona wielokrotnie przez cztery lata. Główny oskarżony był wtedy policjantem.

Prowadziła 45-letnia kobieta. Jej 69-letnia matka siedziała na miejscu pasażera. Niedaleko skrzyżowania auto zjechało na przeciwległy pas ruchu i uderzyło w przydrożne drzewo. Córka przeżyła, matka nie. Kilka godzin później na tej samej drodze doszło do czołowego zderzenia dwóch aut. W jednym jechała rodzina z trzyletnim chłopcem.

Przejście dla pieszych między centrum handlowym a kościołem w sobotę po godzinie szesnastej, zmrok, deszcz i ruch przedświąteczny. Kierowca powiedział policjantom, że nie widział pieszych. Inni widzieli, jak piesi unieśli się w powietrzu. On miał 74 lata. Zginął na miejscu. Ona, 65-latka, jest w ciężkim stanie. Byli małżeństwem. - To moja rodzina. Szli z kościoła do domu, nie wrócili - pisze pani Ula.

Pani Aneta zgodnie z planem nie miała zdobywać położonego na wysokości 4810 metrów szczytu Mont Blanc, a jedynie dotrzeć do schroniska położonego na wysokości 3165 metrów. Kilkaset metrów przed celem spadła dwieście metrów w dół szlaku. Nie miała raków, bo przewodnik powiedział, że nie musi ich mieć. Reporter "Faktów" TVN Robert Jałocha dowiedział się, że Zbigniew B. usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci.

Aresztowano trzech mężczyzn odpowiedzialnych za roboty ziemne na ulicy Leszczynowej w Szczyrku 4 grudnia. Powód - ich wyjaśnienia wymagają weryfikacji. Według prokuratury roboty te związane są z uszkodzeniem gazociągu, co doprowadziło do eksplozji, zawalenia się domu i pożaru. W katastrofie zginęło ośmioro mieszkańców tego domu - trzypokoleniowa rodzina. Najmłodszy Staś miał trzy lata, jego dziadek i wujek zdobywali medale w narciarstwie alpejskim.

- Nie ferujmy wyroków, nie osądzajmy, dajmy czas tym, którzy mają wyjaśnić tę tragedię. Ona musi nas czegoś nauczyć, żeby ta ofiara nie poszła na marne. Powinniśmy zadać sobie pytanie, gdzie tak pędzimy. Trzeba pracować, ale nie kosztem drugiego człowieka, nie za wszelką cenę. Nic co materialne nie zabierzemy z tego świata. Otwórzmy się na rodzinę, na sąsiadów. Cała nasza społeczność złączyła się w smutku. Oby to współczucie i ta chęć niesienia pomocy pozostała wśród nas - mówił burmistrz Szczyrku na pogrzebie rodziny Kaimów, która zginęła w swoim domu po wybuchu gazu.

Sąd Okręgowy w Katowicach nie zgodził się na zastosowanie aresztu wobec dziennikarza. W środę odrzucił prokuratorskie zażalenie na decyzję Sądu Rejonowego Katowice-Wschód, który również nie dopatrzył się powodu, żeby Kamil Durczok na tym etapie śledztwa trafił do celi. Sąd zastosował wobec dziennikarza inne środki zapobiegawcze: ma on wpłacić 200 tysięcy złotych poręczenia. Nie może też opuszczać kraju, ani zbliżać się do byłej żony.

Po nocnym wstrząsie w kopalni Budryk w Ornontowicach wycofano załogę z rejonu jednej ze ścian wydobywczych. Nikomu nic się nie stało. Wstrząs, który miał magnitudę przekraczającą 3 stopnie w skali Richtera nie spowodował też zniszczeń w wyrobiskach, ale odczuli go okoliczni mieszkańcy.