Czarno na białym

Czarno na białym

Zmiana politycznych przekonań to jedno. A styl, w jakim zmienia się partyjne barwy, to drugie. Dobrze pokazuje to kolejna historia. A właściwie historie dwóch byłych polityków PiS, którzy ostro starli się już w szeregach PO, mając skrajnie różne wizje tego, jaki powinien być dziś wizerunek Platformy. W istocie to starcie Michała Kamińskiego i Pawła Zalewskiego dużo mówi o wizerunku i o samej partii.

Ludwik Dorn - współtwórca PiS-u z jego nazwą włącznie, tzw. trzeci bliźniak braci Kaczyńskich, kiedyś najostrzejszy krytyk Platformy nazywający Ewę Kopacz "chodzącą nicością". Teraz z Ewą Kopacz i z Platformą Obywatelską idzie do wyborów. Zwrot o 180 stopni, którego nawet on sam, w rozmowie z Cyprianem Jopkiem, nie potrafi jasno wytłumaczyć. I nawet specjalnie nie obrusza się, gdy jest nazywany zdrajcą. Co ciekawe w jego kwestii PiS i PO połączyła dziwna niepamięć. Jedni nie chcą pamiętać Dorna, drudzy tego, co mówił.

Jak przewrotna bywa polityka, pokazuje historia Pawła Kowala. Kiedyś był politykiem PiS teraz, razem z PiS w ramach Zjednoczonej Prawicy, miał startować do Senatu. Ale, mimo zawartych między partiami umów, z list go skreślono. Nie jest jasne dlaczego. On sam snuje domysły, choć wygląda na to, że łatwiej mu się pogodzić z wykreśleniem z wyborczej listy niż z tym, że skreślili go partyjni przyjaciele.

Niecałe pół roku temu umierał. To była głośna historia: media opisywały przypadek mężczyzny, który w pracy zatruł się rtęcią. Całkowicie sparaliżowany, w agonalnym stanie - dziś chodzi, pływa, prowadzi samochód i odzyskuje siły. Cudowne uzdrowienie i tym bardziej ciekawa historia, że zatrucia rtęcią zdarzają się dziś niezwykle rzadko, a wiedza o leczeniu tak trudnych przypadków pochodzi w dużej mierze z literatury.

Zgodnie ze wszystkimi medycznymi przesłankami powinien już nie żyć od co najmniej 30 lat. A on żyje jakby na przekór wszystkiemu i prawdopodobnie jest najdłużej żyjącym na świecie człowiekiem z taką wrodzoną wyjątkowo ciężką wadą serca. Mimo choroby i wszystkich wynikających z niej ograniczeń robi to, co lubi, a lubi nagrywać i koncertować. Z tego właśnie Adam Konkol jest dziś znany.

Gdy na wschodzie Ukrainy toczyły się najcięższe walki uciekło stamtąd przed śmiercią kilkadziesiąt rodzin polskiego pochodzenia - prawie 200 osób. Wszystkie dostały u nas status uchodźcy i szansę na nowe życie. Spokojne i normalne - jak pokazują już po kilku miesiącach historie bohaterów reportażu.

Poruszająca historia człowieka, który stał się bohaterem wojennym Ukrainy. Zaczęło się od wstrząsającego nagrania. Prorosyjscy separatyści w swojej zuchwałości pokazali w lutym, jak znęcają się nad pojmanym oficerem - obrońcą lotniska w Donbasie. Potem był jeszcze marsz hańby ulicami miasta i wszelki słuch o tym żołnierzu zaginął. Po kilku miesiącach niewoli wrócił do rodziny i do wojska. Słynny cyborg potrzebował czasu, ale w końcu zgodził się opowiedzieć Przemysławowi Wenerskiemu o wszystkim, co się wydarzyło.

Dziś sprawdzamy jak radzą sobie w Polsce uchodźcy, którzy przyjechali do nas jakiś czas temu - uciekając przed opresją z Czeczenii, Wietnamu, czy właśnie Syrii. To będą historie, które pokazują, że integracja jest możliwa, ale w Polsce nie jest łatwa. Średnio tylko dwie osoby na sto dostają w końcu status uchodźcy, a to dopiero początek drogi do normalnego życia. Cyprian Jopek.

Katolicy, którzy mają przyjąć muzułmanów, czyli jak polski Kościół reaguje na wezwanie papieża do pomocy. Reaguje skrajnie różnie - jak przekonał się Piotr Świerczek, który w ostatnich dniach był w wielu parafiach w całym kraju. Uprzedzenia i obawy trudno ukryć, co najlepiej widać w ukrytej kamerze. Ale jest też duża gotowość do pomocy i odwaga, by mierzyć się z ostrą krytyką nawet swoich wiernych.

Polska nie jest wymarzonym celem dla uchodźców, więc - mimo, że mamy nadzwyczajną sytuację w Europie i falę imigracyjną największą od czasu II wojny światowej - to tłumu uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki na naszej granicy nie ma. Przynajmniej na razie. Premier Kopacz powiedziała dziś, że przyjmiemy tylu uchodźców, na ilu nas stać (ani jednego więcej i ani jednego mniej) - konkretnej liczby jednak nie podała. Sebastian Wasilewski sprawdził, na co Polskę jako państwo realnie stać. Konkrety: ile mamy miejsca, gdzie i na jakich warunkach mogliby żyć u nas uchodźcy.

Jest jednym z najskuteczniejszych leków zdaniem jednych i budząca ogromną podejrzliwość substancją dla innych. Z jednej strony można zrozumieć ograniczenia jakim poddane jest stosowanie leczniczej marihuany, z drugiej słuchając historii pacjentów, dla których jest jedynym ratunkiem, trudno nie zadawać pytań. O to czy ograniczenia powinny być aż tak rygorystyczne i czy dostęp aż tak trudny.

Historie ludzi, dla których marihuana jest jedynym skutecznym lekarstwem i największym problemem jednocześnie. Wszystko dlatego, że jej stosowanie nadal budzi w Polsce ogromne emocje. A pacjenci, którym jest podawana, są formalnie uczestnikami medycznego eksperymentu. Obwarowanego licznymi i rygorystycznymi przepisami. Złamać je miał dr Marek Bachański z Centrum Zdrowia Dziecka, został więc od leczenia odsunięty i zdrowie dziecka, a raczej dzieci, przestało być w centrum uwagi. Z jego pacjentami spotkała się reporterka "Czarno na białym".

Uchodźcy, którzy docierają do Austrii, trafiają między innymi do obozu pod Wiedniem. Tego samego, do którego 30 lat temu trafiali Polacy, uciekający z komunistycznego PRL-u. A na Zachód w latach 80-tych wyjechało - uwaga - ponad 200 tysięcy rodaków. Jak wtedy Europa przyjmowała emigrantów i jak ówcześni emigranci postrzegają dzisiejszy problem uchodźców - o tym Tomasz Marzec rozmawiał z Polakami, którzy tego doświadczyli.

Tak zwyczajnie po ludzku, głos tych, którzy doświadczyli losu emigracji brzmi bardziej wiarygodnie niż głos polityków, szczególnie, że zaangażowanych teraz w wyborczą kampanię. Ale to politycy będą decydowali - ilu przyjąć uchodźców, gdzie i na jakich warunkach. A wbrew pozorom - od tej decyzji może zależeć nie tylko los uciekinierów. Bo - jak solidarność Europy, to solidarność - nie tylko wtedy, gdy Polsce na tym zależy. Szantaż czy uczciwe stawianie sprawy? Arkadiusz Gdula.

Czarno na białym - jedni okazują niechęć albo wręcz wrogość - inni współczują i na swój sposób pomagają - dziś w programie wstrząsające zdjęcia i dwa oblicza Europy, którą zalewa wzbierająca wciąż fala uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki. A swoistym symbolem tych dwóch twarzy Europy może być granica Węgier i Austrii. Granica, która - z punktu widzenia uciekinierów - wszystko zmienia. Węgry to dla nich najpierw kolczasty drut graniczny, potem utrudnienia w przeprawie, brak zorganizowanej pomocy, brak nawet informacji. W Austrii - już przy samej granicy nastawienie mieszkańców i władz do uchodźców jest zupełnie inne - o czym w reportażu Katarzyny Górniak, która właśnie wróciła z Węgier i Austrii.

Pojechaliśmy do kilku miejscowości w województwie warmińsko-mazurskim, czyli tam gdzie - według danych GUS - żyje najwięcej w Polsce osób poniżej granicy ubóstwa. To w sumie 15 proc. mieszkańców. Oni najlepiej wiedzą, czy takie życie to życie skazane na głód. Co na to rodziny, nauczyciele i pracownicy ośrodków pomocy społecznej?

Gdy jedni cerują, inni licytują. Im bliżej wyborów, tym wyżej licytują. 100, 500, a może 900 tysięcy głodujących i niedożywionych dzieci? Politycy od lewa do prawa rzucają co raz bardziej porażające liczby, powołując się przy tym - z pełną powagą i absolutną pewnością - na dane GUS i NIK. Tylko, że ani GUS, ani NIK, ani nikt inny nie policzył dotąd w Polsce dzieci, które głodują lub są niedożywione. To jest co najmniej dziwne, ale takich konkretnych liczb po prostu nie ma. Jest za to wyjątkowo cyniczna polityczna gra, w której wcale nie o potrzebujące dzieci chodzi.

To, że nie wiadomo, ilu jest dokładnie głodujących nie znaczy, że problemu głodu i biedy nie ma. Najlepiej wie o tym siostra Małgorzata Chmielewska, która na co dzień takim potrzebującym dzieciom i dorosłym pomaga. To ją zapytaliśmy, czy jest bieda w Polsce, czy są głodujące dzieci i czy jest dla nich skuteczna pomoc?

Złoty pociąg wciąż jest tajemnicą co działa jeszcze bardziej na wyobraźnię poszukiwaczy, którzy tłumami z całego świata ciągną do Wałbrzycha. I nawet jeśli ostatecznie niemiecki pociąg z rzekomym bogactwem się nie znajdzie - to dla Wałbrzycha i tak stał się już prawdziwym skarbem - wartym co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych.

Środa Śląska, która 30 lat temu przeżywała swoją gorączkę złota. Przypadkowo odkryte w ziemi niezwykle cenne klejnoty królewskie - postawiły na nogi całe miasto. Kto mógł i czym mógł kopał, a co wykopał - z reguły zabierał. Ówczesna władza nie była w stanie na tym zapanować - zaczęły się więc przesłuchania i aresztowania. Do dziś mało kto chce w Środzie o tym mówić - bo do dziś sprawa budzi w mieście dziwny niepokój.