Czarno na białym

Czarno na białym

Niezłomny w dociekaniu prawdy o katastrofie smoleńskiej sam nie chce wszystkiego mówić. Pytanie, które przez 4,5 roku nie doczekało się odpowiedzi Antoniego Macierewicza brzmi: dlaczego zaraz po tragedii nie pojechał z Katynia do Smoleńska, a w pośpiechu wracał do Warszawy. W tej sprawie - teoria jest właściwie jedna i co ciekawe - potwierdzają ją dziś nawet politycy PiS. Macierewicz śpieszył się, by przed przejęciem władzy przez Bronisława Komorowskiego, zabezpieczyć tajne dokumenty BBN. Co Macierewicz chciał chronić, a może ukryć?

Wyraźnie widać, że emocje już opadły, ale o zgodzie nie ma mowy. 4,5 roku po katastrofie smoleńskiej wciąż mamy spór o przyczyny tragedii i o to, gdzie postawić pomnik upamiętniający wszystkie ofiary. Na początek prawda smoleńska za 300 złotych, czyli kolejna konferencja smoleńska, a na niej kolejne naukowe dowody na to, że katastrofa nie była wypadkiem. Poparte zaskakującymi eksperymentami - teorie z piłeczką ping-pongową, sokiem z brzozy i rosyjskim płotem - każdą zapytać: jak daleko jeszcze w tej spiskowej narracji można się posunąć? Zdaje się, że to pytanie stawiają już sobie sami uczestnicy snując (choć nieśmiało jeszcze) "teorię" o "wypaleniu się" konferencji.

Marszałek Sejmu i słowa, które (niespełna po miesiącu urzędowania) doprowadziły do wniosku o jego odwołanie. To, że opozycja nie zostawia na nim suchej nitki nie dziwi, ale chłodem powiało nawet w Platformie. Premier Kopacz specjalnie tego nie kryje, gdy mówi, że finał tej sprawy jest w rękach Sikorskiego. Czarne chmury nad tym politykiem wisiały już nie raz, ale wydaje się, że seria ostatnich porażek stawia teraz jego karierę na krawędzi.

"Rozbiór Sikorskiego", czyli słowa, które wywołały polityczną burzę i doprowadziły do wniosku o dymisję marszałka Sejmu. "Czarno na białym" porozmawiało z amerykańskim dziennikarzem, autorem artykułu, po którym Radosław Sikorski musiał się tłumaczyć. I tłumaczył się. Tylko że w taki sposób, który więcej skomplikował niż wyjaśnił. Choć jak dobrze przeanalizować całą publikację i słowa wypowiedziane przez byłego ministra to okazuje się, że co innego treść, a co innego jej interpretacja. Co więc tak naprawdę jest w artykule, który wzbudził w Polsce takie kontrowersje?

Wojna na Ukrainie stała się dramatycznym dowodem na to, jak bardzo Zachód przespał słowa Putina. Co więcej, jak długo spał. I nie trzeba być wielkim detektywem. Osobliwy dość pamiętnik tego, co rosyjski przywódca mówił o swoich  sąsiadach, można znaleźć nawet na oficjalnej stronie Kremla. On mówił, Zachód milczał. Dopiero, gdy Putin od słów przeszedł do czynów zrobiło się wielkie poruszenie.

Ją widzowie zapamiętają jako autorkę poruszających reportaży i filmów dokumentalnych. Jego jako reportera specjalizującego w sprawach Śląska. Ale nie tylko. Zajmował się również tematami, które były jego pasją w życiu codziennym. Między innymi sportem. Nie żyją reporter "Faktów" TVN Dariusz Kmiecik, jego żona, dziennikarka telewizji polskiej Brygida Frosztęga-Kmiecik oraz ich dwuletni syn Remigiusz. W kamienicy, w której mieszkali w Katowicach, wybuchł wczoraj o świcie gaz.

Liczy się każda minuta i nie można jeszcze wykluczyć, że są żywi. W gruzach zawalonej nad ranem kamienicy w centrum Katowic poszukiwane są wciąż 3 osoby - reporter "Faktów" Dariusz Kmiecik, jego żona i ich 2-letnie dziecko. Akcja ratunkowa trwa już 15 godzin. Strażacy twierdzą, że w gruzowisku są puste przestrzenie i właśnie tam próbują się dostać. Mają do dyspozycji nowoczesny sprzęt, w tym kamery wziernikowe i geofony, które nawet pod kilkumetrową warstwą gruzu potrafią usłyszeć oddech człowieka. Skala zniszczeń wskazuje, że przyczyną katastrofy był wybuch gazu, potem pożar i w efekcie kamienica zawaliła się jak domek z kart.

Z jednej strony tak się przyjęło w Polsce, że nie zasądza się wysokich odszkodowań. A z drugiej strony przyjęło się też, że winni błędnych wyroków nie ponoszą żadnych konsekwencji. Teoretycznie - w przypadku rażących zaniedbań czy uchybień - możliwe jest ukaranie prokuratora czy sędziego (a wachlarz kar jest całkiem duży), ale w praktyce prawie to się nie zdarza. Solidarność zawodowa bierze górę, co przyznaje w rozmowie z reporterem "Czarno na białym" były prezes Trybunału Konstytucyjnego, profesor Andrzej Zoll.

Dwaj mężczyźni, którzy przesiedzieli w więzieniu lata. Skazani za zabójstwa. Stracili wolność, pracę, rodzinę, dobre imię. Krótko mówiąc, rozpadło im się całe życie. Jak się potem okazało wszystko przez pomyłkę wymiaru sprawiedliwości. Jak wycenić 12 lat bez winy spędzonych za kratami? A 3 lata? Obaj walczą o odszkodowanie. Ale raczej nie mogą liczyć na wiele, bo w Polsce nie ma zwyczaju zasądzania wysokich odszkodowań. Tak się przyjęło. Po prostu.

Ile warta jest ludzka krzywda. Na przykład strata zdrowia przez błąd lekarski czy strata wolności przez niesłuszny wyrok sądowy. Jak to wycenić? I dlaczego w Polsce nie ma zwyczaju zasądzania wysokich odszkodowań? Zaczniemy od historii kobiety, która trafiła do szpitala z zawałem serca, a wyszła z niego z ciężkimi powikłaniami po zakażeniu salmonellą w czasie operacji. Nigdy już nie wróci do pełnego zdrowia. Straciła też dobą pracę i rodzinę, która nie wytrzymała presji choroby. Poszkodowana walczy o rekordowe odszkodowanie za błąd medyczny - 2,5 miliona złotych. Walczy już 10 rok i nie ma złudzeń, że gdyby nie jej prawnicze wykształcenie, dawno by już tę walkę przegrała.

Pijany kierowca - recydywista, który w końcu doprowadził do tragedii. Zabił na drodze ciężarną kobietę i jej męża. Ta historia pokazuje zadziwiająco łagodne oblicze prokuratury i sądu. Sprawca był wiele razy zatrzymywany podczas jazdy z promilami, był też karany, ale zawsze w taki sposób, że dalej mógł pić i jeździć. Sądowe zakazy prowadzenia samochodu ignorował. Za nic miał wyroki więzienia. Więzienia jedynie w zawieszeniu.

Na taką pobłażliwość nie mogą liczyć pijani kierowcy w Norwegii. Teraz dowód na to, jak wygląda zero tolerancji dla tych, co prowadzą na podwójnym gazie. Bez wyjątków. Nawet takich, jak olimpijski medalista, sportowiec, celebryta, idol, uwielbiany, podziwiany, słowem - norweski ideał. Ideał, który spadł z piedestału po tym, jak po pijanemu spowodował wypadek. Od razu stracił prawo jazdy i został skazany na więzienie oraz bardzo wysoką grzywnę. W Norwegii nikogo to nie dziwi.

Dopiero, gdy dojdzie do tragedii, wtedy jest poruszenie. Co innego, gdy tylko wjedzie się samochodem do podziemnego przejścia w centrum Warszawy - jak zrobiła to przed niespełna rokiem Izabella Ch. Była pijana - nie pierwszy zresztą raz za kierownicą - ale do dziś nie poniosła żadnych konsekwencji. Patrząc na to, jak przez prawie rok kobieta ignoruje sąd i zwodzi prokuraturę, pytamy: czy to jeszcze opieszałość czy już nieudolność wymiaru sprawiedliwości?

Piętnaście lat temu, w Polsce z powodu zaburzeń spowodowanym braniem narkotyków leczyło się dwa tysiące osiemset osób. W 2002 roku prawie 12 tysięcy. Natomiast w 2011 już ponad czternaście tysięcy osób leczyło się z zaburzeń związanych z używaniem substancji psychoaktywnych - tak fachowo określane są narkotyki. Symboliczny może być tu jeszcze jeden fakt - w ubiegłym roku konopie indyjskie zapaliło więcej młodych Polaków niż Holendrów. A w Holandii ten narkotyk jest legalny.

Nie każda historia uzależnienia zaczyna się od twardych narkotyków. Nie zawsze narkotyki są drogie i trudno dostępne. Wręcz przeciwnie. Są i takie substancje, które kosztują niewiele, a kupić je można łatwo i legalnie. Bez recepty. Dziś większość bardzo młodych ludzi nie szuka dilerów. Wystarczają im apteki i powszechnie dostępne leki przeciwbólowe albo na kaszel, które w większych dawkach działają jak narkotyki. Jak to możliwe, że ma je na wyciągnięcie ręki każdy?

Statystyczne raporty wypełniają liczby, ale na każdą z nich składają się jednostkowe dramaty oraz indywidualne historie. Najczęściej to historie upadku. Ale zdarzają się jednak i takie, które dobrze się kończą. Chociaż słowo "kończą" nie najlepiej tu pasuje, bo walka o normalne życie i pokonanie nałogu najczęściej trwa do końca życia.

Takie są właśnie skutki tego, że w wolnej Polsce żadna władza nie miała odwagi zmierzyć się z trudnym problemem reprywatyzacji. Nie ma ustawy, nie ma nawet szacunków o możliwej skali roszczeń dawnych właścicieli lub ich spadkobierców, choć nie ma wątpliwości, że chodzi o miliardy, a może nawet dziesiątki miliardów złotych. Problem, który Państwo zamiata pod dywan - spada i to coraz bardziej na samorządy. Są takie miejscowości, jak na przykład podwarszawskie Michałowice - gdzie pod znakiem zapytania stoi przyszłość szkoły, przedszkola i dużego osiedla.

Miliardy złotych zamiatane pod dywan, czyli o tym, ile kosztuje nas brak odwagi polityków, którzy przez 25 lat wolnej Polski nie uchwalili prawa reprywatyzacyjnego. Prawa do zadośćuczynienia właścicielom gruntów i nieruchomości zawłaszczonych po wojnie przez Państwo. Na początek kulisy biznesu - określanego mianem - "podziemia reprywatyzacyjnego", czyli o tym jak za grosze przejąć cenną kamienicę lub teren w centrum Warszawy. Przez luki w prawie jest to nie tylko możliwe, ale też legalne.

Historia walki o prawo własności do jednego z najatrakcyjniejszych terenów w sercu Warszawy. Siedziby Akademii Sztuk Pięknych przy Krakowskim Przedmieściu. Po latach sądowych batalii, gdy wydawało się, że córki przedwojennego właściciela odzyskają majątek - do akcji wkroczył wojewoda, uwłaszczył teren i przekazał go na własność ASP. Nie ma więc już (przy najmniej na razie) groźby wyrzucenia uznanej uczelni na bruk, ale to jeszcze nie koniec sprawy.

Gdy przed miesiącem prezydent Nowej Soli ostro skrytykował rząd za kolejną pomoc finansową dla kopalni - usłyszała o nim cała Polska. A zareagował tak, bo gdy upadały nowosolskie fabryki i bezrobocie sięgało blisko 40 proc., jego miasto pomocy nie dostało. "Czy nasze dzieci mają inne żołądki?" - pytał retorycznie Wadim Tyszkiewicz. Naraził się górnikom, ale zyskał uznanie mieszkańców swojego miasta. Być może w ten sposób prezydent otworzył swoją kampanię wyborczą, choć patrząc na to, jak bardzo przez 12 lat zmienił miasto na korzyść, można też założyć, że nie musiał.