Tajlandia

Tajlandia

Tajlandzki Sąd Konstytucyjny uznał, że rządząca Partia Władzy Ludu (PPP) jest winna oszustw wyborczych i tym samym jest nielegalna. Oznacza to koniec gabinetu Somchaia Wongsawata, przeciwko któremu od tygodnia protestuje opozycja.

Jedna osoba zginęła, a 22 zostały ranne w wybuchu bomby na lotnisku krajowym w Bangkoku. Do wybuchu doszło we wtorek rano czasu lokalnego. Ładunek wybuchowy rzucony został w tłum protestujących z Ludowego Sojuszu na rzecz Demokracji. Są to kolejne ofiary antyrządowych demonstracji.

Nasi rodacy mają kłopoty w Azji. Z powodu blokady lotniska w Bangkoku przez tajlandzką opozycję nie mogą wrócić do domu. Z tego samego powodu kilkunastu naszych rodaków nie może opuścić Birmy.

Co najmniej 34 antyrządowych demonstrantów zostało rannych w wyniku wybuchu granatu, do którego doszło w nocy przed siedzibą premiera Tajlandii. W Bangkoku sytuacja jest coraz bardziej napięta. W sobotę policja utworzyła kordon wokół demonstrantów okupujących główne lotnisko.

To było spektakularne wydanie wiadomości. Kiedy prezenter antyrządowej tajlandzkiej telewizji czytał najnowsze informacje, padła seria strzałów z karabinu. Prezenterowi na szczęście udało się schować i nie został ranny.

- Nie boimy się. Będziemy walczyć do śmierci i jesteśmy gotowi - ostrzegają tajlandzcy demonstranci, którzy okupują lotnisko w Bangkoku w proteście przeciwko rządowi. Policja zapowiada, że jest gotowa do użycia siły.

Kryzys rządowy w Tajlandii zaczyna wymykać się z rąk premierowi Somchaiowi Wongsawatowi. W odpowiedzi na okupację przez opozycję dwóch portów lotniczych w Bangkoku, premier wprowadził na nich stan wyjątkowy.

- Nie ustąpię - odpowiada premier Tajlandii Somchai Wongsawat na wezwanie szefa tajlandzkiej armii, gen. Anuponga Paochinda. Generał wezwał rząd w Bangkoku do rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów. Miałoby to rozwiązać nasilające się antyrządowe demonstracje.

Tysiące protestujących Tajlandczyków wtargnęło w poniedziałek rano do tamtejszego parlamentu paraliżując debatę. Parlamentarzyści przełożyli sesję, obawiając się przemocy - powiedział marszałek Izby Reprezentantów Chai Chidchob.

Jedna osoba zginęła, a 23 zostały ranne w Bangkoku podczas protestu pod kancelarią premiera Tajlandii. W tłumie eksplodował granat.

Tajowie, jak co roku, hucznie obchodzili Festiwal Pełni Księżyca - były sztuczne ognie, latarenki i śpiew. Ale w tym roku nadzór nad malowniczym świętem musiała sprawować policja i wojsko. Wszystko z powodu możliwości antyrządowych protestów.

Thaksin Shinawatra, były premier Tajlandii, powinien na dwa lata trafić do więzienia, uznał Sąd Najwyższy tego kraju. Shinawatra na razie jest jednak bezpieczny, bo przebywa w Europie.

Jeden kambodżański żołnierz nie żyje, a co najmniej trzech innych zostało rannych w środę podczas wymiany ognia z siłami tajlandzkimi. Do strzelaniny doszło na spornym odcinku granicy między obu krajami, w pobliżu świątyni Preah Vihear, do której swoje prawa zgłaszają obie strony.

Kilka godzin przed końcem ultimatum tajlandzcy żołnierze opuścili kilka kilometrów kwadratowych kambodżańskiego terytorium. Jeśliby się tak nie stało, Phnom Penh groziło "poważnymi konsekwencjami".

W poniedziałek w Bangkoku rozpoczął proces ekstradycyjny Wiktora Buta - słynnego handlarza bronią, nazywanego też "Handlarzem Śmiercią". Do trzech razy sztuka, chciałoby się rzec, bo posiedzenie dwukrotnie już przekładano. Wydania Rosjanina chcą Stany Zjednoczone.

Pogrążoną od tygodni w kryzysie Tajlandię czeka jeszcze większy chaos, przewidują komentatorzy. Nowym premierem ma zostać bowiem szwagier obalonego przed dwoma laty premiera Thaksina Shinawatry.

Tajlandzki sąd uznał we wtorek, że premier Samak Sundaravej musi zrzec się ze stanowiska, ponieważ złamał konstytucję uczestnicząc w programach kulinarnych w TV podczas sprawowania urzędu.

Osaczony przez demonstrantów w swoim biurze tajlandzki premier zapowiada, że nie poda się do dymisji. Poddać się nie zamierzają też manifestanci, którzy protestują już 10 dzień.

- Wszyscy umrzemy za króla - skandował we wtorek rano tłum przed kancelarią premiera Tajlandii, kilka godzin po wprowadzeniu w kraju stanu wyjątkowego. Premier Samak Sundaravej ogłosił dekret w celu utrzymania porządku w Bangkoku. Mimo zakazu publicznych zgromadzeń, tłum pozostał na ulicach. Demonstranci zablokowali też międzynarodowe lotnisko w mieście Hat Yai.

Prawie dwa tysiące osób, domagających się ustąpienia rządu Tajlandii, próbowało w piątek opanować główną siedzibę policji w Bangkoku. Policjanci użyli gazu łzawiącego, żeby rozproszyć tłum. Po interwencji reporterzy agencji Reutera widzieli osoby zatrute gazem i wymiotujące.