Tajlandia

Tajlandia

Władze Tajlandii przedłużyły o tydzień wprowadzoną podczas zamieszek w Bangkoku godzinę policyjną - poinformował rzecznik armii.

Na trzy kolejne dni zostanie przedłużona godzina policyjna w pogrążonej w chaosie Tajlandii - poinformował rzecznik armii. Po burzliwej środzie, czwartek na tajlandzkich ulicach upływa spokojnie.

Rozruchy i płomienie - tak wyglądał Bangkok po szturmie wojska na obóz antyrządowych demonstrantów, którzy podpalili 5 budynków, w tym giełdę papierów wartościowych i dom towarowy. Co najmniej 12 osób zginęło, a ponad 50 zostało rannych. Przywódcy rozruchów ostatecznie poddali się. W mieście wprowadzono godzinę policyjną.

Najpierw zakończenie okupacji centrum Bangkoku, później negocjacje - takie stanowisko przyjął tajlandzki rząd wobec demonstrujących. W rozmowach, na które zgodził się we wtorek przywódca opozycjonistów, pośredniczyłby Senat.

Raniony przed kilkoma dniami przez snajpera generał Seh Daeng, wojskowy strateg "czerwonych koszul" zmarł w szpitalu - podały tajskie służby medyczne. Liczba ofiar walk w Bangkoku wzrosła do 36, rannych jest około 250 osób, w tym sześciu obcokrajowców.

Władze Tajlandii zrezygnowały z wprowadzenia, zapowiadanej wcześniej, godziny policyjnej w niektórych częściach Bangkoku. Protestujący deklarują, że są otwarci na rozmowy z rządem. W starciach antyrządowych demonstrantów z tajlandzkimi siłami porządkowymi zginęło od czwartku 25 osób.

Do 22 wzrosła liczba ofiar starć armii z protestującymi w centrum Bangkoku - podał państwowy szpital Erawan. Wśród zabitych nie ma obcokrajowców, wszyscy zabici do cywile. Wcześniej w sobotę tajlandzka armia zapowiedziała, że wyśle posiłki oddziałom, które walczą o odcięcie tysięcy demonstrujących w centrum stolicy.

Siedem osób nie żyje, ponad sto jest rannych - tak przedstawia się tragiczny bilans piątkowych starć wojska z antyrządowymi demonstrantami. Wśród rannych jest trójka dziennikarzy. Demonstranci oskarżyli premiera o zapoczątkowanie "wojny domowej".

W stolicy Tajlandii Bangkoku padły strzały. Wszystko w czasie, gdy upływa termin ultimatum, jakie rząd dał "czerwonym koszulom" na opuszczenie barykady. Władze zapowiedziały, że po tym terminie całkowicie odetną dostęp do tego terenu. Agencje donoszą, że w powietrze i w kierunku demonstrujących strzelało wojsko i policja. Na oddział intensywnej terapii trafił szef wojskowy "czerwonych koszul".

Władze Tajlandii zaczną w środę o północy ograniczać dostawy wody, żywności i prądu do okupowanego przez opozycjonistów centrum Bangkoku. Nadzwyczajne środki mają doprowadzić do zakończenia antyrządowych manifestacji.

Koniec politycznego pata w Tajlandii? Premier Abhisit Vejjajiva wyraził gotowość spełnienia żądań opozycji. "Czerwone koszule" domagają się rozwiązania parlamentu i przeprowadzenia jesienią przedterminowych wyborów.

Uczestnicy antyrządowych protestów w Tajlandii wdarli się na jedną ze stacji kolei miejskiej w Bangkoku. Do negocjacji z "czerwonymi koszulami" wysłano wojsko, które skłoniło demonstrantów do odblokowania stacji.

Rząd Tajlandii nie przystał na żądania opozycyjnych "czerwonych koszul". Protestujący uznali więc, że w takiej sytuacji dalsze rozmowy z władzą nie mają żadnego sensu. I wycofali się z rozmów.

"Czerwone koszule" odwołały marsz w stolicy Bangkoku. Antyrządowi demonstranci zrezygnowali z protestu po tym, gdy władze oświadczyły, że są gotowe użyć wobec nich wojska.

- Partia rządząca jest winna nieprawidłowości w finansowaniu kampanii wyborczej - uznała w poniedziałek tajlandzka komisja wyborcza, zalecając rozwiązanie Partii Demokratycznej urzędującego premiera Abhisita Vejjajivy. Najprawdopodobniej umocni opozycję, która domaga się ustąpienia szefa rządu.

W stolicy Tajlandii - Bangkoku, gdzie w sobotę doszło do gwałtownych starć między siłami bezpieczeństwa a antyrządowymi demonstrantami, liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do co najmniej 19 - podały w niedzielę źródła medyczne. Ponad 800 ludzi jest rannych.

Siły bezpieczeństwa Tajlandii użyły gazu łzawiącego i armatek wodnych, aby rozproszyć antyrządowych demonstrantów w Bagkoku. Protestujący zebrali się przed siedzibą opozycyjnej telewizji, zamkniętej w czwartek przez władze.

Rząd Tajlandii na mocy dekretu o stanie wyjątkowym wyłączył w czwartek kontrolowaną przez opozycję stację telewizyjną, a sąd wydał nakazy aresztowania siedmiu liderów opozycji, która chce obalić gabinet Abhisita Vejjajivy.

Po środowym szturmie zwolenników opozycji na teren parlamentu, tajski premier Abhisit Vejjajiva wprowadził stan wyjątkowy w Bangkoku i pięciu prowincjach. Oznacza to, że zakazane są wszystkie zgromadzenia, w których uczestniczy więcej niż pięć osób, a służby bezpieczeństwa mogą dokonywać zatrzymań bez nakazu sądowego.