Polska i Świat

Polska i Świat

Po swojej stronie mamy wszystkie nowe i wszystkie pogrążone w kryzysie kraje Wspólnoty, czyli większość. Zdecydowanie przeciwko była Wielka Brytania, ale po nocnych negocjacjach w Brukseli premier ogłosił, że została przekonana. Pewne jest na razie to, że będzie jeden unijny budżet, a nie dwa. I to jest nasz pierwszy sukces. Drugi - chyba większy - będzie wtedy, gdy bogate kraje Wspólnoty nie zakręcą kurka z pieniędzmi i w następnych latach dostaniemy z Unii obiecywane nam wcześniej 300 miliardów złotych.

Organizatorzy dali plamę - dosłownie i w przenośni, bo murawa na Stadionie Narodowym stała się jedną wielką kałużą. Ktoś musiał tę plamę naprawić, a konkretniej wykorzystać, żeby naprawić gęstniejącą atmosferę na stadionie. No i znaleźli się tacy, którzy wbiegli, uruchomili tym samym ochroniarzy, rozbawili publikę, a dziś stanęli za to przed sądem. Wyroki zapadły zgodnie z prawem, ale czy w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem?

Zawód - fotoreporter. Ciekawy, ale niełatwy. A najtrudniejsza i najbardziej niewdzięczna jego postać to fotoreporter wojenny. Musi być tam, gdzie człowiek zabija człowieka w imię pewnych zasad, ideologii i w zgodzie z prawem. Ma to pokazywać i opowiadać światu. Powinien być bezstronny, ale w obliczu tragedii czasem tak się nie da. Stąd traumy, takie jak u ofiar wojny, czy walczących żołnierzy. A wiemy to z książki "Bractwo pif-paf", z której autorem rozmawiał reporter "Polski i Świata".

Milion dolarów nagrody za pomoc w schwytaniu taliba, który chciał zabić 14-letnią dziewczynkę. Tyle pieniędzy oferują władze Pakistanu. Rodzina sprawcy jest zatrzymana po to, by na mężczyźnie wywrzeć presję. O Malali i bezwzględnej egzekucji, jaką próbowano na niej wykonać, mówiliśmy już w "Polsce i Świecie". Napastnik wsiadł do szkolnego autobusu, zapytał która to Malala i strzelił do niej kilka razy z bliskiej odległości. Dziecko cudem przeżyło. Teraz jest pod opieką i ochroną brytyjskich lekarzy, bo wciąż pojawiają się tajemniczy ludzie, którzy chcą ją odwiedzić.

Są tanie, kaloryczne i kulinarnie twórcze, bo można z nich zrobić wiele potraw. To opinia Hiszpanów o ziemniakach, którzy im mniej mają w portfelu, tym chętniej sięgają po to warzywo. Spożycie ziemniaków ciągle rośnie, więc pewnie ich cena też pójdzie w górę. Może to szansa dla naszych rodzimych producentów, bo hiszpańskie kłopoty szybko się nie skończą. Zwłaszcza że Bruksela znowu debatuje jak skutecznie walczyć z kryzysem.

Nie trawa, tylko dach był głównym winowajcą naszych kłopotów. Dach supernowoczesnego stadionu, który jednak w czasie deszczu jest bezużyteczny. Są tacy, jak prezes PZPN, których ten fakt dziwi. Z kolei tych, którzy napisali regulamin używania dachu na Narodowym dziwi to, że organizator meczu tego regulaminu nie znał. Bo jest od miesięcy w internecie.

W poszukiwaniu wpływów do budżetu, rząd liczy ilu z nas jeździ samochodami służbowymi i jak często wykorzystujemy je do celów prywatnych. Bo za to powinno się płacić. Kierowcy o dziwno nie mówią nie, tylko podpowiadają, by zasady były jasne, a opłata rozsądna.

- Jeśli nie teraz, to kiedy? - grzmi opozycja, która domaga się dymisji Joanny Muchy. Pani minister od początku nie miała dobrych notowań ani też osiągnięć na tym urzędzie, ale wpadka z dachem na Narodowym i odwołanie meczu mogą okazać się tym, co ją ostatecznie pogrąży. Mucha jest na muszce premiera, podobnie jak władze Narodowego Centrum Sportu. W obu instytucjach zaczęły się kontrole.

Trawa droga, droższa, najdroższa. Ta ostatnia jest oczywiście najlepsza i na takiej grali piłkarze w czasie Euro 2012. Teraz na Narodowym jest ta tańsza i cieńsza, która - jak już wiemy - nadmiaru wody nie przyjmuje. Czy ta oszczędność się opłaciła? Odpowiedź nie jest oczywista, bo ciężko skalkulować wstyd, który poszedł w świat.

Po co nam dach nad stadionem, którego w czasie ulewnego deszczu zasunąć się nie da? Pytanie proste, zasadne i logiczne, a mimo to jasnej odpowiedzi brak. Architekt Stadionu Narodowego mówi, że dachu można używać w każdych warunkach, Narodowe Centrum Sportu pokazuje wytyczne, a w nich zakaz ruszania dachu w czasie deszczu, a PZPN, czyli organizator meczu o żadnych problemach z dachem nie wiedział.

Przy okazji zamieszania dowiedzieliśmy, że jest i że za wszystko odpowiada komisarz FIFA. To on miał zdecydować, że mecz ma się odbyć przy otwartym dachu i to on ostatecznie zdecydował, że dach trzeba zamknąć. Ale na to było już za późno. On też w końcu przeniósł mecz na dziś. Ważne decyzje jak na jedną osobę, niestety wciąż tajemniczą, bo słynnego już komisarza nikt do teraz nie widział ani nie słyszał.

Gdyby chociaż ten mecz był krajowy a nie międzynarodowy. Albo gdyby chociaż rywal nie był tak ważny w piłkarskim świecie. Albo gdyby chociaż angielski humor nie był tak dotkliwy, wczorajsza porażka na Narodowym bolałaby mniej. To właśnie angielskie media korzystając z bogatej twórczości grupy Monty Pythona rozprawiły się z polską organizacją meczu jako pierwsze. Dobre wrażenie po Euro 2012 niestety prysło, a w relacjach zagranicznych dominuje uczucie zażenowania.

Winnych brak, ale ktoś musi za to odpowiedzieć - tu kibice i politycy opozycji są zgodni. Gorzej z wytypowaniem tego jedynego, a może to kilka głów powinno polecieć? Minister sportu, szef Narodowego Centrum Sportu, a może prezes Lato? Z tym ostatnim nie powinno być problemu, bo za chwilę sam żegna się z urzędem. Reszta okaże się po kontroli, którą i w NCS i w Ministerstwie Sportu zapowiedział premier.

Na koniec - na otarcie łez, wczorajsza wpadka widziana oczami jakże twórczych internautów. I jeśli jakieś jeszcze łzy się pojawią, to gwarantuje, że będą to łzy ze śmiechu.

Wzajemne spychanie na siebie odpowiedzialności za meczową wpadkę byłoby może i zabawne, gdyby nie pytania o powagę instytucji państwa, międzynarodowy skandal i kibiców, pozostawionych samych sobie.

Pecha mają nasi piłkarze. Gdy grają słabo, wszyscy na nich patrzą, a potem wieszają psy. Gdy dla odmiany staną na wysokości zadania i na boisku wstydu nie ma, ten pojawia się gdzie indziej i o piłkarzach cisza. A zatem - na początek, żeby potem nie umknęło. Nie przegraliśmy z Anglikami, ani też nie wygraliśmy. Był remis 1-1.

Pierwszy stały amerykański oddział stacjonuje już w Polsce. Na razie tworzy go jedna osoba, ale jeszcze w tym miesiącu do Matthew Spearsa, dowódcy pododdziału Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych w Łasku pod Łodzią, dołączą kolejni żołnierze - piloci, mechanicy, logistycy. W sumie 200 osób. Od nowego roku będą ćwiczyć razem z polskimi żołnierzami.

Nie była to robota ani łatwa ani wdzięczna. Tym bardziej, że na pieniądze z zewnątrz nie ma co specjalnie liczyć, a wtedy trzeba liczyć na siebie. Warto było, bo efekt już jest oszałamiający, a to jeszcze nie koniec. Powstaje film 3D o Warszawie z 1935 roku. Młodym ludziom, których poznają państwo za chwilę chciało się włożyć i serce i niezliczone godziny w to, by odtworzyć ulicę po ulicy i budynek po budynku.

Młoda kobieta uderza autem w dwoje dzieci na przejściu dla pieszych. Jeden chłopiec ginie na miejscu, drugi umiera parę godzin później w szpitalu. To, co pogrążyło sprawczynię wypadku, to wyniki badań jej krwi. Alkoholu nie było, była za to amfetamina, środek mocno pobudzający. Policja, coraz lepiej uzbrojona w sprzęt, próbuje walczyć także z tymi, którzy wspomagają się za kierownicą narkotykami.

Wstrząs, czyli spadek w sondażach, był i obudził Platformę. Premier rusza w Polskę rozmawiać z ludźmi, a partia ma go wspierać. Czyli między innymi nie robić dodatkowych kłopotów. Stąd konserwatyści milkną, a nawet liberalizują swoje stanowisko. Jeden z nich, John Godson, składa w tej sprawie publiczne oświadczenie.