Czarno na białym

Czarno na białym

Wszystko zaczęło się rano od anonimowych maili z groźbą podobnej treści. Odebrało je kilka szpitali, prokuratury, sądy, inne urzędy i centrum handlowe. Potem ewakuacja ludzi i poszukiwanie bomb. Szybko stało się jasne, że to nie incydent, a zorganizowana akcja. Alarmy okazały się fałszywe, ale skutecznie sparaliżowały pracę wielu instytucji. Najtrudniejsza sytuacja była w szpitalach, gdzie decyzja o ewakuacji jest bardzo ryzykowna.

Ciesząc się z każdej oddanej drogi kierowcy czekają na kolejne. I minister Nowak obiecuje, że będą. Obiecuje po raz kolejny. W zatwierdzonym właśnie przez rząd planie budowy 700 kilometrów nowych ekspresówek wiele z nich to drogi, które (zgodnie z poprzednimi zapowiedziami) już powinny być gotowe. Mamy powtórkę z zapowiedzi. Pytanie: jakie są szanse, że nie powtórzą się problemy z ich realizacją?

Budowlany boom drogowy przed Euro bardzo zmienił w ostatnich latach mapę drogową Polski. Jak bardzo i czy na lepsze? "Czarno na Białym" pokazuje eksperyment na trasie z gór do morza. Dwa lata temu ta podróż samochodem zajęła naszemu reporterowi 11 godzin z przygodami. Tę samą trasę, ale nowymi drogami Leszek Dawidowicz pokonał kilka dni temu. Nie zdradzając jeszcze czasu przejazdu jedno (przed wakacyjnym sezonem) można powiedzieć na pewno: to wciąż podróż z przygodami.

Na początek autostrada A2 łącząca Warszawę z zachodnią Europą. Dzięki piłkarskiemu Euro już od roku można nią jeździć, ale po roku już widać skutki budowlanego pośpiechu. Niezabezpieczone nasypy, rozmywane po każdej większej ulewie, coraz bardziej odsłaniają podziemną konstrukcję dogi. Brak właściwego odwodnienia sprawia, że po każdej ulewie niszczone są też pola wokół części autostrady. Niedoróbek jest więcej. Zdjęcia zrobione przez naszego reportera nie pozostawiają wątpliwości, choć inwestor (czyli państwo) nie do końca je podziela.

Są oznaki, że idą nowe "dobre czasy" na kolei. Wagony z placem zabaw dla dzieci, wagony menadżerskie z klimatyzacją, a wkrótce z dostępem do Internetu czy wagony dostosowane dla niepełnosprawnych. Czysto i wygodnie. Takie pociągi już jeżdżą. Na razie to luksus, a właściwie normalność, za którą trzeba jednak sporo więcej zapłacić.

Kupujemy superszybkie pociągi, a są trasy, na których pociągi jeżdżą wolniej niż przed wojną. Trudno uwierzyć? Podobnie, jak w kolejne zapowiedzi rządu, że będzie szybciej i to podobno jeszcze w tym roku. Reporterzy "Czarno na białym" dotarli do rozkładu jazdy, który ma wejść w życie od grudnia - i już widać, jak rozjeżdżają się te obietnice z możliwościami. Stan techniczny torów jest daleki od tego, żeby w miarę szybko pociągi zaczęły jeździć naprawdę szybko.

Zachwytom nie było końca - gdy kilka dni temu we Włoszech pokazano pierwsze Pendolino, które za półtora roku ma jeździć w Polsce. 250 kilometrów na godzinę - czyli w 1,5 godziny z Warszawy do Gdańska. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, bo w Polsce Pendolino będzie bez pendolino, czyli wahadełka, które pozwala nie zwalniać na zakrętach. Poza tym tory nie będą dostosowane do maksymalnej prędkości. Pendolino nie rozpędzi się więc bardziej niż najszybsze pociągi, jakie już jeżdżą na naszych torach. Patrząc na koszt inwestycji - to bardzo drogie niespełnione marzenie o superszybkiej podróży.

Tajemnicza śmierć z czasów PRL w wolnej Polsce po raz drugi wywołuje polityczną burzę. Sześć lat temu, gdy Kornatowski wytoczył Rokicie proces za nazwanie go "nikczemnym prokuratorem" i dziś, gdy okazało się, że po przegranym procesie Rokita nie chce przeprosić Kornatowskiego, przez co komornik miał zająć jego konto. I tu paradoks - człowiek walczący z peerlowskim wymiarem niesprawiedliwości - dziś podważa sądową sprawiedliwość w demokratycznym kraju. I tak znów zrobiło się głośno o polityku, który jakiś czas temu sam usunął się w cieńc choć jego polityczna kariera pokazuje, że nie lubi być w cieniu.

Śmierć sprzed prawie 30 lat, choć jej okoliczności do dziś budzą wątpliwości i do dziś są powodem sporu (toczonego już w sądzie) między Janem Rokitą a Konradem Kornatowskim. To on właśnie blisko 30 lat temu, jako prokurator, umorzył śledztwo w sprawie śmierci Tadeusza Wądołowskiego. Mężczyzna podejrzewany o kradzież zmarł w areszcie zaledwie trzy godziny po zatrzymaniu. Lekarz orzekł zawał, ale oryginalne zdjęcie z oględzin celi, do którego dotarła nasza reporterka, budzi poważne podejrzenia, że to nie była naturalna śmierć. Podejrzenia zostają mimo, że nawet w wolnej Polsce śledczy też umarzali postępowanie.

Totalną urzędniczą niemoc obnaża też głośna historia ze Śląska. Intratny biznes, jaki można zrobić na nielegalnej utylizacji groźnych odpadów skusił nawet agentów CBA (dziś już byłych agentów). Dwa tygodnie po ujawnieniu tej sprawy inspektorzy nie mogą przeprowadzić kontroli w podejrzanej firmie, bo właściciel jest nieobecny. Dowodami zebranymi przez dziennikarzy nie zainteresowała się ani policja, ani prokuratura. Nawet w CBA, które przecież stoi na straży prawa, jest problem z wyciągnięciem konsekwencji.

Skażone odpady medyczne, które bezwzględnie powinny być spalane, ale prawdopodobnie są tylko mielone i wywożone na zwykłe składowiska, bo tak jest taniej. Taki podejrzany proceder w jednej z największych w tego typu firm w kraju ujawniliśmy przed miesiącem, pokazując m.in. nagrania. I choć już wtedy specjaliści ostrzegali, że to może być ekologiczna bomba, do dziś żadna z instytucji odpowiedzialnych za nasze zdrowie nie zajęła się sprawą. A tłumaczenia urzędników są równie absurdalne, co przerażające. Nam udało się dotrzeć do kolejnych świadków i nowych dowodów.

Teraz ludzie i dowody na to, że nie potrzeba cudownych specyfików, by stracić zbędne kilogramy. A nawet dużo zbędnych kilogramów - potrzeba jednak dużo silnej woli i wsparcia tych, którzy wiedzą, jak zdrowo się odchudzać. To brzmi jak banał, ale efekty są cudowne.

Tabletki miały pomóc błyskawicznie schudnąć, a błyskawicznie zabiły. 20-latka z Warszawy umarła po kilku dniach zażywania DNP - umarła w męczarniach, lekarze opisują, że "ugotowała się". DNP - ten skrót warto zapamiętać - środek reklamowany jako cudowny lek na odchudzanie - w rzeczywistości to substancja stosowana m.in. do wypalania chwastów. Tragedia sprzed miesiąca wystraszyła sprzedających, ale nie kupujących.

Historia 20-letniej warszawianki - skłoniła nas do sprawdzenia - co jeszcze można kupić w sieci na szybkie zrzucenie kilogramów? Okazuje się, że można i to bez problemu. Dotarliśmy do sprzedających, którzy zapewniają o cudownych efektach. Potem sprawdziliśmy u specjalistów, także w laboratorium - skład dwóch specyfików. I cudów nie ma. To nielegalne substancje - uzależniające i trujące. Co więcej - to ogromny czarny rynek.

Mało realne, by ruszył piąty proces generała Kiszczaka w sprawie masakry w kopalni Wujek. Mało też realne, by wznowiono jego proces w sprawie wprowadzenia stanu wojennego. W obu przypadkach, sąd apelacyjny powołując się na opinię lekarzy psychiatrów zawiesił postępowanie. Wielu nie daje wiary opinii biegłych, czego wyrazem był tort rzucony w sędzię przez byłego działacza PRL-owskiej opozycji. Jaki jest naprawdę stan zdrowia 88-letniego generała i czy zależy mu na ostatecznym rozliczeniu z przeszłością?

To wygląda jak paradoks historii. W PRL takie procesy toczyłyby się szybko, wyroki zapadałby surowe, a stanem zdrowia oskarżonych nikt by się nie przejmował. Ale! Kluczowe "ale". W demokratycznym kraju zasady są inne. Musi być dowód, żeby była wina. Jak dotąd nikt z PRL-owskiego aparatu władzy nie został uznany winnym. Procesy generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego zostały zawieszone. Stanisław Kania został uniewinniony.

Przed niedzielnym Kongresem SLD na Stadionie Narodowym słynna czerwona książeczka, czyli "Niezbędnik Historyczny Lewicy". Nikogo, kto go czytał nie powinna dziwić ostatnia awantura o sejmową uchwałę w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka. Cytując niezbędnik: SLD nie chce już za nic przepraszać, bo skrucha została wyrażona. Chce za to walczyć o pamięć tego, co w PRL było dobre, bo dobrego - jak czytamy - było więcej. O sentymentalnych wspomnieniach, wybiórczej pamięci i życiorysach pisanych na nowo.

Ale jest też druga strona medalu. Polki nie badają się profilaktycznie - robi to tylko co czwarta. Ani przerażające statystki, ani groźby ani prośby - nie działają, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Można się zbadać szybko, bezpłatnie i blisko - a mimo to - jak przekonała się nasza reporterka - nawet gdy mammobus podjeżdża prawie pod dom - chętnych brak.

W leczeniu liczą się pieniądze, ale i czas. W przypadku osób, które już raz przeszły zmagania z nowotworem każdy objaw mogący zwiastować nawrót choroby trzeba jak najszybciej zdiagnozować. Ale tu - znów zderzenie z polską rzeczywistością. Jak absurdalne to zderzenie, pokazuje historia Kingi Matusiak, która w liście do premiera pyta co ma zrobić, żeby ktoś chciał ją zbadać.

Po głośnym wyznaniu Angeliny Jolie o profilaktycznej mastektomii Polki szturmem ruszyły na badania genetyczne. Tylko w Warszawie, tylko w ostatnim miesiącu, 6 tysięcy kobiet chciało sprawdzić, czy są nosicielkami groźnego genu BRCA 1. Dotąd miesięcznie robiło to około 100. To badanie jest szybkie i tanie. Gorzej, jeśli kobieta z grupy wysokiego ryzyka zdecyduje się na profilaktyczne usunięcie piersi lub jajników. NFZ za to nie zapłaci. Teoretycznie. Bo w praktyce - jak sprawdziła nasza reporterka - lekarze często "naciągają" dokumentacje, by Fundusz jednak pokrył koszty. Dlaczego trzeba się do tego uciekać - skoro w leczeniu najważniejsza (i ostatecznie najtańsza) jest właśnie profilaktyka?