Czarno na białym

Czarno na białym

Małe zaangażowanie partyjne Polaków nie powinno dziwić, jeśli w samych partiach o mobilizację trudno, co dobitnie pokazały ostatnie wybory na szefa Platformy Obywatelskiej i wcześniejsze wybory szefa SLD. W obu przypadkach miało być demokratycznie - każdy miał prawo głosu - a skorzystało nieco ponad połowę. Pewnie na tym też polega demokracja, ale takie lenistwo w szeregach partii dużo mówi o jej prawdziwej kondycji.

Partyjny dół w PO dość znacznie i nagle powiększył się w Krakowie, Wrocławiu i Łodzi, tuż przed wyborami na szefa partii. Tak zwane "pompowanie kół", które ujawnił Jarosław Gowin, nie miało jednak związku z tymi wyborami. To przygotowania do innych partyjnych wyborów, może nie tak spektakularnych medialnie, ale dla partii równie ważnych - właśnie ruszyły wybory na szefów PO w regionach. To, którzy baronowie zostaną w październiku wybrani, dużo powie o tym, kto faktycznie rządzi w Platformie. Komu więc i do czego była potrzebna pompka?

Kradzież stulecia - tak mówiono, gdy z Muzeum Narodowego w Poznaniu 13 lat temu zniknęła "Plaża w Pourville" Moneta. Jedyny w Polsce obraz tego słynnego francuskiego malarza. Kradzież była prawie doskonała - śledztwo umorzono. Gdy po 10 latach, przez przypadek, znaleziono sprawcę okazało się, że historia tej kradzieży to scenariusz na sensacyjny film, choć główny bohater to postać bardzo niepozorna. Nie był kolekcjonerem, nie był związany ze sztuką. Twierdził, że ukradł obraz z miłości do Moneta. Przez lata trzymał płótno w ścianie. Po jednym dniu procesu został skazany. Niedawno wyszedł na wolność. Dotarliśmy do niego i do świadków w tej sprawie. Sprawie, która do dziś budzi wątpliwości.

Monet wrócił na swoje miejsce. Czego nie można powiedzieć o tysiącach obrazów, rysunków, grafik czy rzeźb skradzionych Polsce w czasie wojny przez okupantów i wywiezionych z kraju. O poszukiwaniach tych przedmiotów nie mówi się jednak głośno, choć i one niekiedy mogłyby być scenariuszem na film akcji. W rolach głównych minister kultury i jego urzędnicy, którzy tropią dzieła sztuki na całym świecie. Rzadko się o tym mówi, ale w ostatnich latach wiele udało się odzyskać. O blokowanych aukcjach, licytacjach przez podstawione osoby i uczciwych znalazcach.

Proces Katarzyny W. - jak twierdzą prawnicy - nie był szczególnie trudnym procesem poszlakowym. I trzeba przyznać, że rzeczywiście proces ten toczył się bardzo sprawnie. A takie procesy z reguły jednak są skomplikowane - bo nie ma w nich bezpośredniego dowodu winy. To też z reguły procesy, które rozpalają wielkie emocje - bo dotyczą głośnych spraw, którymi żyje opinia publiczna i w których opinia publiczna wydaje swoje wyroki. To też procesy, w których szala sprawiedliwości bardzo się waha - jak w głośnej sprawie Gorgonowej, do której zresztą sprawa Katarzyny W. była porównywana.

Historia, którą żyła cała Polska. Najpierw, gdy solidaryzowała się z matką, której porwano dziecko i potem, gdy okazało się, że to wierutne kłamstwo Katarzyny W. - wielu wydało na nią wyrok. Chyba nie było nikogo, kto nie słyszał o sprawie nazywanej "sprawą małej Madzi". Dziś - z perspektywy ponad 1,5 roku - pytamy - dlaczego ta konkretnie historia tak zawładnęła opinia publiczną? Dlaczego tak nas zaangażowała?

Proces był poszlakowy, ale sąd nie miał żadnych wątpliwości - Katarzyna W. zabiła swoją półroczną córkę z premedytacją. To nie był wypadek. Kobieta zabiła, bo chciała zmienić swoje życie i wrócić do tego, co było przed urodzeniem niechcianego dziecka. Kara - 25 lat więzienia. Sędzia Adam Chmielnicki w blisko dwugodzinnym odczytywaniu uzasadnienia wyroku - bardzo dokładnie, klarownie i dosadnie uzasadnił, dlaczego uznał winę dwudziestolatki. Ona sama przyjęła wyrok ze spokojem.

Unia Europejska wymaga od nas, by do PKB wliczać dochody z nielegalnej działalności. Unia wymaga, więc urząd statystyczny wziął się do liczenia handlarzy narkotyków, przemytników i prostytutek oraz ich dochodów. Ale jak to policzyć? Jak policzyć polski seksbiznes? Nikt w branży - co oczywiste - nie jest zainteresowany, żeby o tym mówić. Jak więc poradzi sobie z tym karkołomnym zadaniem sześć wyznaczonych do tego urzędniczek GUS-u?

Największa w Polsce nielegalna giełda pracy. Kto pierwszy - ten lepszy. Po prostu codziennie podjeżdża samochód i zabiera chętnych do pracy. Bez żadnych umów i bez gwarancji zapłaty umówionej stawki. A i tak tłumy czekają, głównie Ukraińców. Giełda działa pod Warszawą od połowy lat 90., ale - co ciekawe - dotąd nikt się nią nie zajął. Według Państwowej Inspekcji Pracy taka giełda w ogóle nie istnieje, choć to co nagrał reporter "Czarno na Białym", pokazuje jak jest.

Jeśli sprawdzą się szacunki GUS-u, to z blisko jednoprocentowym wzrostem PKB w przyszłym roku będziemy mogli mówić niemal o cudzie gospodarczym. O ile z czarną strefą gospodarki nie wszyscy mamy do czynienia, o tyle z szarą strefą spotykamy się na co dzień, właściwie na każdym kroku, choć może nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę.

Walka już się zaczęła. Dziś w Katowicach początek kongresu PiS-u, odpowiedź Platformy już jutro - konwencja w Chorzowie. PiS przeniesie się wtedy do Sosnowca, a stawka gry pozostanie wysoka. Jej miarą jest na przykład 55 poselskich mandatów w okręgach zamieszkanych przez cztery i pół miliona osób. Ale tu chodzi o coś jeszcze. O polityczne zderzenie dwóch wizji Polski w jednym symbolicznym miejscu.

Nie tylko na Śląsku i w Zagłębiu padają w ostatnich dniach polityczne deklaracje i obietnice. Wszystko wszystkim obiecano też już w Elblągu. Tamtejsze wybory samorządowe to teraz wielka nadzieja Platformy i kolejna szansa PiS-u. PO widzi w nich nadzieję na odwrócenie złej sondażowej i wyborczej passy z ostatnich tygodni, a PiS ma szansę na podtrzymanie tej dobrej, opisywanej hasłem "wczoraj Rybnik, dzisiaj Elbląg, jutro cały kraj".

Skoro walka nieprędko się skończy, to trzeba się na nią dobrze uzbroić i obie strony to robią. Oręż został wybrany i jest nim kanał. To znaczy projekt przekopania Mierzei Wiślanej. Projekt dziś forsowany przez polityków PiS-u, do którego PO podchodzi z dużą rezerwą. Problem w tym, że do niedawna jego gorącą zwolenniczką była dzisiejsza kandydatka Platformy na prezydenta Elbląga.

Czasy, kiedy hodowlane kury czy kurczaki biegały po ogrodzie i jadły ziarno minęły bezpowrotnie. Biznes hodowlany przez ostatnie lata bardzo się zmienił. Widać to nie tylko po nowoczesnej technologii, ale też po wielkości zwierząt - np. dzisiejsze kurczaki są o blisko kilogram większe niż kiedyś, a to oczywiście efekt tego, jak są karmione.

To, że hodowlane zwierzęta są karmione antybiotykami przyspieszającymi ich rozwój wiadomo od dawna. Od kilkunastu lat w Europie jest to zakazane (chyba, że chodzi o leczenie). Po tym, jak teraz wyszło na jaw, że wielu hodowców jednak faszeruje swoje zwierzęta nielegalnymi lekami wielu zadaje sobie pytanie czy w ogóle jeść jeszcze mięso? Czy specyfiki podawane krowom, świniom czy kurczakom mogą być niebezpieczne dla ludzi? Nie ma badań, które jednoznacznie by to potwierdzały, bo - jak mówią specjaliści - takich badań nikt dotąd nie przeprowadził. Są jednak niepokojące obserwacje lekarzy

Jak pokazuje ostatnia - a kolejna już w ciągu roku afera mięsna - zawodzi system kontroli na rynku żywności w Polsce. Choć w sumie jest aż pięć instytucji odpowiedzialnych za sprawdzanie tego, co ostatecznie trafia na nasz talerz, to nie gwarantuje to bezpieczeństwa. Zamiast współpracy jest niejasny podział kompetencji między tymi instytucjami. Dochodzi do absurdu - kto inny kontroluje mięso w zwykłym sklepie, a kto inny jeśli sklep jest z garmażerką. Absurdów jest więcej. Jest też pomysł, by ten bałagan uporządkować i powołać policję żywieniową.

Burzliwa dyskusja o finansowaniu z państwowej kasy ubrań dla polityków skłoniła nas do przyjrzenia się wizerunkowi naszych parlamentarzystów. Pod tym względem w ostatnich latach nastąpiła wręcz rewolucja.

Po tym, jak na jaw wyszły kontrowersyjne partyjne faktury nie tylko na ubrania, ale też na alkohole, cygara, restauracje i kluby nocne, politycy zaczęli licytować się, która partia bardziej szasta pieniędzmi podatników, a premier znów przypomniał sobie o pomyśle całkowitej likwidacji finansowania partii z budżetu. Pomysł w Platformie co jakiś czas wraca, ale tak naprawdę to pomysł bez szans na poparcie w Sejmie. Zresztą - jak pokazuje przykład innych krajów - nie chodzi o to, skąd partie dostają pieniądze - ale o jawność i przejrzystość ich finansowania.

Po tym, jak media prześwietliły sprawozdania finansowe partii - rozpętała się burzliwa dyskusja o garniturach premiera. Czy powinien za nie płacić podatnik? W tej dyskusji łatwo o tani populizm, bo trudno zaprzeczać, że szef rządu - jako jedna z najważniejszych osób w państwie - musi sensownie wyglądać (cytując jego samego). Kupowania z państwowej kasy ubrań dla premiera można by więc bronić - albo uznać, że szef rządu powinien nie tylko sensownie wyglądać, ale też sensownie zarabiać, by garnitury kupować za swoje pieniądze.

Zatrzymano pierwszą osobę podejrzewaną o związek z alarmami bombowymi. Ale minister spraw wewnętrznych zapowiada koleje zatrzymania. Bo jest niemal pewne, że za tym, co się stało stoi jakaś zorganizowana grupa. Maile z groźbami wysyłano z zagranicznych serwerów i, jak zdradza minister Sienkiewicz, w wyrafinowany sposób zacierano ślady. Według szefa MSWiA dzisiejsze alarmy to: "obrzydliwa hucpa, a nie akt terroru". Kim mogą być sprawcy i o co im chodziło?