Czarno na białym

Czarno na białym

Co roku ponad 100 tysięcy pijanych kierowców zostaje zatrzymanych. A ilu nie zatrzymanych? Wprawdzie z policyjnych statystyk wynika, że jest mniej wypadków spowodowanych przez kierujących na podwójnym gazie, ale ostatnie dni to jakaś czarna seria. Co szczególnie niepokojące i bulwersujące, wielu sprawców to recydywiści. Karani już za jazdę po pijanemu. Kara - jak widać - nie okazała się skuteczna. Skutki kolejnych wypadków okazały się za to tragiczne.

Czasu nie da się już cofnąć ani po wczorajszym dramacie w Kamieniu Pomorskim, ani po wielu innych tragicznych wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. Gdy siadają pijani za kierownicą nie myślą, że mogą kogoś zabić. Przemyślenia przychodzą dopiero wtedy, gdy jest już za późno. Jacek Smaruj rozmawiał ze skazanymi, którzy prowadzili po alkoholu i... zabili. Jeden był kompletnie pijany, drugi nie do końca wytrzeźwiał. Za swoją bezmyślność i zuchwałość - jak sami przyznają - płacą teraz cenę o wiele wyższą niż kilka lat więzienia.

Co widzi i jak się zachowuje pijany kierowca na drodze? Nasz reporter przeprowadził eksperyment z alkogoglami, co pozwoliło mu poczuć się tak, jakby miał promil alkoholu w organizmie. Nie odważył się wyjechać na ulice, bo problem miał już z tym, żeby wsiąść do samochodu. Może gdyby każdy kierowca doświadczył takiego eksperymentu (na przykład podczas zdawania na prawo jazdy) odważnych do kierowaniu po wypiciu alkoholu byłoby mniej. Dziś po tragedii w Kamieniu Pomorskim mamy giełdę pomysłów na walkę z pijanymi kierowcami. Choć jak pokazał kolejny eksperyment przyczyną problemu wydaje się społeczne przyzwolenie, rodzaj cichej akceptacji dla tych, którzy po alkoholu siadają za kierowcą.

Tajfun Haiyan zabił ponad pięć tysięcy osób, 23 tysiące zostało rannych po jego przejściu, a ponad cztery miliony straciły domy. Słuchając suchych liczb powtarzanych przy okazji każdego kataklizmu trudno sobie jednak wyobrazić strach czterech milionów ludzi szukających schronienia, ból 23 tysięcy czekających na medyczną pomoc i rozpacz niepoliczonych Filipińczyków, którzy stracili rodziców, dzieci lub całe rodziny.

To, że Moskwa ignoruje wezwania do zwrotu budynków w centrum Warszawy może być symbolem. Symbolem tego, jak Rosjanie traktują Polskę nie tylko w codziennych relacjach międzypaństwowych, ale i w wielkiej międzynarodowej polityce. Trudno tu mówić o traktowaniu podmiotowym, jesteśmy raczej przedmiotem nieustającej gry. Toczy się ona na wielu polach, a jak pokazują dzisiejsze wydarzenia i decyzje, jednym z najważniejszych pól jest Ukraina i nasze starania o zbliżenie jej do Unii.

Służby specjalne, wielkie pieniądze i rosyjskie nieruchomości. Dokładnie cztery, które - o czym mało kto wie - znajdują się w centrum Warszawy. W sumie warte są kilkaset milionów złotych. Poza tym znajdują się w strategicznych, z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, miejscach. Jak przekonała się reporterka "Czarno na białym", wstęp do nich mają tylko osoby z rosyjskimi paszportami, a tego co się w nich dzieje nie wie nikt. Z polskimi władzami włącznie. Bo Moskwa od lat ignoruje wezwania do zwrotu nieruchomości przekazanych na podstawie umów zawartych przez Edwarda Gierka.

Poza dobrze znanymi politykami do rządu wchodzą mniej albo zupełnie nieznani eksperci. To Rafał Trzaskowski i Mateusz Szczurek, i to ten drugi - co 38-letni ekonomista, ma odpowiadać za polskie finanse. I od razu w znaki zapytania przerodził się młody wiek nowego ministra oraz brak politycznego zaplecza. Czy może to mieć jednak znaczenie, w przypadku człowieka, który jako ekonomista osiągnął więcej od wielu dużo starszych kolegów?

To, że Elżbieta Bieńkowska dostała taką władzę zaskoczeniem nie jest, jak i to, że władzę nad polskim sportem straciła Joanna Mucha. Etatowa kandydatka do dymisji została dziś zastąpiona przez Andrzeja Biernata. Złośliwi w sejmie mówili, że dla niego to nagroda za skuteczne zwalczanie oponentów Donalda Tuska w Platformie, sam premier mówił, że to "rekomendacja dość naturalna". Co to znaczy?

Super resort i super ministra - takie określenia doskonale panują do nowego ministerstwa i jego szefowej - Elżbiety Bieńkowskiej. To ten resort będzie dysponował między innymi trzystoma miliardami złotych z Brukseli, a pani minister będzie miała te miliardy zamienić w - jak to sama określiła - "ogromny krok modernizacyjny". I już politycy PO nadali nowej wicepremier tytuł dyrektora "Polski w budowie", mając zapewne świadomość, że w jej rękach od dziś jest nie tylko przyszłość kraju ale i partii.

Jeden z najbardziej gorących ministerialnych foteli od sześciu lat i trzech dni zajmuje Jacek Rostowski. To najdłużej urzędujący minister finansów III RP i według różnych spekulacji niemal żelazny kandydat do dymisji. Pogłoski o jego odejściu pojawiały się już wiele razy w ostatnich miesiącach, ale dopiero teraz sam Rostowski dał do zrozumienia, że tak się może stać. Co po sobie zostawia i komu to zostawia?

Godzin w rządzie liczyć nie musi inny minister. Dla odmiany najkrótszy stażem w rządzie, szef resortu spraw wewnętrznych, Bartłomiej Sienkiewicz. Raczej swoje stanowisko zachowa, choć dziewięć miesięcy jego urzędowania wystarczy, by i przy jego nazwisku postawić dziś znak zapytania. Pytania o skuteczność ministra, który zdecydowanie wypowiada wojnę kibolom, nacjonalistom i bandytom, a potem tłumaczy się z tego, dlaczego policja nie powstrzymała burd 11 listopada. Wątpliwości są też w Białymstoku, Krakowie i Gdyni, gdzie krucjata ministra sprowadza się głównie do ostrej retoryki.

Półmetek drugiej kadencji, kolejna przebudowa rządu i kolejne spodziewane expose premiera Tuska. Jednak okoliczności takie, jak nigdy dotąd. Najsłabsze od lat notowania Platformy Obywatelskiej, krucha większość w Sejmie, a do tego mocne podziały w partii i głośne afery. To wszystko sprawia, że dziś premier jest pytany nie tylko o to, kto odejdzie z rządu, ale czy w ogóle jest ktoś chętny, by do nie go wejść.

Nowa polityka medialna to efekt nowej strategii politycznej Prawa i Sprawiedliwości. Prowadząca w sondażach partia na razie nie ma szans, ale ma marzenie, by przejąć władzę i rządzić samodzielnie. Do tego potrzeba i monopolu na prawicy i poparcia elektoratu z centrum. Wyborcza kampania ruszyła i to tłumaczy partyjną żonglerkę tematów, które teraz są medialnie eksponowane albo chowane. Dotyczy to też polityków, którzy są bardzo aktywni albo nagle znikają, jak ostatnio Antoni Macierewicz. A przynajmniej takie są pozory.

Nieprzypadkowa z pewnością jest - widoczna przy obchodach Święta Niepodległości - zmiana podejścia Prawa i Sprawiedliwości do narodowców. Jeszcze rok temu można było ich zobaczyć na jednym marszu - teraz marsze były dwa. Jeszcze rok temu politycy PiS próbowali bronić robiących burdy uczestników demonstracji - teraz nazywają ich chuliganerią. Prawo i Sprawiedliwość ewidentnie dystansuje się od skrajnej prawicy, ale nie z powodów ideologicznych, a czystej politycznej kalkulacji. Ile wspólnego partia Kaczyńskiego ma z ruchem narodowym?

Nowa polityka medialna, a na jej czele człowiek, któremu wróżono już koniec błyskotliwej kariery w partii. Po nieudanej dla PiS kampanii referendalnej w Warszawie i obyczajowo-alkoholowym skandalu na Podkarpaciu - Adam Hofman nie tylko jednak nie stracił pozycji zaufanego prezesa, ale wręcz ją wzmocnił. I teraz to on decyduje - kto z jego partyjnych kolegów pojawi się w mediach.

O tej sprawie premier, minister i politycy Platformy zdawali się zapomnieć. Wizerunkowy kryzys wywołany artykułem o zegarkach Sławomira Nowaka uznali już dawno za zażegnany. A premier pozostawiając go na stanowisku, kiedy o sprawie było głośno, liczył zapewne, że na kilku artykułach się skończy. Pomylił się, bo czas w tym przypadku nie grał na korzyść ministra i dziś premier nie miał wyjścia. Dymisja stała się faktem, bo o sprawie zegarków nie zapomniała prokuratura. Chce postawić Sławomirowi Nowakowi zarzut składania niezgodnych z prawdą oświadczeń majątkowych.

Prowokacja w sztuce czy sztuka prowokacji? Jest czerwone światło dla wszystkich "bluźnierców" świadomych tego, że obrażają czyjeś uczucia religijne, ale i też tych nieświadomych, bo nie mających takiej intencji. Taką interpretację kodeksu karnego uznał Sąd Najwyższy. Interpretację, która stanowi bardzo cienką granicę między wolnością wypowiedzi, a obrazą uczuć religijnych, co pokazują głośne sądowe sprawy Nergala czy Dody.

Mało kto wiedziałby o wystawie w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, gdyby nie głośne protesty przeciwko jednej z ekspozycji. Chodzi o film pokazujący nagiego mężczyznę przytulającego się do Jezusa na krzyżu. Autor i zarazem bohater tego obrazu, specjalizuje się w kontrowersyjnych pracach, choć sam nie spodziewał się, że jego film po 20 latach zyska taką sławę lub niesławę, bo prokuratura bada, czy doszło do obrazy uczuć religijnych.

Zanim została spalona tęcza, a potem budka wartownicza rosyjskiej ambasady, pierwszym celem zamaskowanych wandali był skłot w pobliżu miejsca przemarszu. Tu też nieskuteczna była straż organizatorów, a policji na początku nie było w ogóle. Agresywna grupa odłączyła się od marszu i zaatakowała, to bardzo wyraźnie widać na zdjęciach. Zaatakowała budynek, w którym mieszkają m.in. dzieci.

Łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby to rosyjscy nacjonaliści zaatakowali w Moskwie polską ambasadę. Ale zamaskowani zadymiarze w Warszawie wyładowali swoją agresję też w innych miejscach - symbolach tego, czego nienawidzą. Tak jak spalona wczoraj tęcza na pl. Zbawiciela jest dla nich symbolem homo-propagandy. Gniewu, jaki towarzyszył temu zniszczeniu doświadczyli nawet strażacy, którzy zaskoczeni przyznają, że nigdy jeszcze nie spotkali się z taką sytuacją. Paradoksalnie tęcza, która wśród narodowców budzi taką agresje stała się symbolem ich marszu.