Czarno na białym

Czarno na białym

Półmetek drugiej kadencji, kolejna przebudowa rządu i kolejne spodziewane expose premiera Tuska. Jednak okoliczności takie, jak nigdy dotąd. Najsłabsze od lat notowania Platformy Obywatelskiej, krucha większość w Sejmie, a do tego mocne podziały w partii i głośne afery. To wszystko sprawia, że dziś premier jest pytany nie tylko o to, kto odejdzie z rządu, ale czy w ogóle jest ktoś chętny, by do nie go wejść.

Nowa polityka medialna to efekt nowej strategii politycznej Prawa i Sprawiedliwości. Prowadząca w sondażach partia na razie nie ma szans, ale ma marzenie, by przejąć władzę i rządzić samodzielnie. Do tego potrzeba i monopolu na prawicy i poparcia elektoratu z centrum. Wyborcza kampania ruszyła i to tłumaczy partyjną żonglerkę tematów, które teraz są medialnie eksponowane albo chowane. Dotyczy to też polityków, którzy są bardzo aktywni albo nagle znikają, jak ostatnio Antoni Macierewicz. A przynajmniej takie są pozory.

Nieprzypadkowa z pewnością jest - widoczna przy obchodach Święta Niepodległości - zmiana podejścia Prawa i Sprawiedliwości do narodowców. Jeszcze rok temu można było ich zobaczyć na jednym marszu - teraz marsze były dwa. Jeszcze rok temu politycy PiS próbowali bronić robiących burdy uczestników demonstracji - teraz nazywają ich chuliganerią. Prawo i Sprawiedliwość ewidentnie dystansuje się od skrajnej prawicy, ale nie z powodów ideologicznych, a czystej politycznej kalkulacji. Ile wspólnego partia Kaczyńskiego ma z ruchem narodowym?

Nowa polityka medialna, a na jej czele człowiek, któremu wróżono już koniec błyskotliwej kariery w partii. Po nieudanej dla PiS kampanii referendalnej w Warszawie i obyczajowo-alkoholowym skandalu na Podkarpaciu - Adam Hofman nie tylko jednak nie stracił pozycji zaufanego prezesa, ale wręcz ją wzmocnił. I teraz to on decyduje - kto z jego partyjnych kolegów pojawi się w mediach.

O tej sprawie premier, minister i politycy Platformy zdawali się zapomnieć. Wizerunkowy kryzys wywołany artykułem o zegarkach Sławomira Nowaka uznali już dawno za zażegnany. A premier pozostawiając go na stanowisku, kiedy o sprawie było głośno, liczył zapewne, że na kilku artykułach się skończy. Pomylił się, bo czas w tym przypadku nie grał na korzyść ministra i dziś premier nie miał wyjścia. Dymisja stała się faktem, bo o sprawie zegarków nie zapomniała prokuratura. Chce postawić Sławomirowi Nowakowi zarzut składania niezgodnych z prawdą oświadczeń majątkowych.

Prowokacja w sztuce czy sztuka prowokacji? Jest czerwone światło dla wszystkich "bluźnierców" świadomych tego, że obrażają czyjeś uczucia religijne, ale i też tych nieświadomych, bo nie mających takiej intencji. Taką interpretację kodeksu karnego uznał Sąd Najwyższy. Interpretację, która stanowi bardzo cienką granicę między wolnością wypowiedzi, a obrazą uczuć religijnych, co pokazują głośne sądowe sprawy Nergala czy Dody.

Mało kto wiedziałby o wystawie w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, gdyby nie głośne protesty przeciwko jednej z ekspozycji. Chodzi o film pokazujący nagiego mężczyznę przytulającego się do Jezusa na krzyżu. Autor i zarazem bohater tego obrazu, specjalizuje się w kontrowersyjnych pracach, choć sam nie spodziewał się, że jego film po 20 latach zyska taką sławę lub niesławę, bo prokuratura bada, czy doszło do obrazy uczuć religijnych.

Zanim została spalona tęcza, a potem budka wartownicza rosyjskiej ambasady, pierwszym celem zamaskowanych wandali był skłot w pobliżu miejsca przemarszu. Tu też nieskuteczna była straż organizatorów, a policji na początku nie było w ogóle. Agresywna grupa odłączyła się od marszu i zaatakowała, to bardzo wyraźnie widać na zdjęciach. Zaatakowała budynek, w którym mieszkają m.in. dzieci.

Łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby to rosyjscy nacjonaliści zaatakowali w Moskwie polską ambasadę. Ale zamaskowani zadymiarze w Warszawie wyładowali swoją agresję też w innych miejscach - symbolach tego, czego nienawidzą. Tak jak spalona wczoraj tęcza na pl. Zbawiciela jest dla nich symbolem homo-propagandy. Gniewu, jaki towarzyszył temu zniszczeniu doświadczyli nawet strażacy, którzy zaskoczeni przyznają, że nigdy jeszcze nie spotkali się z taką sytuacją. Paradoksalnie tęcza, która wśród narodowców budzi taką agresje stała się symbolem ich marszu.

Choć jest ich zaledwie garstka - biorąc pod uwagę tysiące uczestników przemarszu - to udało im się nie tylko zdemolować część miasta, ale też wywołać międzynarodowy skandal. Bo spalona budka strażnika ambasady Rosji, zgodnie z międzynarodowym prawem, jest traktowana jako atak na zagraniczną placówkę. Stąd ostra reakcji Moskwy, która żąda przeprosin i zadośćuczynienia. Polski MSZ wysyła dyplomatyczną notę z wyrazami ubolewania. Organizatorzy marszu do przeprosin się nie poczuwają, choć deklarowali, że sami zabezpieczą trasę przemarszu. A ze wszystkich zaatakowanych wczoraj miejsc, akurat rosyjska ambasada była na tej trasie. Straż Marszu Niepodległości nie zapanowała nad sytuacją. Podobnie zresztą jak policja.

Bez względu na to czy się opłaca czy nie, na zorganizowanie Szczytu Klimatycznego wydajemy około 100 milionów złotych. I pytań o jego sens jest nie mniej, niż o zasadność budowania wiatraków. Dla jednych jest to kosztowne bicie piany, dla innych kolejny krok do uratowania naszej planety przed ekologiczną katastrofą. Problem w tym, że nie wiadomo czy taka katastrofa w ogóle nam grozi. A zasadniczych pytań o sens klimatycznej dyskusji jest więcej.

Sekretarz Generalny ONZ i ponad 10 tysięcy dyskutantów będzie debatowało nad przyszłością Ziemi około 300 km od jednego z najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie. Mowa o Krakowie, w którym normy trujących pyłów w powietrzu przekraczane są często dziesięciokrotnie. Władze miasta wypowiedziały już wojnę smogowi ale mieszkańcy, którzy będą ją musieli prowadzić i wymieniać na przykład swoje piece węglowe, już się boją tej ekologicznej wojny.

Dziś pokażemy zieloną wyspę, czyli Polskę. I nie chodzi o lansowane swego czasu hasło, mające symbolizować gospodarczy sukces. Tym razem chodzi o ekologię, bo w poniedziałek zacznie się w Warszawie Szczyt Klimatyczny COP 19. Nasza delegacja będzie przewodniczyć wielkiej debacie o problemach globalnych, a my postawimy pytania o sens tej dyskusji. Na początek pokażemy, jak Polska radzi sobie z drobnym, lokalnym problemem. A raczej, jak nie potrafi sobie poradzić, bo od kilku miesięcy zamrożony jest rozwój firm produkujących energię odnawialną. Wszystko dlatego, że od kilku lat nie potrafimy przygotować jednej ustawy.

Walka o sześciolatki w szkołach na finiszu. W piątek w Sejmie głosowanie i decyzja, czy będzie w tej sprawie referendum czy nie. Z jednej strony trudno nie docenić obywatelskiego zrywu, który doprowadził od zebrania prawie miliona podpisów pod wnioskiem o referendum. Z drugiej strony są poważne wątpliwości co do wiarygodności tej akcji. Odwołując się do raportu inicjatorów referendum (raportu przedstawionego niedawno w Sejmie) sprawdziliśmy niektóre wskazane przez nich szkoły. Okazuje się, że anonimowe opinie o fatalnym przygotowaniu tych placówek na przyjęcie małych dzieci mijają się z rzeczywistością. Organizatorzy akcji wątpią w szczerość oceny dyrektorów, ale my byliśmy tam z kamerą. Byliśmy, w przeciwieństwie do inicjatorów referendum.

Są szkoły, w których warunki dla najmłodszych dzieci są naprawdę trudne. Jak na przykład w podwarszawskiej Jabłonnie, gdzie jest tylko jedna podstawówka. Jedna szkoła, prawie tysiąc dzieci, dwie zmiany, tłok i brak miejsca - nawet na powieszenie ubrania. To sytuacja, delikatnie mówiąc, niekomfortowa nie tylko dla 6-latków.

Matematyka i polityka, czyli test dla koalicji rządzącej. Jutrzejsze głosowanie pokaże, czy faktycznie ma ona jeszcze większość. Tyle matematyki, bo w tej politycznej grze, nie o dzieci przecież chodzi. Czarno na białym widać jak PSL próbuje przypomnieć o sobie koalicjantowi i wzmocnić swoją pozycję w rządzie. Jeśli nie o sześciolatki, to o co toczy się gra?

Dochodzenia w sprawach masowych oszustw są trudne, ale przede wszystkim bardzo czasochłonne. To się może wkrótce zmienić, bo - jak informowaliśmy już Czarno na Białym - niedługo wejdą w życie zmiany w kodeksie karnym, które radykalnie mają ułatwić i usprawnić pracę śledczych.

To największe jak dotąd oszustwo w polskiej sieci. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób, skuszonych atrakcyjną ceną, chciało kupić przez internet markowe buty. Buty okazały się wirtualne, a kilka realnych milionów złotych przepadło. Policja i prokuratura szukają właściciela bądź właścicieli internetowego sklepu, ale zostały tylko wirtualne ślady.

Po aferze taśmowej na Dolnym Śląsku w Platformie zapadła cisza. A raczej wyciszenie, bo to na pewno jeszcze nie koniec wewnątrzpartyjnej wojny. Wojny, w której dziś niemożliwy jest rozejm. W konfrontacji Tusk-Schetyna wytoczono już takie działa, że trudno sobie wyobrazić, żeby obaj panowie podali sobie rękę i zaczęli współpracę. Czy to więc koniec Schetyny - tego, który jeszcze niedawno uchodził w partii za niezwykle wpływowego, twardego, a nawet bezwzględnego?

Polska Miedź, którą każdy chce mieć. I choć PO obiecywała, że skończy z wszechpartyjnym obyczajem rozdawania intratnych posad "swoim" - to ostatnia afera taśmowa przypomniała, że to były tylko obietnice. Co najmniej kilkanaście osób powiązanych z rządzącą partią trafiło do zarządów i rad nadzorczych KGHM i pokrewnych spółek. Co ciekawe - tuż przed wyborami na Dolnym Śląsku doszło do niespodziewanej zmiany w zarządzie samego kombinatu, a jeden z nowych wiceprezesów stał się bohaterem ujawnionych przed tygodniem taśm.