Czarno na białym

Czarno na białym

Wydatki samego samorządu, który nie ma pieniędzy, a już jest maksymalnie zadłużony. W obliczu takich kłopotów liczy się każda złotówka, ale jak sprawdziła reporterka "Czarno na białym", w urzędzie marszałkowskim nie ma mowy o zaciskaniu pasa. W ostatnich latach znacznie wzrosło zatrudnienie, a więc i koszty wynagrodzeń. Nie szczędzono pieniędzy na egzotyczne podróże, ani na wydatki, nazwijmy to, reprezentacyjne. Pewnie oszczędności w tym zakresie nie uratowałyby walącego się budżetu Mazowsza, ale to wydawanie pieniędzy lekką ręką w kryzysie co najmniej dziwi.

Polityczna zręczność marszałka województwa to za mało, by rozwiązać problem janosikowego. Jeśli Mazowsze zapłaci cały podatek na rzecz biedniejszych gmin, to nie zapłaci swoich rachunków. Wprawdzie Sejm przyjął w piątek poprawki do budżetu państwa i województwo dostanie 220 mln zł pożyczki, ale to kolejny dług i problemu nie rozwiązuje. Mazowieccy samorządowcy chcą, by darowano im resztę janosikowego w tym roku, a od przyszłego zmiana w prawie i mniejsze wpłaty. O ile w tym drugim mogą liczyć na poparcie premiera, o tyle na to pierwsze raczej nie ma szans.

Adam Struzik jest pod wieloma względami wyjątkowy. W polityce od zawsze. W samorządzie to najdłużej urzędujący w kraju marszałek województwa, choć trudno mu zarzucić, że "trzyma się" fotela, bo jego żywiołem są podróże. Bliskie i dalekie. Z tego jest bardzo znany. Podobno nie ma takiej gminy w regionie, której by nie odwiedził. Ma honorowe obywatelstwo kilkunastu z nich i niezliczone lokalne tytuły. I choć Mazowsze jest teraz w poważnych tarapatach finansowych, on nie zamierza z władzy rezygnować.

Gorący karaibski klimat, rajskie plaże, religijny ferwor i przerażająca bieda, w której żyje niemal jedna trzecia społeczeństwa - to tło dla skandalu pedofilskiego, który wstrząsnął zarówno miejscowym środowiskiem, jak i polskim Kościołem katolickim. W czasie dziennikarskiego śledztwa na Dominikanie, reporterowi "Czarno na białym" udało się dotrzeć m.in. do matki chłopca, który miał być molestowany przez polskiego księdza i do jego gosposi. Rozmawiał również z dominikańskimi dziennikarzami, przedstawicielami hierarchii kościelnej i prokuratury. Oto, co udało mu się ustalić.

W jednej z warszawskich parafii do wczoraj proboszczem był ksiądz skazany za molestowanie seksualne byłego ministranta. Wyrok usłyszał pół roku temu, sprawa wyszła na jaw ponad dwa lata temu, a mimo to do wczoraj pełnił swoją funkcję i do wczoraj opiekował się grupą ministrantów. Jego przełożony, arcybiskup Henryk Hoser wiedział o zarzutach ciążących na proboszczu, wiedział o wyroku, a także o tym, że duchownego czekają kolejne procesy, bo poszkodowanych jest więcej. Ale hierarcha długo na to nie reagował. Dziwi to tym bardziej, że takiego zdecydowania nie brakowało biskupowi, gdy odwoływał z funkcji innego księdza - tego, który odważył się otwarcie mówić o milczeniu Kościoła w sprawie pedofilii wśród duchownych.

Milczenie biskupa kurii warszawsko-praskiej z jednej strony dziwi, z drugiej przestaje dziwić, gdy wsłuchać się we wczorajsze słowa prymasa Polski, który zareagował tak, jakby problemu pedofilii wśród duchownych w ogóle nie było. Komentując poważne zarzuty, jakie padają pod adresem dwóch polskich księży na Dominikanie, arcybiskup Kowalczyk stwierdził, że to właściwie ich prywatna sprawa, a Kościół nie może ponosić za nich odpowiedzialności. Polski Kościół na razie wciąż nie ma konkretnego pomysłu, jak sobie z tym tematem poradzić. Deklaracje padają - czasami nieco sprzeczne - ale za deklaracjami nie idą zdecydowane działania. I nawet powiew zmian z Watykanu do większej otwartości polskich biskupów jeszcze nie mobilizuje.

Historie ludzi, którym jedno - z pozoru błahe zdarzenie - całkowicie zmieniło życie. Nigdy nie byli karani i nie zdawali sobie sprawy, że za jazdę po alkoholu na rowerze czy kradzież siatki z zakupami, naprawdę można trafić do więzienia. Dostali wyroki w zawieszeniu, ale zbagatelizowali je, co jak się okazuje, nie jest rzadkością. Niby drobne przestępstwa, o których szybko się zapomina. O tym, że kary zostały im odwieszone dowiedzieli się, gdy policja przyszła ich aresztować. Za kratkami spędzają zazwyczaj kilka miesięcy, ale to wystarczy, by stracić to, co miało się na wolności.

Skazani z wyrokami w zawieszeniu teoretycznie dostają szansę. W praktyce szansę łatwo zmarnować. To jeden z powodów przepełnienia w polskich więzieniach. Miejsca zajęte są prawie w stu procentach, a w kolejce oczekujących (jakkolwiek to brzmi) jest kilkadziesiąt tysięcy skazanych. W dodatku ciasnota. Nie spełniamy europejskiej normy metrów kwadratowych przypadających na jednego więźnia. Krótko mówiąc, pod tym względem mamy najgorszy standard w Europie, za co coraz częściej więźniowie dostają odszkodowanie.

Jest wina, musi być kara. Ale czy koniecznie więzienie? 70 tysięcy skazanych na pozbawienie wolności, na wolności pozostaje. 70 tysięcy - to robi wrażenie i każe zapytać: dlaczego tych ludzi nie można ukarać inaczej? Tak, żeby jednak wyrok nie był fikcją. Zamiast dość popularnej, ale mało skutecznej kary "więzienia w zawieszeniu", np. konkretna praca społeczna albo grzywna? Niestety, polskie prawo na taką zmianę nie jest jeszcze gotowe, choć może się to wkrótce zmieni.

Kim więc są trzej profesorowie, na których autorytet powołuje się Antoni Macierewicz? Choć oni sami przyznają, że nie znają się na lotnictwie, a TU-154 nawet nie widzieli. Profesorowie, od których odcięły się już wyraźnie ich uczelnie. Choć szef Polskiej Akademii Nauk nadal widzi sens publicznej debaty z nimi. Z profesorami Biniendą i Rońdą rozmawialiśmy o ich modelach dochodzenia do prawdy.

Historie rodzinnych rozstań w Siemiatyczach. Bez szans na pracę, bez środków do życia - ludzie stamtąd uciekają. Najpopularniejszy kierunek - Bruksela. Jest już nawet z nią stałe połączenie autobusowe. Niektórzy, jak zarobią, wracają - ale co raz więcej osób wybiera emigracje. W Brukseli podobno myślą, że Siemiatycze to stolica Polski - w Siemiatyczach panuje przekonanie, że - jak tak dalej pójdzie - to miasto zupełnie opustoszeje.

Wyludniające się Siemiatycze - to tylko jeden z widocznych dowodów na to, jak ubywa Polaków. Ale widać to też po kolejnych zamykanych szkołach i uczelniach, a nawet po likwidowanych porodówkach. Tak mało rodzi się dzieci. Po tym względem to jesteśmy już nie w ogonie Europy, ale świata. A ten rok może być rekordowy w naszej powojennej historii. Umrze więcej Polaków się niż urodzi - więcej aż o 40 tysięcy - takie są alarmujące prognozy GUS-u.

Na ratunek cudzoziemcy. Niech przyjeżdżają, osiedlają się, rodzą dzieci i w ten sposób powiększają naszą populację. To nie jest odkrywczy pomysł - wpadło na niego już dawno wiele krajów, które też borykają się z problemami demograficznymi. Ale - cudzoziemców trzeba zachęcić, zadbać o nich i stworzyć im warunki do tego, żeby chcieli zapuścić tu korzenie, a u nas polityka imigracyjna nawet nie jest w powijakach. Efekt - więcej osób wyjeżdża z Polski, niż chce się tu na stałe przeprowadzić. Pod tym względem - jesteśmy ostatni w Unii Europejskiej.

"To zbiorowe uniesienie, psychologia tłumu czy cud?" - na takie pytania, w przypadku uzdrowień, starają się odpowiadać także instytucje kościelne. Na przykład w trakcie wynoszenia świętych na ołtarze. Tak jest też w przypadku Jana Pawła II. Dotarliśmy do osób, które twierdzą, że za wstawiennictwem papieża Polaka zostały cudownie uzdrowione, a ich przypadki w czasie beatyfikacji były analizowane.

Modlitwa egzorcystów - jak wierzy część wiernych - szatana wypędza. Modlitwa tego kapłana pozwala natomiast pokonać choroby. Tak przynajmniej wierzą tysiące ludzi przychodzących na jego nabożeństwa - to ojciec John Bashobora z Ugandy. Po słynnych rekolekcjach na Stadionie Narodowym, na które przyszło 60 tysięcy osób, rozpoczął podróż po Polsce. i spotkania z kolejnymi tysiące wiernych wierzących, że ojciec John Bashobora nie tylko uzdrawia, ale i wskrzesza.

Odprawiane są od dwóch tysięcy lat, od czterystu według ściśle określonych reguł spisanych w Rytuale Rzymskim. Od tego czasu modlitwa wypędzająca diabła powtarzana jest przez księży egzorcystów słowo po słowie w niezmienionej formie. Przybliżamy te budzące skrajne emocje praktyki i pytamy: to pomaganie ludziom czy wielka mistyfikacja?

Gdy z Polski odeszło w sumie ponad 60 tysięcy czerwonoarmistów, wtedy okazało się, na jakiej bombie spała Polska. Chyba do dziś mało kto wie, a w tamtych czasach wiedziało może kilkanaście osób w państwie, że Rosjanie trzymali u nas broń atomową i to o sile kilkadziesiąt razy większej, niż bomba jądrowa zrzucona na Hiroszimę. Gdyby doszło do kolejnej wojny, Polska właściwie przestałaby istnieć, bo z pewnością bunkry atomowe byłyby pierwszym celem NATO. A przecież napięć wtedy nie brakowało.

Mija 20 lat, odkąd ostatni radziecki żołnierz opuścił Polskę. Są jednak takie miejsca, gdzie trudno o tym zapomnieć. To Świętoszów, na Dolnym Śląsku. Przez ponad pół wieku po wojnie nie było go na polskiej mapie, bo w całości był pod władaniem Rosjan. Mieli tam wielkie, pilnie strzeżone koszary. Gdy opuszczali je na początku lat 90. zostawili ruinę. Do opustoszałej miejscowości zaczęli przyjeżdżać polscy żołnierze z rodzinami. Traktowali to jak zesłanie. Wszystko musieli budować od nowa. Dziś tamtejsza jednostka jest największym w okolicy zakładem pracy. Choć, co ciekawe, w okolicy jest wielu, którzy tęsknią za armią radziecką.

Czy najgroźniejsi przestępcy po odbyciu kary powinni dostać szansę? Czy należy ich przekreślić w społeczeństwie i już zawsze mieć pod kontrolą? Poważny dylemat etyczny, ale i prawny. A za kilka miesięcy zaczną wychodzić na wolność m.in. ludzie, którym na początku lat 90. zamieniono wyroki śmierci na 25 lat więzienia - w tym seryjni mordercy. Już w lutym ma wyjść pierwszy - Mariusz Trynkiewicz - zabójca czterech chłopców. W Sejmie trwają prace nad ustawą, która ma do tego nie dopuścić, która zakłada, że zwyrodnialcy po odbyciu kary automatycznie będą przenoszeni do specjalnych ośrodków psychiatrycznych. Prawo zadziała wstecz, stąd duże wątpliwości prawników. Ale jest też nowy pomysł - jak dowiedziała się nasza reporterka - ministerstwo sprawiedliwości pisze inny projekt, który - na wzór norweski - daje sędziom prawo do przedłużenia kary, jeśli sędzia uzna, że dobiegająca końca pierwsza kara nie przyniosła efektów.