Czarno na białym

Czarno na białym

Polskę marszem obudzić chciało ok. 50 tys., jak informowały służby porządkowe lub 200 tys. osób, jak twierdzili politycy PiS-u. Wśród protestujących działacze Solidarności z przewodniczącym na czele. Piotr Duda jeszcze dwa lata temu krytykował poprzednika za zbliżenie do PiS-u i wygrał wybory hasłem odpolitycznienia. Dziś idzie ramię w ramię z Jarosławem Kaczyńskim i odwołuje się do ideałów Sierpnia 80. Pytanie tylko, czy Solidarność z Telewizją Trwam to to samo, co Solidarność w walce o wolność.

"Solidarność to zawsze jeden z drugim, nigdy jeden przeciw drugiemu" - te słowa Jana Pawła II przypominał idący na czele marszu przeciwko polityce rządu ojciec Tadeusz Rydzyk. Ale Solidarność w Polsce nie tylko takie ma oblicze i cele. Jak przekonał się reporter "Czarno na białym" nie wszyscy związkowi działacze żyją walką o koncesję dla Telewizji Trwam.

Solidarne budzenie Polski przez związek zawodowy, Prawo i Sprawiedliwość oraz tysiące sympatyków Telewizji Trwam. A połączyła ich i od lat łączy, delikatnie mówiąc, niechęć do prezydenta, premiera, rządu, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy mediów innych, niż te ojca Tadeusza Rydzyka. Kim są i dlaczego wychodzą na ulicę?

Ojciec, który walczy o powrót syna z Portugalii. W tej historii jest uprowadzenie, dramat dziecka, walka między rodzicami i sądy, których decyzje się wykluczają.

Porwania rodzicielskie, których ofiarami są dzieci. Takich przypadków, gdy jeden rodzic bez wiedzy i woli drugiego, zabiera dziecko, najczęściej w nieznane - jest coraz więcej. Głównie to efekt sporów rozwodowych. Liczba uprowadzeń rośnie, ale policja i sądy są bezradne, bo polskie prawo nie traktuje takich porwań jak przestępstwo. Nie ma za to żadnych konsekwencji - jest za to konkretny postulat zmiany prawa.

Walka na słowa. Jurek Owsiak kontra Marek Michalak. Czyli dyrygent wielkiej orkiestry, która ratuje dzieciom zdrowie i życie kontra Rzecznik Praw Dziecka, który interweniuje tam, gdzie najmłodszym dzieje się krzywda. Zdaniem Owsiaka, Michalak za mało nagłaśnia problemy dzieci i dramatyczne przypadki łamania ich praw, przez co nie wywiera społecznej presji na tych, którzy za to zło odpowiadają.

Ekshumacja dramatycznych wspomnień rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy. Potwierdzona pomyłka w grobie Anny Walentynowicz i sejmowa debata musiały wywołać wątpliwości rodzin, czy faktycznie pochowały one swoich bliskich. Takie wątpliwości najpewniej pojawiły się u wszystkich, choć nie wszyscy chcą z tego powodu ekshumacji. W tej sprawie rodziny ofiar są wyraźnie podzielone.

Blisko dwa i pół roku po tragedii prokurator generalny mówi o ciałach oznaczonych numerami, czarnych foliach, bardzo trudnej identyfikacji większości ciał i błędach, jakie przy oględzinach popełniły niektóre rodziny. Dziś te szczegóły budzą wątpliwości i wywołują polityczne spory, ale wtedy był przede wszystkim ogromny stres rodzin i duża presja, by jak najszybciej ciała wróciły do Polski.

Premier przeprasza rodziny za błędy i pomyłki, do jakich mogło dojść podczas identyfikacji ciał ofiar. Mówi, że bierze na siebie za to pełną odpowiedzialność. Prawo i Sprawiedliwość (bez wsparcia reszty opozycji) chce wskazania i ukarania konkretnych winnych. Partia wskazuje na Ewę Kopacz. Ówczesna minister zdrowia, dziś marszałek Sejmu przyznała wczoraj, że polska strona nie kontrolowała wszystkiego, co działo się podczas identyfikacji. Nie było polskich lekarzy przy sekcji ciał.

Kiedyś miasto królewskie, teraz na skraju bankructwa. Mała Nieszawa w Kujawsko-Pomorskiem nie jest jednak ofiarą złej polityki rządu. Tu przede wszystkim zawiodła polityka lokalnych władz, które przeinwestowały. Liczył się rozmach, a nie rozsądek. Władze się zmieniły, ale łatwiej zmienić władzę, niż naprawić jej błędy.

Tyle obowiązków, ile pieniędzy - taka zasada przyświecała kiedyś twórcom reformy samorządowej. Obowiązków przybyło, a dodatkowych pieniędzy nie. I długi samorządów są coraz większe. Niektóre już przekroczyły maksymalny dopuszczalny próg zadłużenia i więcej nie mogą pożyczać. Sytuacja jest już tak poważna, że powiaty, gminy i miasta mówią dość i zwierają szyki przeciwko takiej polityce rządu. A jest o co walczyć.

Alarmujące listy zasypują biurko premiera. Ich autorką jest najmłodsza burmistrz w Polsce - burmistrz kilkunastotysięcznego Stąporkowa. Ostro krytykuje rząd za samorządową politykę dokładania zadań bez dodawania pieniędzy, co - jej zdaniem - wpędza samorządy w długi. To zarzut wielu lokalnych włodarzy, choć akurat listy pani burmistrz trzeba też czytać między wierszami.

Toruń to miasto, którego długi wkrótce mogą przewyższyć dochody. I będzie to rekordzista wśród miast. Choć - zdaniem władz - to dług, który mieszkańcom się opłaci. Toruń zapożycza się, bo stawia na kolejne inwestycje - most, drogi, centrum kulturalne, halę sportową. Zbyt ambitnie i ryzykownie?

Czarny koń w wyścigu o prezesurę PZPN - tak wielu mówi o Stefanie Antkowiaku. Twarz nierozpoznawalna, jak Bońka, ale bardzo dobrze znana w związku. Bo to od lat jeden ze związkowych baronów, szef wielkopolskiego PZPN. Jego wygrana zapewni działaczom spokój. Rewolucji nie będzie, co najwyżej zmiana wizerunkowa, bo, jak sprawdził reporter "Czarno na Białym", o Antkowiaku nikt nie mówi źle.

Zbigniew Boniek wraca do gry. Cztery lata temu poległ w walce o prezesurę PZPN. Głównie dlatego, że kandydował z hasłem radykalnych zmian w związku i zwolnień wśród działaczy. Teraz, nauczony doświadczeniem, wraca ze swoim pomysłem na polską piłkę, ale o rewolucji nie mówi. Przynajmniej nie głośno. Najbardziej rozpoznawalny, ale i kontrowersyjny kandydat. Czy tym razem ma szanse?

Stare kontra nowe, czyli walka o fotel prezesa PZPN. Walka bez udziału Grzegorza Laty. To duże zaskoczenie, bo ten, który zdawał się zawsze pewny swego, teraz wycofał się z kandydowania, bo nie zdobył nawet minimum wymaganego poparcia. Czy to oznacza, że związkowy beton pęka i PZPN czeka odmiana? Jak mawiał klasyk: dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. A z naszych ustaleń wynika, że walka będzie zacięta. Nie tylko o fotel prezesa, ale o faktyczną władzę w zarządzie związku.

Podobno najlepiej uczyć się na własnych błędach. Z takiego założenia wychodziła ustawa o upadłości konsumenckiej, dająca każdemu Polakowi prawo do bankructwa. Jeden raz. Prawo, z którego tylko w tym roku chciało już skorzystać blisko pół tysiąca osób. To o wiele więcej niż w poprzednich latach. Paradoks polega jednak na tym, że aby upaść, trzeba mieć pieniądze.

A może recepta na gospodarcze problemy jest inna - po prostu dodrukować brakujące pieniądze tak, jak robią to Stany Zjednoczone? Drukują po to, by skupować państwowe obligacje i chcą to robić tak długo, aż będzie poprawa na rynku pracy. Proste rozwiązanie, ale tylko teoretycznie, bo praktycznie dodrukowanie pieniędzy to coś innego, niż wpuszczenie w ruch drukarskich maszyn.

Ekonomiczne teorie kontra praktyka, czyli co przeciętny Polak wie o pieniądzach. I nie chodzi o miliardy w państwowej kasie, ale o to, jak gospodarować tym, co w naszych kieszeniach i domowych budżetach. Czyli na przykład, jak nie dać się wrobić w aferę Amber Gold. Już licealiści uczą się podstaw przedsiębiorczości, ale niestety, jak sprawdził nasz reporter, nazwa przedmiotu tylko dobrze brzmi. Znowu teoria swoje, a praktyka swoje.

Pieniądze i polityka, czyli partyjny konkurs pomysłów na poprawę sytuacji gospodarczej i finansowej. Już każda partia ma swoją receptę na to, gdzie zaoszczędzić, a gdzie dołożyć, żeby Polakom żyło się lepiej. Problem w tym, że choć partyjne liczby niekiedy robią wrażenie, to trudno je zweryfikować i nie pomogą w tym debaty, takie jak dzisiejsza zorganizowana przez PiS, choć samą debatę można uznać za trafiony pomysł. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jest już kolejka chętnych do organizowania kolejnych.