Czarno na białym

Czarno na białym

Premier przeprasza rodziny za błędy i pomyłki, do jakich mogło dojść podczas identyfikacji ciał ofiar. Mówi, że bierze na siebie za to pełną odpowiedzialność. Prawo i Sprawiedliwość (bez wsparcia reszty opozycji) chce wskazania i ukarania konkretnych winnych. Partia wskazuje na Ewę Kopacz. Ówczesna minister zdrowia, dziś marszałek Sejmu przyznała wczoraj, że polska strona nie kontrolowała wszystkiego, co działo się podczas identyfikacji. Nie było polskich lekarzy przy sekcji ciał.

Kiedyś miasto królewskie, teraz na skraju bankructwa. Mała Nieszawa w Kujawsko-Pomorskiem nie jest jednak ofiarą złej polityki rządu. Tu przede wszystkim zawiodła polityka lokalnych władz, które przeinwestowały. Liczył się rozmach, a nie rozsądek. Władze się zmieniły, ale łatwiej zmienić władzę, niż naprawić jej błędy.

Tyle obowiązków, ile pieniędzy - taka zasada przyświecała kiedyś twórcom reformy samorządowej. Obowiązków przybyło, a dodatkowych pieniędzy nie. I długi samorządów są coraz większe. Niektóre już przekroczyły maksymalny dopuszczalny próg zadłużenia i więcej nie mogą pożyczać. Sytuacja jest już tak poważna, że powiaty, gminy i miasta mówią dość i zwierają szyki przeciwko takiej polityce rządu. A jest o co walczyć.

Alarmujące listy zasypują biurko premiera. Ich autorką jest najmłodsza burmistrz w Polsce - burmistrz kilkunastotysięcznego Stąporkowa. Ostro krytykuje rząd za samorządową politykę dokładania zadań bez dodawania pieniędzy, co - jej zdaniem - wpędza samorządy w długi. To zarzut wielu lokalnych włodarzy, choć akurat listy pani burmistrz trzeba też czytać między wierszami.

Toruń to miasto, którego długi wkrótce mogą przewyższyć dochody. I będzie to rekordzista wśród miast. Choć - zdaniem władz - to dług, który mieszkańcom się opłaci. Toruń zapożycza się, bo stawia na kolejne inwestycje - most, drogi, centrum kulturalne, halę sportową. Zbyt ambitnie i ryzykownie?

Czarny koń w wyścigu o prezesurę PZPN - tak wielu mówi o Stefanie Antkowiaku. Twarz nierozpoznawalna, jak Bońka, ale bardzo dobrze znana w związku. Bo to od lat jeden ze związkowych baronów, szef wielkopolskiego PZPN. Jego wygrana zapewni działaczom spokój. Rewolucji nie będzie, co najwyżej zmiana wizerunkowa, bo, jak sprawdził reporter "Czarno na Białym", o Antkowiaku nikt nie mówi źle.

Zbigniew Boniek wraca do gry. Cztery lata temu poległ w walce o prezesurę PZPN. Głównie dlatego, że kandydował z hasłem radykalnych zmian w związku i zwolnień wśród działaczy. Teraz, nauczony doświadczeniem, wraca ze swoim pomysłem na polską piłkę, ale o rewolucji nie mówi. Przynajmniej nie głośno. Najbardziej rozpoznawalny, ale i kontrowersyjny kandydat. Czy tym razem ma szanse?

Stare kontra nowe, czyli walka o fotel prezesa PZPN. Walka bez udziału Grzegorza Laty. To duże zaskoczenie, bo ten, który zdawał się zawsze pewny swego, teraz wycofał się z kandydowania, bo nie zdobył nawet minimum wymaganego poparcia. Czy to oznacza, że związkowy beton pęka i PZPN czeka odmiana? Jak mawiał klasyk: dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. A z naszych ustaleń wynika, że walka będzie zacięta. Nie tylko o fotel prezesa, ale o faktyczną władzę w zarządzie związku.

Podobno najlepiej uczyć się na własnych błędach. Z takiego założenia wychodziła ustawa o upadłości konsumenckiej, dająca każdemu Polakowi prawo do bankructwa. Jeden raz. Prawo, z którego tylko w tym roku chciało już skorzystać blisko pół tysiąca osób. To o wiele więcej niż w poprzednich latach. Paradoks polega jednak na tym, że aby upaść, trzeba mieć pieniądze.

A może recepta na gospodarcze problemy jest inna - po prostu dodrukować brakujące pieniądze tak, jak robią to Stany Zjednoczone? Drukują po to, by skupować państwowe obligacje i chcą to robić tak długo, aż będzie poprawa na rynku pracy. Proste rozwiązanie, ale tylko teoretycznie, bo praktycznie dodrukowanie pieniędzy to coś innego, niż wpuszczenie w ruch drukarskich maszyn.

Ekonomiczne teorie kontra praktyka, czyli co przeciętny Polak wie o pieniądzach. I nie chodzi o miliardy w państwowej kasie, ale o to, jak gospodarować tym, co w naszych kieszeniach i domowych budżetach. Czyli na przykład, jak nie dać się wrobić w aferę Amber Gold. Już licealiści uczą się podstaw przedsiębiorczości, ale niestety, jak sprawdził nasz reporter, nazwa przedmiotu tylko dobrze brzmi. Znowu teoria swoje, a praktyka swoje.

Pieniądze i polityka, czyli partyjny konkurs pomysłów na poprawę sytuacji gospodarczej i finansowej. Już każda partia ma swoją receptę na to, gdzie zaoszczędzić, a gdzie dołożyć, żeby Polakom żyło się lepiej. Problem w tym, że choć partyjne liczby niekiedy robią wrażenie, to trudno je zweryfikować i nie pomogą w tym debaty, takie jak dzisiejsza zorganizowana przez PiS, choć samą debatę można uznać za trafiony pomysł. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jest już kolejka chętnych do organizowania kolejnych.

Rodzina zastępcza i rodzinny dom dziecka zamiast dużych państwowych domów dziecka. Taki był pomysł rządu Tuska na lepszą przyszłość dzieci doświadczonych przez los. Ale pomysł z trudem jest wprowadzany w życie. Obowiązująca od stycznia ustawa o rodzinach zastępczych pełna jest luk, albo nie ma pieniędzy na jej realizację. Zmniejszyły się też szansę na adopcję, bo liczba ośrodków przygotowujących do tego drastycznie w tym roku zmalała.

System systemem, ale opieka nad dziećmi w rodzinie zastępczej wymaga niezwykłej determinacji tych, którzy się na to decydują. Asymilacja nie jest łatwa, gdy w jednym domu spotykają się dzieci w różnym wieku, z różnymi historiami (często traumatycznymi) - codzienność w takich domach nie jest tak kolorowa, jak ta znana z popularnego kiedyś serialu.

Tragedia w Pucku odsłania łańcuch zaniedbań ludzi i instytucji. Prokurator Generalny nie wyklucza, że wiele osób usłyszy zarzuty w sprawie śmierci dwójki dzieci. Najcięższe zarzuty już usłyszeli zastępczy rodzice. Przyznali się do winy i zostali aresztowani. Ale na tym nie koniec. Już wiadomo, że coś niepokojącego działo się w tej rodzinie, zanim trafiła tam piątka rodzeństwa. Były sygnały, ale nie było reakcji ze strony tych, którzy powinni dzieci chronić.

Tragedia w Pucku obnaża system weryfikacji kandydatów na rodziny zastępcze. Anna i Wiesław Cz. zostali prześwietleni, przeszli szkolenie i zostali zaakceptowani. Dlaczego nikt nie nabrał wątpliwości, co do ich kompetencji i prawdziwych intencji? Może dlatego, że wiele wątpliwości budzą same szkolenia oraz to, w jaki sposób dzieci trafiają do konkretnych rodzin. Szokujące są opinie na ten temat tych, którzy mają lub mieli z tym do czynienia.

Jeśli pieniędzy na leczenie jest za mało, to może za dużo jest w Polsce szpitali? Ponad 250 małych, powiatowych placówek boryka się z długami albo z brakiem sprzętu albo, co grosza, brakiem specjalistów. Połączenie kilku powiatowych szpitali w jeden regionalny miałoby sens organizacyjny i finansowy, ale wątpliwe, by zgodziły się na to władze powiatów. Dla nich taki szpital, nie ważne w jakiej kondycji, to jednak prestiż.

Decentralizacja Narodowego Funduszu Zdrowia, a więc w pewnym sensie powrót do kas chorych i powołanie Agencji Taryfikacji, która to zamiast urzędników NFZ, ma wyceniać świadczenia medyczne. Takie zmiany planują Ministerstwo Zdrowia i NFZ. Zbyt niska wycena świadczeń to według szpitali główny powód ich zadłużania. I co ciekawe, a nawet zaskakujące, nietrafność tych wycen potwierdza sama szefowa NFZ. W rozmowie z naszym reporterem Agnieszka Pachciarz nie chce mówić, że wyceny biorą się z sufitu, ale szczerze przyznaje, że często są przypadkowe. Agencja Taryfikacji to pomysł na to, by wyceny nie robił ten, który później płaci.

Choć polskie prawo tego nie zakazuje, to praktyka łączenia pracy w szpitalach publicznych i placówkach prywatnych budzi coraz większe kontrowersje - i to zarówno wśród pacjentów, jak i samych lekarzy. Na tyle duże są wątpliwości i podejrzenia o konflikt interesów, że są już państwowe szpitale, które decydują się na ukrócenie takiej współpracy żądając od lekarzy, by się określili.

Ukoronowanie pracy w wymiarze sprawiedliwości - tak powinno być i jest na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, gdzie najpierw trzeba być adwokatem, prokuratorem, notariuszem i radcą prawnym, zanim zostanie się sędzią. W Polsce to często początek prawniczej kariery. Togę zakładają i orzekają o winie i karze ludzie nawet przez 30-tką, zaraz po aplikacji.