Czarno na białym

Czarno na białym

Czy po miesiącach politycznej walki podjazdowej wypowie otwartą wojnę Donaldowi Tuksowi i wystartuje w przyszłorocznych wyborach na szefa Platformy? Kiedy w ubiegłym tygodniu zorganizował konferencję prasową, wielu dziennikarzy spodziewało się jasnej deklaracji w tej sprawie. Usłyszeli niejasną zapowiedź ogłoszenia decyzji jesienią.

Świat wita nowego papieża. Gratulacje płyną z całego świata, ale co ciekawe najchłodniejsze z rodzinnej Argentyny. Tamtejsze media donoszą o wręcz niezadowoleniu prezydent kraju. Nic dziwnego - kardynał Bergoglio jako głowa argentyńskiego Kościoła ostro krytykował lewicową władzę za obyczajową rewolucję. Z kolei jemu zarzuca się wspieranie wojskowej junty, która rządziła Argentyną ponad 30 lat temu. Papież z "końca świata" - jak mówi sam o sobie Franciszek - jaki jest ten koniec świata?

Papież Franciszek wkrótce ma się spotkać z papieżem na emeryturze - Benedyktem XVI. Spotkanie dwóch papieży to zupełnie nowa sytuacja w historii Kościoła. Nietypowa też była atmosfera wokół konklawe. Nie było żałoby - wybór papieża stał się medialnym wydarzeniem podobnym do innych wyborów - kamery pokazywały to, czego nigdy wcześniej pokazać nie mogły. Takim wymownym symbolem zmiany było to, co wydarzyło się na chwilę przed tym, gdy Franciszek pojawił się wczoraj w papieskim oknie na Placu Świętego Piotra.

Faworyci przegrali. Papieżem został ten, który nie był nawet wymieniany wśród kandydatów. Kulisy konklawe są oczywiście mocno skrywaną tajemnicą, ale nie jest nią to, że o wpływy mocno walczyły ze sobą dwie kardynalskie frakcje - ta związana z Kurią Rzymską (pogrążoną w skandalach) i ta, która chciała odebrać Kurii monopol na rządzenie Kościołem. Wybór kardynała Bergoglio jest najwyraźniej kompromisem - zaskakujące, że tak szybko osiągniętym. Co to oznacza dla Kościoła?

Wybór kardynała Bergoglio z Argentyny zaskoczył nawet jego samego. Dotąd arcybiskup Buenos Aires - popularny w swoim kraju, ale mało znany katolikom na świecie. Dziś wszystkie media donoszą o skromnym człowieku, który nawet jako kardynał rezygnował z luksusów, by być blisko ludzi. Jeździł autobusem, mieszkał w małym M, sam gotował i często odwiedzał dzielnice ubogich. Bardzo otwarty na ludzi, ale zdecydowanie konserwatywny w sprawach światopoglądowych. Jaki to zapowiada pontyfikat?

Ta liczba jest szokująca. Ponad milion ton jedzenia niewykorzystanego przez sklepy i restauracje trafia co roku na śmietnik. Takie są skutki podatkowego absurdu, który sprawia, że w Polsce bardziej opłaca się wyrzucać jedzenie, niż oddać je potrzebującym. Bo za dobroczynność trzeba płacić podatek. Od lat przedsiębiorcy toczą walkę o zmianę przepisów, ale to walka z wiatrakami. Absurd, który rodzi następny absurd, bo zawsze można znaleźć sposób, by taki przepis obejść.

Prawo podatkowe pozostawia w Polsce wielkie pole do interpretacji. Przepisy są tak skomplikowane, że nawet urzędnicy często mają problem z ich zrozumieniem, a bywa, że różne urzędy różnie je rozumieją. Co do głośnej ostatnio sprawy opodatkowania służbowych telefonów i samochodów, ministerstwo finansów poróżniło się nawet z Naczelnym Sądem Administracyjnym. I tak dochodzi do absurdów, które byłyby nawet zabawne, gdyby nie konsekwencje. Dla podatnika czasami katastrofalne.

Minister finansów ostro bierze się za ściąganie pieniędzy do państwowej kasy, bo kasa w potrzebie i w tym roku musi do niej wpłynąć więcej pieniędzy, niż w ubiegłym. Niedawny awans Jacka Rostowskiego na wicepremiera pokazał, że finanse publiczne są teraz dla rządu priorytetem. A Rostowski pokazał już, że potrafi zaciskać pasa i sięgać głęboko do kieszeni podatników. Podatników kierowców, przedsiębiorców, handlarzy, a właściwie każdego z nas, jak spojrzeć na ostatnie decyzje i pomysły ministerstwa finansów. Z jednej strony uszczelnienie systemu podatkowego, z drugiej zarzucanie na podatnika wielkiej sieci.

Ekstremalne wyzwania ciągną Polaków nie tylko w góry. W "Czarno na białym" teraz Tomasz Cichocki, który samotnie jachtem opłynął świat i Marcin Gienieczko, który przemierza świat na różne sposoby. Pontonem, kutrem, konno, na rowerze i pieszo dociera tam, gdzie jeszcze ludzka noga nie stanęła. Co ich tam ciągnie? Przygoda, adrenalina, ryzyko, ale tak naprawdę nikt, kto nie ma takiej pasji, tego nie zrozumie. Tego, że człowieka może pociągać coś, co jest dla niego niebezpieczne. Wyzwanie, które stawia im najpotężniejsza i najbardziej bezlitosna siła, czyli Natura. Cichocki i Gienieczko nie raz już otarli się o śmierć, ale i tak planują następne wyprawy.

Bez wątpienia został napisany kolejny rozdział w historii himalaizmu. Historii, w której Polacy mają szczególne miejsce. Na 14 najwyższych szczytów świata 10 zimą pierwsi zdobyli właśnie nasi rodacy. A w ubiegłym roku zimowe wejście na Gasherbrum zostało uznane za najważniejsze osiągnięcie człowieka, przekraczającego ekstremalne granice. Większe niż skok ze stratosfery Baumgartnera. Ale jest też druga strona medalu. W najwyższych górach świata zginęło lub zaginęło kilkudziesięciu Polaków. Najtragiczniejszy był rok 1989, gdy lawina pod Mount Everestem zabrała pięciu naszych himalaistów.

Polacy pierwsi na świecie zimą zdobyli Broad Peak - jedną z najwyższych gór na ziemi. Zdobyło ją czterech, dwóch ta góra zabrała. Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zaginęli 5 dni temu podczas schodzenia ze szczytu. Na takiej wysokości i w zimowych warunkach nie było szans na ich uratowanie, ale teraz jest plan, by odnaleźć i sprowadzić ich ciała. Latem ma ruszyć wyprawa, jakiej w historii polskiego himalaizmu jeszcze nie było. Zresztą w historii światowego himalaizmu zdarzyło się to raz - też z Broad Peak. Zniesiono z niej wówczas ciało austriackiego wspinacza. Wyprawę zorganizuje brat Macieja Berbeki - Jacek, doświadczony himalaista. Doświadczony podwójnie, bo w górach stracił już ojca, a teraz brata.

To oni decydują, czy wzywający naprawdę potrzebuje pomocy. Odpowiadają też za racjonalne wykorzystanie ograniczonej liczby karetek pogotowia. Na co dzień muszą umieć odróżniać nieuzasadnioną histerię od paniki, wywołanej prawdziwym niebezpieczeństwem. Z potoku wykrzykiwanych często słów muszą wyłowić te, które pozwolą chłodno ocenić sytuację. I podjąć właściwą decyzję, bo jak pokazały niedawne wydarzenia, błąd może kosztować życie.

Nie tylko dyspozytorzy stacji pogotowia znaleźli się ostatnio na cenzurowanym. Wiele znaków zapytania postawiono przy zasadach funkcjonowania nocnej opieki lekarskiej. Pacjenci często szukają jej w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Zbyt często, bo jak pokazały wielokrotnie ostatnio cytowane wyniki kontroli NIK-u, tak zwane SOR-y oblegane są przez pacjentów, którzy powinni pójść do nocnej przychodni. Jak przekonała się reporterka "Czarno na białym", może by i poszli, gdyby wiedzieli, że coś takiego w ogóle jest.

Podstawowa Opieka Zdrowotna, czyli coś, co wielu pacjentom kojarzy się głównie z kolejkami. Podobnie z resztą jak cała służba zdrowia. W "Czarno na białym" pokazaliśmy już czeski sposób na rozwiązanie tego problemu i pewnie warto go przypomnieć. Od kiedy nasi południowi sąsiedzi sami muszą dopłacać do leczenia, rzadziej chodzą do przychodni, rzadziej wzywają pogotowie i krócej leżą w szpitalu. Płacą symbolicznie, ale jak sami przyznają, przestali korzystać ze służby zdrowia bez powodu. A naprawdę wysoką cenę za te rozwiązania zapłacił tylko rząd, który je wprowadził.

Zmiany i to możliwie szybko są potrzebne. Chociażby w systemie ratownictwa medycznego, o czym głośno zrobiło się po ostatniej serii przypadków śmierci dzieci, którym na czas nie udzielono pomocy. Teoretycznie system jest prosty i przejrzysty, ale w praktyce niestety zawodny, co przyznają i lekarze, i ratownicy i specjaliści. Gdzie tkwi problem?

Owsiak znów w akcji, co typowe dla niego. Akcyjność w wydaniu ministra zdrowia jednak może niepokoić. Zapowiedziane przez Bartosza Arłukowicza zmiany w systemie ratownictwa medycznego oraz w podstawowej opiece zdrowotnej zaskoczyły i sejmową komisję zdrowia i lekarzy. O takich - jak mówią niektórzy - rewolucyjnych zmianach nie było mowy, więc pozostaje wrażenie działania pod impulsem i presją społeczną po ostatnich tragicznych wydarzeniach. Czy to ma być recepta na uzdrowienie służby zdrowia?

Jerzy Owsiak znów w akcji. Gdyby nie on - nie byłoby pewnie żadnej reakcji na tragiczną śmierć kolejnego dziecka, któremu lekarze na czas nie pomogli. Gdyby nie zagroził końcem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - być może nie zmobilizowałby ministra zdrowia do działania. Ale tupnął nogą (nawiasem mówiąc w gipsie) i ...mamy zapowiedź zmian w systemie ratownictwa medycznego. Co więcej, Owsiak idzie na współpracę z ministrem Arłukowiczem, stawiając na szali swój ogromny kapitał społecznego zaufania. Żona go ostrzegała, ale nie powstrzymała. Czy ten powszechnie znany zapał Owsiaka wystarczy mu teraz w starciu z urzędniczą machiną?

Gdyby istniał spójny program, który na różne sposoby promowałby i wspierał rodziny z dziećmi, pewnie wielu Polaków nie miałoby dylematów. Oto rodzice i ich świadome wybory. Jedno dziecko czy więcej? To oczywiście indywidualne wybory, ale często marzenia o dzieciach zderzają się z możliwościami w ich utrzymaniu i wychowaniu. Trudno oczywiście sprowadzać dziecko tylko do pieniędzy, ale trudno też zaklinać rzeczywistość.

Prognozy demograficzne dla Polski są alarmujące, ale na razie nie widać, by państwo specjalnie się tym przejmowało. O polityce prorodzinnej głównie się mówi i gdyby od tego mówienia rodziły się dzieci, to katastrofa demograficzna by nam nie groziła. Pomysłów, planów i obietnic jest dużo, ale nie ma konkretnego i spójnego programu, który na różne sposoby promowałby i wspierał rodziny z dziećmi, co byłoby zachętą dla tych, którzy dzieci jeszcze nie mają. W krajach, gdzie takie programy działają, efekty widać. Widać też, że w tych krajach nawet Polki rodzą więcej dzieci.

Nasz kraj wyludnia się i starzeje. Takie są prognozy demograficzne. Dzieci rodzi się coraz mniej i jeśli ta tendencja szybko się nie zmieni, to już pod koniec tego wieku będzie nas, Polaków, o prawie 1/3 mniej niż dziś. Oczywiście dziś perspektywa końca tego wieku wydaje się bardzo odległa, ale demografowie patrzą na to inaczej. I biją na alarm. Dzieci jest coraz mniej, a coraz więcej ludzi starszych. I już za 50 lat będziemy jednym z najstarszych narodów w Europie, czego skutki - także ekonomiczne - będą dotkliwe. A próbkę tego już mamy.