Czarno na białym

Czarno na białym

Finansowa reanimacja Cypru. Kraju, który - gdy 9 lat temu razem z Polską wchodził do Unii Europejskiej - był w niej jednym z najbogatszych. Dziś jest na skraju bankructwa. Wprawdzie zawarte porozumienie oddala ten najczarniejszy scenariusz, ale - jak relacjonuje reporter "Czarno na białym" - spokoju wcale nie ma. Mimo zapowiedzi nie otwarto banków, w związku z czym Cypryjczycy już jedenasty dzień nie mają dostępu do swoich kont. Muszą czekać do czwartku. Nie mają pieniędzy i boją się o pracę. W ostatnich dniach wielu ją straciło.

Patrząc na zdjęcia i doniesienia z Cypru wielu zadaje sobie pytanie, czy i my powinniśmy się obawiać. Takiego krachu finansów raczej nie, ale ta kryzysowa sytuacja ujawniła niebezpieczny dla wszystkich w Unii precedens. Po raz pierwszy w obliczu bankructwa kraju próbowano sięgnąć do prywatnych oszczędności. Próba tylko częściowo się udała, ale mocno podważyła zaufanie do banków, unijnych urzędników i Unii jako instytucji.

Tragedia, która miała miejsce w Gdańsku, to jedna z kilku wyjątkowo brutalnych zbrodni, do jakich doszło tylko w ostatnich tygodniach. Zaskoczeniem są policyjne statystyki, z których wynika, że liczba takich przestępstw od lat wyraźnie spada. To, co jest szokujące, to fakt, że sprawcy są coraz bardziej brutalni i gotowi zabijać nawet dla małych korzyści.

Po morderstwie w Gdańsku wzięliśmy pod lupę rynek nielegalnego handlu bronią. To już nie czasy, gdy karabin maszynowy można było kupić na stadionie X-lecia. Dziś handel przeniósł się do internetu. I nie zajmują się nim już przestępcze gangi - przykrywką dla tego procederu często jest kolekcjonowanie militariów.

Szokująca zbrodnia z Gdańska. Od strzałów ginie trzyosobowa rodzina, w tym niespełna 1,5-roczne dziecko. Nawet najbardziej doświadczeni policjanci byli poruszeni. Udało nam się dotrzeć do informacji o tym, co zeznał podejrzany o to potrójne morderstwo Rosjanin Samir S. Wiadomo, że znał swoją ofiarę. Z Adamem K. łączyło go zamiłowanie do militariów. Co dokładnie wydarzyło się 11 dni temu w mieszkaniu w centrum Gdańska? Chodziło o rabunek? Egzekucję? Czy był to finał osobistych porachunków i kłótni o pieniądze?

W ostatnich latach w Polsce powstało wiele aquaparków, niewiele potrafi się jednak utrzymać. Do większości samorządy dopłacają - i to dużo, bo takie wodne parki to kosztowne, a mało dochodowe inwestycje. Mieć taki park to oczywiście duma i atrakcja. Ale - jak pokazują liczne przykłady - to też kula u nogi, która ciągnie samorządowe finanse na dno.

Jedni chcą mieć termy - choćby zimne, a inni lotnisko - nawet, jeśli ląduje na nim tylko jeden samolot dziennie. Tak, jak na lotnisku pod Zieloną Górą - wyjątkowym, bo tam na jednego pasażera przypada jeden pracownik portu. Komfort, ale kosztowny. Samorząd dostał lotnisko za darmo w spadku po wojsku. Wziął je, a teraz do niego dopłaca. Co więcej z ambitnych, ale bardzo mglistych planów wynika, że dopłacać będzie jeszcze długo.

W "Czarno na Białym" turystyczna nadzieja Warmii i Mazur - budowane od kilku miesięcy termy w Lidzbarku Warmińskim. Plany są imponujące, podobnie jak koszt budowy sięgający prawie 100 mln zł - jest jednak jeden, ale kluczowy problem. Zimna woda w termach. Jak ustaliła nasza reporterka - woda ma niecałe 20 stopni. Jest to trzy razy niższa temperatura niż powinna być, żeby termy grzały, a nie wymagały kosztownego ogrzewania. A wyjątkowo - co należy podkreślić - gorący zapał władz regionu do tej inwestycji wody na pewno nie podgrzeje.

Więcej demokracji w demokracji, czyli więcej decyzji, które Polacy podejmowaliby w referendum - tego domaga się Platforma Oburzonych - choć nie proponuje już, by w referendum zapytać Polaków czy w ogóle chcą takiej zmiany. Referenda w naszym kraju są bardzo rzadko - po wojnie głosowaliśmy tylko 6 razy. Sprawdziliśmy więc - jak ta metoda działa w Szwajcarii, gdzie takie plebiscyty są średnio co trzy miesiące.

Choć jak obywatel nie zgadza się z władzą, to może wylądować w szpitalu psychiatryczny. W "Czarno na Białym" historia warszawskiego przedsiębiorcy, którego interesy pokrzyżowała miejska inwestycja. Marek Litwiniak próbował dochodzić swoich racji w ministerstwie transportu, budownictwa i gospodarki morskiej, ale kilka zbyt emocjonalnie wypowiedzianych słów spowodowało, że sprawą zamiast urzędników zajęli się policjanci i lekarze.

Platforma Oburzonych na kogo? Wiadomo. Za co? Nasz reporter przyjrzał się bliżej sześciu spośród blisko setki organizacji, które były na zjeździe w Gdańsku. Setki całkowicie różnych organizacji - od przedsiębiorców, przez zwolenników ACTA, obrońców praw ojca, na ekologach kończąc. Ich wspólny mianownik? Oburzeni chcą być zauważeni.

Platforma Oburzonych - kto i co kryje się za tym hasłem, które medialnie chwyciło. Nie tylko zresztą medialne, bo prezydent Komorowski już dziś chciał rozmawiać z organizatorem tej Platformy o jej postulatach zmian w konstytucji. Zaskoczyło to Piotra Dudę, bo odpowiedział, że do takiego spotkania nie jest jeszcze gotowy. Duda - to najbardziej znana twarz Platformy Oburzonych. Szef Solidarności dotąd dystansował się od partii politycznych. Teraz jednak - doświadczony za młodu saper wojskowy - sam chce walczyć i planuje nie tyle rozbroić, co wysadzić rząd Platformy Obywatelskiej. Czy Platforma Oburzonych ma mu w tym pomóc?

To już nie pojedyncze przypadki, a proceder na coraz szerszą skalę. Jak sprawdził reporter "Czarno na Białym" bez problemu można kupić gotową pracę maturalną, magisterską czy doktorską. Na te ostatnie jest ponoć prawdziwy boom. Kupić można każdy temat. Wszystko jest kwestią ceny, a te dochodzą nawet do kilkunastu tysięcy złotych. Interes kwitnie, bo kupujących jest coraz więcej. Podobnie jak piszących, wśród których są prawdziwi zawodowcy. Ludzie na co dzień pracujący na uczelniach.

Tak, jak nie ma już oporów przed kupowaniem prac, tak nie ma też dylematów przed ich kopiowaniem. Plagiaty to dziś prawdziwa plaga, o czym niedawno głośno miał odwagę powiedzieć jeden z wykładowców Uniwersytetu Poznańskiego (co nawiasem mówiąc, zamiast uznania, przyniosło mu kłopoty). Plaga nie tylko na uczelniach, choć tam na blisko pół miliona pisanych rocznie prac, nawet co trzecia jak szacują niektórzy, zawiera cudze teksty. Oficjalnie nikt tego nie potwierdza, ale problem jest już tak duży i wszechobecny, że Ministerstwo Nauki szykuje zmiany w prawie i chce weryfikować oryginalność pisanych prac. Taka kontrola jest już na ponad 150 uczelniach i są też efekty.

Himalaiści mówią, że łatwiej wejść na szczyt niż z niego zejść. A zejście nocą z ośmiotysięcznika jest jeszcze trudniejsze. Dramat dwóch Polaków zaczął się zaraz po zdobyciu góry. Tomasz Kowalski gwałtownie opadł z sił - tak bardzo, że nie był w stanie zrobić kroku, ale - jak wynika z relacji kierującego wyprawą Krzysztofa Wielickiego, który ostatni miał z nim łączność - młody himalaista ani razu nie poprosił o pomoc. To może oznaczać, że był tak wycieńczony, że nie był już w stanie racjonalnie oceniać rzeczywistości. Nie ma więc pewności, czy można wierzyć jego słowom, że widział schodzącego Macieja Berbekę. Co się stało z tym bardzo doświadczonym himalaistą? Nie wiadomo, bo z nim nie było w ogóle łączności. Wiele wskazuje na to, że spadł w przepaść albo w lodową szczelinę.

Powrót himalaistów z Broad Peak. Ten jeden z najwyższych szczytów świata po raz pierwszy w historii zimą zdobyło czterech Polaków. Dwóch góra zabrała - Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski nie zdołali zejść. Adam Bielecki i Artur Małek, którym udało się, po raz pierwszy opowiedzieli o całej wyprawie: o tym, co wydarzyło się na wysokości ponad 8 tys. metrów. Mimo że wtedy pogoda sprzyjała, wejście na Broad Peak okazało się trudniejsze i dłuższe niż zakładano. Szczyt każdy zdobywał oddzielnie i każdy oddzielnie schodził. Ze względu na przeraźliwe zimno i nadchodzącą noc na samym szczycie Polacy byli kilkadziesiąt sekund. Zdaniem Bieleckiego i Małka, którzy schodząc z góry ostatni raz widzieli Berbekę i Kowalskiego jeszcze wspinających się, nic nie wskazywało, żeby himalaiści mieli jakiekolwiek problemy.

Jeszcze na dobre nie ruszyła, a już mamy bunt. Około tysiąca polskich gmin, czyli blisko połowa, wciąż nie jest gotowa do przejęcia odpowiedzialności za wywóz śmieci. Czas jest do 1 lipca, ale żeby zdążyć, już trzeba rozpisywać przetargi. Samorządowcy zwlekają, odwołując się do Trybunału Konstytucyjnego i do prezydenta Komorowskiego. Teoretycznie nowe przepisy mają położyć kres wyrzucaniu śmieci po lasach. Praktycznie oznaczają raczej wyższe opłaty, mniej konkurencyjne usługi i być może kłopoty dla gmin, które mają własne zakłady oczyszczania. Sprawa budzi emocje, bo śmieci to bardzo intratny interes.

Śmieci to intratny interes, choć niezbyt porywający temat. Jak słyszeliśmy wielu Polaków nie wie o nadchodzących zmianach. Nie lepiej jest z podejściem do segregacji odpadów. Pod tym względem jesteśmy na szarym końcu Europy. Nie segregujemy, bo nie wiemy jak albo/i nie wierzymy, że to ma sens. I z pewnością rewolucja śmieciowa nie wywoła rewolucji w naszej ekologicznej świadomości, choć będzie premiować tych, którzy podejmą się sortowania własnych śmieci. Wiadomo - żaden argument nie działa tak, jak finansowy.

Pewnie mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że aż 9 milionów ton jedzenia wyrzucamy co roku na śmietnik. Akurat pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce. Dlaczego marnujemy tyle jedzenia i dlaczego w śmieciach ląduje wszystko, co nam już nie potrzebne? Reporter TVN24 zajrzał do śmietnika przeciętnego Polaka.

Plany, programy i polityczne strategie... ale kogo to obchodzi - można by zapytać analizując wyniki badań społecznych. Wynika z nich między innymi, że dziewięćdziesiąt procent Polaków w ogóle nie interesuje się wydarzeniami politycznymi. Wśród tej przytłaczającej większości rolnik z Zabłudowa, pielęgniarka z Łodzi i mieszkaniec Tychów.