Czarno na białym

Czarno na białym

Wojna o spółdzielnie mieszkaniowe. Ta polityczna w Sejmie i codzienna, którą często prowadzą sami mieszkańcy. Tak jest na przykład w Olsztynie. W niezwykle atrakcyjnym miejscu, tamtejsza spółdzielnia Pojezierze wybudowała luksusowy blok. I byłby to godny pochwały przykład przedsiębiorczości prezesa, gdyby nie lista mieszkańców, którą otwierają jego rodzina i znajomi. Mieszkania, niedostępne dla innych spółdzielców, kupiło na bardzo atrakcyjnych warunkach trzydziestu sześciu wybrańców. I jak przekonała się reporterka "Czarno na białym", co najmniej kilku od razu sprzedało, lub chce je sprzedać z dużym zyskiem.

To będzie zapewne nowy wymiar dyskusji, która toczy się w Polsce od lat. Nie tylko między politykami ale, przede wszystkim, między naukowcami, etykami i duchownymi. W ostatnich tygodniach w jej centrum znalazła się... bruzda. To oczywiście po głośnej wypowiedzi księdza Franciszka Longschamps de Berier. Problem sprowadzono do jednego niezrozumiałego zdania, a tymczasem jest on bardzo złożony.

Metoda in vitro to nie tylko nadzieja, emocje i lęk. W ostatnich dniach przekonaliśmy się, że to także bunt. W tym przypadku bunt pierwszej Polki urodzonej dzięki tej metodzie. Chce odejść z Kościoła. Zamierza dokonać aktu apostazji, bo to, co kościelni hierarchowie mówią o zabiegu, który dał jej życie, w godność tego życia, jej zdaniem, za bardzo godzi.

Tak mocne zarzuty pod adresem klinik zajmujących się zapłodnieniem in vitro jeszcze nie padły. W "Czarno na białym" postawi je minister sprawiedliwości. Pretekstem jest sprawa kliniki okulistycznej z Poznania, w której znaleziono pojemnik służący do przechowywania ludzkich zarodków. Prawdopodobnie jest to spadek po poprzednim właścicielu placówki, który prowadził klinikę leczenia bezpłodności. I jak się okazuje, po jej likwidacji, mógł zapomnieć o takim szczególe jak kilkadziesiąt zamrożonych embrionów. Czy tak rzeczywiście było? Powinna to wyjaśnić prokuratura. Powinna, ale prawdopodobnie nie będzie mogła.

Wrocław kontra nielegalne koczowisko Rumunów. Dla nich, jak mówią, to raj na ziemi. Oni dla sąsiadów są postrachem i udręką. Wieloletni konflikt zaostrzył się. Oprócz wzajemnych zarzutów pojawiają się już groźby. Władze miasta przyznają, że sytuacja jest niebezpieczna, ale nie mają sposobu, by pozbyć się dzikiego osiedla. Na nic prośby i groźby, o eksmisji zdecyduje sąd. Ale nawet jeśli zgodzi się, to problem zostaje. Rumuni przeniosą się w inne miejsce, a zakazać im - obywatelom Unii - pobytu w Polsce nie można.

Oto historie romskich kobiet, które - nie wyrzekając się swoich korzeni - poszły drogą nietypową dla kobiet z ich społeczności. Nie zostały matkami w wieku kilkunastu lat, ale skończyły studia, mają naukowe tytuły i pracują. Nie jest ich wiele. Co ciekawe, wszystkie dalej uczestniczą w życiu romskiej społeczności.

Romska tradycja i silne poczucie odrębności kulturowej nie sprzyjają integracji. Ale widać też, że sami Romowie są bardzo podzieleni. Ten powszechny wizerunek ludzi, którzy oszukują, nie chcą pracować, nie posyłają dzieci do szkoły, ale uważają, że wszystko im się należy to wizerunek, który doskwiera wielu Romom. Chcą z nim walczyć, widząc potrzebę przede wszystkim edukacji.

Widmo 11 września wróciło. Amerykanie już wierzyli, że są bezpieczni, a teraz znów poczuli strach i niepewność. Zamach w Bostonie to pierwszy taki atak od 2001 roku. Potem doszło jeszcze do dwóch prób zamachów, ale na szczęście nieudanych - to dało złudne poczucie spokoju.

Prawie 24 godziny po zamachu wciąż nie wiadomo, kto i dlaczego go dokonał. Nikogo nie zatrzymano. Nie ma nawet podejrzanych. Sposób, w jaki przeprowadzono eksplozje, nie wskazuje jednoznacznie, czy stoi za nimi organizacja terrorystyczna, czy napastnik-amator. Ładunki, które wybuchły nie były duże, ale tak skonstruowane, żeby zabić.

Zamach w Bostonie wywołał niepokój na świecie i przypomniał, że takie potencjalne zagrożenie zawsze istnieje - i ze strony szaleńców i ze strony terrorystów. Polska, jako amerykański sojusznik, od dawna z pewnością jest na celowniku islamskich fundamentalistów, czego dowody polskie służby już miały. Jak realne jest to zagrożenie?

Teraz inna wielka nadzieja na wzmocnienie bezpieczeństwa gazowego Polski - pierwszy w tej części Europy gazoport. Gigantyczna inwestycja - ekipa "Czarno na bialym" weszła z kamerą na plac budowy w Świnoujściu. Prawie tysiąc robotników, potężne betonowe konstrukcje i wyścig z czasem. Już jest kilkumiesięczne opóźnienie, a pierwszy kontrakt na odbiór gazu podpisany.

Gazoport w Świnoujściu ma wzmocnić naszą pozycję w relacjach gazowych z Rosją. Jak słabą ma dziś pozycję pokazuje ostatnie zamieszanie wokół polsko-rosyjskiego memorandum ws. ewentualnej budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego. Kto nie wiedział, a kto wiedział, a nie powiedział o tym porozumieniu, i co z tego wynika? Być może dowiemy się jutro - minister Sienkiewicz ma przedstawić premierowi raport na temat tego - co najmniej - komunikacyjnego bałaganu.

Gaz łupkowy - wielka, ale może się okazać, że niespełniona nadzieja Polski. Niektórzy - w tym premier - liczyli, że za rok zaczniemy wydobycie tego surowca, ale dziś nic na to nie wskazuje. Wiele wskazuje natomiast na to, że wszystkie wykonane dotąd odwierty badawcze zostały wykonane źle. Zawiodło amerykańskie doświadczenie - nasz łupek jest inny i wymaga innych, o wiele droższych, metod wydobycia. W ich opłacalność przestały już wierzyć firmy, które z odwiertami przenoszą się na Grenlandię.

Może z czasem i do nas dotrze moda na jedzenie w restauracjach. Na razie dotarła ta na gotowanie oraz robienie zakupów w małych sklepach i na bazarach. Takie zakupy mają być gwarancją świeżości i jakości. W świecie zdominowanym przez wielkie sieci handlowe, w których klient jest anonimowym numerkiem na paragonie, znajomość i często przyjaźń ze sprzedawcą okazuje się bezcenna. Bo przecież stałemu klientowi byle czego się nie sprzeda.

Aby wykorzystać swoją szansę w kulinarnym świecie, albo chociaż próbować wykorzystać, potrzeba trzech rzeczy. Talentu, wytrwałości i pieniędzy. Albo przede wszystkim pieniędzy, a potem talentu i wytrwałości, bo jak podkreślają osoby, które podjęły wyzwanie - prowadzenie restauracji - to zawsze ciężka, ale nie zawsze opłacalna praca. Między innymi dlatego, że Polacy coraz mniej wydają na jedzenie poza domem. Choć tych, którzy to jedzenie chcą przygotowywać, nie brakuje.

Szefowie kuchni. Generałowie dowodzący kulinarnymi oddziałami albo artyści kreujący swój niepowtarzalny styl - tak mówią o swojej pracy. A pracę tę podziwiają i próbują naśladować tysiące Polaków, którzy zrozumieli, że jedzenie to przyjemność i odkrywanie nowych smaków. Co w rozmowie z reporterką "Czarno na białym" podkreśla między innymi autor głośnego wezwania "oddaj fartucha".

Historia trzech przedsiębiorców, niesłusznie podejrzanych przez skarbówkę i prokuraturę o pranie brudnych pieniędzy, stała się inspiracją dla głośnego filmu "Układ zamknięty". Film o wszechwładzy i bezkarności urzędników bije rekordy oglądalności, bo scenariusz napisało samo życie. I takich historii jak Pawła Rey i Lecha Jeziornego jest więcej. Nieuzasadnione podejrzenia, fałszywe zarzuty, aresztowanie, wreszcie upadek firmy. A wtedy okazuje się, że wszystko bez powodu. Żaden urzędnik nie ponosi odpowiedzialności, a poszkodowani muszą walczyć nawet o odszkodowanie.

Bezpieczeństwo Polaków - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - zależy od przestępców. To policyjni informatorzy, bez nich nie udałaby się żadna poważna akcja. Dobry informator to dla policji kopalnia wiedzy. Dla ludzi ze świata przestępczego - zdrajca. Taka współpraca obu stronom daje korzyści, ale też dla obu jest dużym ryzykiem. Jak dużym, opowiadają reporterowi "Czarno na białym" gangster, który został informatorem i policjant, który przez swoich informatorów został zawodowo zniszczony.

Gangsterzy potrafią też wodzić za nos wymiar sprawiedliwości. Kilka głośnych procesów pokazało, jak zawodna może być instytucja świadka koronnego - informatora, który kompromituje prokuraturę i pogrąża policję. Tak, jak przestępca o pseudonimie "Patyk", podejrzany o zabójstwo generała Papały. W innych sprawach jako świadek koronny "wsypał" nie tylko swoich kompanów, ale i niewinnych funkcjonariuszy. Jeden z nich zgodził się nam o tym opowiedzieć.

Jaka jest skala pedofilii w polskim Kościele? Nikt nie ma wiarygodnych danych. Z doniesień medialnych wynika, że przez 10 lat skazano 27 księży. W większości dostali wyroki w zawieszeniu. Okazuje się więc, że w tej kwestii mamy wyjątkowo łagodny wymiar sprawiedliwości. O zdecydowane działanie w walce z pedofilią w Kościele apeluje nowy papież. Według Franciszka, dużą rolę w tej walce mają narodowe Episkopaty. Czy Kościół w Polsce jest gotowy na zdecydowane działanie? Pytamy, choć na razie trudno choćby o odpowiedź biskupów.