Powstaniec warszawski Stanisław Aronson skończył 101 lat

Stanisław Aronson
Stanisław Aronson: Decyzja o rozpoczęciu powstania warszawskiego była tragiczna
Źródło: TVN24
6 maja swoje 101. urodziny obchodzi Stanisław Aronson, żołnierz Armii Krajowej oraz powstaniec warszawski. Po wojnie wyemigrował z kraju, ale nigdy nie odciął się od Polski i polskości.

Stanisław Aronson przyszedł na świat w zamożnej rodzinie żydowskiego fabrykanta i kupca. Dzieciństwo spędził w Warszawie (przy Senatorskiej) i Łodzi, gdzie jego rodzice byli właścicielami dużej willi przy Żeromskiego. W latach 90. podjął starania o odzyskanie tej nieruchomości, ale bezskutecznie. Okazało się, że w myśl przepisów została ona uznana za mienie poniemieckie (bo w czasie okupacji znajdowała się tam placówka policji) i na tej podstawie znacjonalizowana.

Uciekł z transportu do obozu zagłady

Wybuch II wojny światowej zastał Aronsonów w Łodzi. Udało im się dojechać do Równego, ale po agresji ZSRR na Polskę postanowili przedostać się na Litwę. Gdy próba przekroczenia granicy skończyła się fiaskiem, udali się do Lwowa. Spędzili tam następne dwa lata – aż do zajęcia tego miasta przez Wehrmacht.

W wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego (w ramach Archiwum Historii Mówionej) wspominał naukę w polskim gimnazjum przy Łyczakowskiej.

- Atmosfera była w stu procentach polska, przeciw Rosjanom. Z moich kolegów nikt się nie zapisał do Komsomołu. Były naciski. Największe naciski były na Żydów, żeby się zapisali do Komsomołu. Nie zapisałem się. (…) Mówię: jestem Polakiem, czuję się Polakiem - opowiadał.

Jesienią 1941 roku razem z bliskimi zdecydował się na powrót do Warszawy, choć wiązało się to z koniecznością zamieszkania na terenie getta. Kilka miesięcy później z Umschlagplatzu cała rodzina została wywieziona do obozu zagłady w Treblince. Stanisław Aronson jako jedyny ocalał, bo na jednym z postojów udało się mu przecisnąć przez małe okno wagonu i nie został zauważony przez wartowników.

Żołnierz Armii Krajowej, członek Kedywu

Od tamtej pory żył już po "aryjskiej" stronie, przez pewien czas w mieszkaniu pewnej Austriaczki (w niektórych relacjach Aronson określa ją jako Niemkę), która pomogła mu nawiązać kontakt z Armią Krajową.

Z dokumentami na nazwisko Stanisław Żurawski, a później - Ryszard Żukowski stał się członkiem polskiego podziemia. Został przydzielony do Kedywu – jednostki zajmującej się sabotażem i dywersją.

O tym, że jest Żydem, wiedział początkowo tylko jego przełożony - dowódca Kedywu okręgu warszawskiego AK Józef Rybicki (po wojnie aż do 1954 roku więziony, a później jeden z założycieli Komitetu Obrony Robotników).

- Był niezwykle liberalnym i tolerancyjnym człowiekiem. Od początku wiedział, że jestem Żydem, i nie robił mi z tego powodu najmniejszych problemów. Podobnie koledzy z oddziału – zwykli żołnierze, z którymi ramię w ramię walczyłem z Niemcami – opowiadał Aronson w jednym z wywiadów i zapewniał, że w swoim oddziale nie spotkał się z żadnymi przejawami antysemityzmu.

Stanisław Aronson w swoim domu na przedmieściach Tel Awiwu
Stanisław Aronson w swoim domu na przedmieściach Tel Awiwu
Źródło: TVN24

Zdarzało się, że brał udział w wykonywaniu wydanych w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego wyroków na kolaborujących z okupantem Polakach. Wspominając ten okres swojej aktywności (m.in. w opublikowanej nakładem Wydawnictwa Znak książce Patrycji Bukalskiej "Rysiek z Kedywu") Stanisław Aronson zaznaczał, że w takich akcjach specjalnych – ze względu na swój wiek - jedynie stał w obstawie.

Walczył w Powstaniu Warszawskim

Wziął za to czynny udział od pierwszego dnia walk w Powstaniu Warszawskim. Służył w nim pod rozkazami Stanisława – "Stasinka" Sosabowskiego (syna słynnego dowódcy 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej) w uważanym za elitarny oddziale dyspozycyjnym "Radosława" w grupie "Północ".

W wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Zychowicza w 2009 roku dla "Rzeczpospolitej" opowiadał, że pierwszym zadaniem jego oddziału było zdobycie Umschlagplatzu i szkoły na Stawkach, czyli miejsca, z którego niespełna dwa lata wcześniej Niemcy wyekspediowali go do Treblinki.

- W sierpniu 1944 roku były tam wielkie magazyny żywnościowe i mundurowe. Esesmani, którzy bronili obiektu, stawiali zacięty opór. To były ciężkie walki. Wreszcie udało się zdobyć szkołę. Oprócz wielkich zdobyczy wojennych znaleźliśmy też około 50 węgierskich Żydów - wspominał.

W pierwszej dekadzie powstania jego oddział bił się na Woli, tuż obok batalionu "Zośka", a następnie odpierał niemieckie ataki na gruzach getta.

10 sierpnia podczas walk na Okopowej, naprzeciwko Cmentarza Ewangelickiego, Stanisław Aronson został ranny. - Pocisk moździerzowy zdruzgotał mi nogę, jego odłamki utkwiły w płucach. To był dla mnie koniec powstania. Trafiłem do powstańczego szpitala w podziemiach kamienicy na Starym Mieście - opowiadał.

To właśnie w tym zaimprowizowanym szpitalu znów otarł się o śmierć, gdy ten obiekt zdobyli esesmani. W różnych relacjach o tym dramatycznym epizodzie za każdym razem podkreślał, że jego i wszystkich pozostałych ocaliła interwencja wziętych do niewoli przez powstańców niemieckich żołnierzy. To oni zapewnili esesmanów, że w szpitalu przebywają wyłącznie cywile, choć wiedzieli, że było inaczej.

Z powodu odniesionej rany po 10 sierpnia Aronson nie brał już udziału w walkach. Udało się mu uniknąć niemieckiej niewoli i razem z jednym z kolegów dotarł do osady Delechowice niedaleko Krakowa, gdzie doczekał końca okupacji.

Walczył w kilku wojnach Izraela

Jeszcze na początku 1945 roku przyjechał jednak do rodzinnej Łodzi, gdzie nawiązał kontakt z podziemną organizacją "NIE". Wkrótce potem, po dość przypadkowej scysji w zakładzie fryzjerskim z pewnym oficerem NKWD, uznał, że dalszy pobyt w Polsce jest dla niego zbyt ryzykowny. Dostał się do Austrii, a stamtąd do Włoch, gdzie wstąpił do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa.

W Bolonii rozpoczął nawet studia medyczne, ale w 1946 roku za namową stryja, który jeszcze przed wojną wyjechał z Polski, wyruszył do Palestyny. Brał udział w wojnie o niepodległość Izraela (w 1948 roku) i we wszystkich kolejnych konfliktach zbrojnych tego państwa z arabskimi sąsiadami. Dosłużył się stopnia podpułkownika. Na taki sam został też awansowany w Wojsku Polskim.

Prawie do końca PRL-u nie mógł przyjeżdżać do Polski. Pozwolono mu dopiero w sierpniu 1988 roku - na rocznicę wybuchu powstania. Dwa lata później dostał polski paszport i od tamtej pory z obywatelstwem Izraela i Polski zaczął częściej przyjeżdżać do starej ojczyzny.

"Koszmarny błąd". Ocena wybuchu powstania

Zabierał głos w sprawach najnowszej historii, nie krył swojej negatywnej oceny decyzji o wywołaniu Powstania Warszawskiego.

- Z góry wiedzieliśmy, że to było bez sensu. Mówił tak choćby mój dowódca z oddziału "Stasinek" Sosabowski, syn generała Stanisława Sosabowskiego. To przecież było wariactwo. Już wtedy wiedzieliśmy, że na ziemiach wschodnich Sowieci aresztują i mordują żołnierzy AK biorących udział w akcji "Burza". Uważaliśmy więc, że nawet jeśli powstanie się uda, to wszystkich nas zamkną i wywiozą do łagrów. Józef Rybicki mówił, że trzeba zejść jeszcze głębiej do podziemia i spokojnie czekać na sowiecką okupację. Katastrofa, jaką wywołało powstanie, przeszła nasze najgorsze przewidywania. 63 dni walk zamiast pięciu, sześciu, jak zakładano. Kompletne zniszczenie stolicy Polski, 200 tysięcy zabitych cywilów. Koszmarny błąd - mówił w wywiadzie z Piotrem Zychowiczem.

A w wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego precyzował: - Szkoda było tych ludzi, ci ludzie mogliby dużo więcej zrobić jak oni by żyli. Cała młodzież walcząca zginęła, ci ludzie mogli robić opór, nawet inny opór. Mogli być przywódcami oporu przeciw Rosji. Wiedzieliśmy, że oni aresztują. Wiedzieliśmy już w lipcu, że wszystkich aresztują w Krakowie, w Lublinie. To, o co się Rybicki bał. On się bał, że wszystkich aresztują, którzy będą brali udział, to była ta historia.

19
19.04.2023 | Uciekł z transportu do Treblinki i wstąpił do AK. "Moim dzieciom tego nigdy nie opowiadałem"
Źródło: Jacek Tacik | Fakty TVN

Przeciwko mitowi żołnierzy wyklętych

W 2016 i 2017 roku wysłał dwa listy do prezydenta Andrzeja Dudy, by zaprotestować przeciwko kultowi "żołnierzy wyklętych". Jak wyjaśnił - napisał je z "troski o losy wielkiej tradycji Państwa Podziemnego i Armii Krajowej".

"Budowa mitu żołnierzy wyklętych stała się możliwa dopiero teraz, kiedy odchodzi już pokolenie Armii Krajowej i Państwa Podziemnego. Kiedy już nie ma prawie nikogo, kto mógłby głośno zaprotestować i zaprzeczyć tej alternatywnej historii, temu upowszechnianiu alternatywnych faktów" - podkreślał.

W liście z 2017 roku protestował przeciwko zrównywaniu AK, NSZ oraz ONR z jego - jak podkreślał "obrzydliwą tradycją". Przyznawał, że w oddziałach leśnych tuż po wojnie zdarzali się patrioci i osoby obawiające się więzienia, wywózki czy wyroku śmierci, ale były też "elementy kryminalne, wręcz bandyckie".

"Jakie to były oddziały, nikt naprawdę nie wie. Przeważnie znane są nazwiska poszczególnych dowódców, ale dla dzisiejszych propagandystów oni są mniej ważni. Ważna jest ich mityczna potęga. Liczba wyklętych więc rośnie i rośnie, bo trzeba przekonać społeczeństwo, jaka to była siła. (…) Wszystko jest możliwe, ale na papierze" – pisał.

Jeszcze dosadniej próby manipulowania historią ocenił w 2018 roku w emocjonalnym liście opublikowanym w dzienniku "The Guardian".

"Obserwuję z daleka, jak w ostatnich latach kanapowi patrioci w mojej rodzinnej Polsce próbują wykorzystać i manipulować wspomnieniami i doświadczeniami mojego pokolenia. Może i naprawdę wierzą, że promują narodową godność lub wpajają dumę w młodych ludzi, ale w rzeczywistości wychowują przyszłe pokolenie w ciemnocie, braku zrozumienia złożoności wojny i skazują je na powtórzenie błędów, za które zapłaciliśmy tak wysoką cenę" - pisał. Przyznał, że tego typu zjawisko ma miejsce w wielu częściach Europy.

Zaznaczył, że nie uważa się za bohatera. Przypomniał, że przez większość życia starał się, aby Polacy czuli się dumni ze swojej wojennej historii. "Dopiero gdy w ostatnich latach zauważyłem, jak duma zamienia się w zadufanie, a zadufanie w użalanie się nad sobą i agresję, uświadomiłem sobie, jak błędne było przemilczanie niektórych sytuacji, których byłem świadkiem".

Przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a prezydent Bronisław Komorowski wręczył mu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Czytaj także: