Śledztwo w sprawie konia z Morskiego Oka umorzone. Policja pomyliła świadka

Koń upadł w drodze z Morskiego Oka w lipcu
Koń upadł w drodze z Morskiego Oka w lipcu
Źródło: Marek Rabiasz
Policja pomyliła świadka w sprawie upadku konia na drodze z Morskiego Oka, prokurator tego nie zauważył. Sprawa, zamiast trafić do sądu, została umorzona - donosi "Gazeta Krakowska". Od decyzji prokuratora odwołało się Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami.

W lipcu Między Wodogrzmotami Mickiewicza a leśniczówką Wanta koń upadł na drogę. Zwierzęciu pomogli turyści, którzy odciągnęli pojazd. Po chwili Jawor wstał. Całemu zdarzeniu przyglądał się Marek Rabiasz, który zrobił zdjęcie leżącego na asfalcie konia.

- Właśnie mijała mnie ta bryczka w drodze do Morskiego Oka, gdy usłyszałem łoskot upadającego konia. Kolana konia oraz bok były zbroczone krwią. Łańcuch, do którego było przywiązane chomąto, zawinął się na dyszlu i leżącemu już koniowi wrzynało się w krtań. Z krtani wydobywało się przeraźliwe charczenie duszącego się konia - mówił po zdarzeniu w rozmowie z portalem tvn24.

"On zdjęcia nie zrobił"

Dzięki jego fotografii o całym zajściu dowiedziało się TTOnZ, które złożyło zawiadomienie do prokuratury o znęcaniu się nad zwierzętami. Kilka dni temu sprawa została jednak umorzona.

W uzasadnieniu tej decyzji przeczytać można, że przesłuchany Marek Rabiasz zeznał, że to pomyłka, bo on nigdy nie był nad Morskim Okiem i zdjęcia nie zrobił - pisze "Gazeta Krakowska".

Turysta w rozmowie z dziennikarzami gazety zapewnił, że całe zdarzenie widział i był jego świadkiem. - Nigdy też w związku z tą sprawą nie byłem przesłuchiwany przez policję - podkreślił Rabiasz.

Imię i nazwisko się zgadzały

Zdaniem "Gazety Krakowskiej" za rozbieżność między tym, co mówi turysta, a tym, co jest w prokuratorskich dokumentach odpowiedzialni są policjanci z Bukowiny Tatrzańskiej, którzy mieli przesłuchać turystę. Pytania rzeczywiście zadali Markowi Rabiaszowi, tylko nie temu, który na zdjęciach uwiecznił całe zajście, ale przypadkowemu mężczyźnie o tym samym imieniu i nazwisku.

Policjantów nie zdziwił fakt, dlaczego autor fotografii, który udzielił kilku wypowiedzi dla prasy, nagle miałby twierdzić, że nie jest autorem kluczowego zdjęcia.

- Osoba zgłaszająca świadka podała tylko jego imię i nazwisko, bez adresu zameldowania - tłumaczy w rozmowie z "Gazetą Krakowską" Roman Wieczorek, rzecznik prasowy policji w Zakopanem.

Jest odwołanie

Błąd policjantów mogła naprawić jeszcze prokuratura. Jednak prokurator prowadzący sprawę nie miał żadnych zastrzeżeń do pracy policjantów i zeznania zaakceptował. - Jeśli ktoś nie zgadza się z ustaleniami, ma prawo złożyć zażalenie na decyzję o umorzeniu śledztwa - wyjaśnienia Zbigniew Lis, szef Prokuratury Rejonowej w Zakopanem.

TTOnZ już złożyło odwołanie od decyzji prokuratora.

Autor: mmw/gp / Źródło: Gazeta Krakowska

Czytaj także: