Ulica Jagiellońska przy przystanku Batalionu Platerówek na Pradze-Północ. To tam 12 sierpnia 2022 roku doszło do tragicznego wypadku z udziałem tramwaju starego typu 105N, jadącego w kierunku pętli Żerań FSO. Czteroletnie dziecko zostało przytrzaśnięte drzwiami, tramwaj ciągnął chłopca wzdłuż torowiska kilkaset metrów. Czterolatka nie udało się uratować, zmarł. Do tragedii doszło w momencie, kiedy dziecko wysiadało razem z babcią z ostatniego wagonu.
Po prawie dwóch latach dobiega końca proces motorniczego Roberta S., którego prokuratura oskarża o to, że "umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym oraz przepisy instrukcji dla pracowników Tramwajów Warszawskich i nieumyślnie spowodował wypadek ze skutkiem śmiertelnym".
"Nie ulega wątpliwości, że oskarżony nie dostosował się do przepisów"
We wtorek jako pierwszy przed sądem swoją mowę wygłosił prokurator Łukasz Zubrzycki. - Wszyscy uczestnicy ruchu drogowego mają pewne obowiązki, fundamentalny jest obowiązek zachowania ostrożności. On jest w przypadku niektórych manewrów dość szczegółowo opisany w prawie o ruchu drogowym, na czym owa ostrożność polega. W tym przypadku konkretnym są to przepisy szczególne, obowiązujące motorniczych. To są przepisy wewnętrzne. Nie ulega żadnej wątpliwości, że oskarżony nie dostosował się do nich - mówił.
Prokurator wniósł o uznanie Roberta S. za winnego i wymierzenie mu kary sześciu lat pozbawienia wolności oraz zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na okres 4 lat i zasądzenie kosztów postępowania.
"To nie był, jak wiadomo, pierwszy kurs pana S."
Następnie w sprawie głos zabrał oskarżyciel posiłkowy, pełnomocnik rodziny tragicznie zmarłego chłopca, mecenas Tadeusz Wolfowicz.
- Orzecznictwo sądów i doktryna wypracowały trójczłonowy zestaw okoliczności prawie zupełnie wyjaśniający mechanizm wypadków drogowych. Ten zestaw tworzą warunki drogowe i atmosferyczne oraz oceny sprawności pojazdów i wreszcie postawy i reakcje osób kierujących. Najczęściej motywem niebezpieczeństwa na drodze są wady człowieka. Można to określić nieco górnolotnie: niedoskonałość jego kondycji - zaczął Wolfowicz.
Mecenas wskazał, że po dokładnym śledztwie wyeliminowano jakikolwiek wpływ babci chłopca na przebieg wypadku. Jego zdaniem kobieta próbowała pomóc czterolatkowi. - Próby obarczenia odpowiedzialnością karną, winą opiekunki za śmierć jej wnuka, budzą zdecydowaną opozycję oskarżyciela posiłkowego. Te działania chciałbym określić jako nieudolne i zmierzające do uniknięcia odpowiedzialności karnej przez oskarżonego - skwitował.
I dodał: - Jaka postawa pani D. miałaby się przyczynić do tego zdarzenia? Co jeszcze miałaby uczynić ta kobieta w tej sytuacji? W mojej ocenie niczego nie zaniedbała.
Pełnomocnik rodziny przywołał następnie analizę jednego z biegłych, według której motorniczy miał możliwość zauważenia wysiadającego dziecka z tramwaju, widoczność nie była ograniczona. Jego zdaniem oskarżony doskonale znał konstrukcję oraz charakterystykę systemów tramwajów typu 105N, zaś sam pojazd był sprawny i odpowiednio przygotowany do jazdy.
- To nie był, jak wiadomo, pierwszy kurs pana S. Był on doświadczonym motorniczym, a wizualizacja i zgromadzony materiał wskazują, że niedostrzeżenie tej dramatycznej sytuacji z 12 sierpnia tkwi wyłącznie w braku należytej obserwacji, należytej koncentracji przez prowadzącego tramwaj - mówił Wolfowicz.
Oskarżyciel posiłkowy zarzucił motorniczemu "nieprawidłowe i niewystarczające obserwowanie przestrzeni w obszarze drzwi i nieupewnienie się, czy przestrzeń wokół tramwaju pozwala na bezpieczne ruszenie i w efekcie niedostrzeżenie dramatycznej sytuacji".
Ciągłe telefony i 1,5 sekundy obserwacji
Mecenas wskazał, że po analizie rozmów telefonicznych oskarżonego okazało się, iż "takie zdarzenie było nieuniknione prędzej czy później".
- Jeżeli podczas wykonywania obowiązków zawodowych oskarżony S. korzysta ze swojego telefonu komórkowego po 50, 40, 30 czy 20 minut, to jak zachowane są w tym czasie jego obserwacja i jego uwaga? - pytał retorycznie Tadeusz Wolfowicz, przywołując, że w latach 2016-2022, nie wliczając w to zdarzenia z sierpnia, S. spowodował trzy kolizje z innymi pojazdami.
Oskarżyciel posiłkowy przypomniał analizę zapisów rozmów telefonicznych oskarżonego, z których wynika, że S. o godz. 11.37 rozmawiał z żoną prawie 40 sekund, po czym zadzwonił do osoby zlecającej mu usługę w zakresie mechaniki pojazdowej. Miało to miejsce zaledwie 15 sekund przed postojem na przystanku, gdzie zatrzymał się na 12 sekund.
- Po zamknięciu drzwi oskarżony poświęcił na obserwację, czy może ruszyć bezpiecznie z przystanku niespełna półtorej sekundy - mówił Wolfowicz. - A już w ciągu jedenastu czy dwunastu sekund po rozpoczęciu jazdy oskarżony znów odebrał telefon od osoby, do której półtorej minuty wcześniej usiłował się dodzwonić - dodał.
Mecenas przywołał zeznania jednego ze świadków, który wskazywał, że motorniczy miał powiedzieć, iż przez telefon rozmawiał, ale uważał. - Niezliczone rozmowy telefoniczne były przyczyną braku należytej koncentracji i obserwacji prowadzącego tramwaj i w efekcie źródłem tragedii - uznał mecenas.
Zdaniem oskarżyciela posiłkowego, wina S. nie budzi wątpliwości, jednak zakres kary mecenas pozostawił sądowi.
Wtorkową rozprawę zakończyła mowa końcowa obrońcy oskarżonego Roberta S., który przekonywał, że biegli nie mieli pewności co do przebiegu zdarzenia i nie ma jednoznacznego wyjaśnienia okoliczności tragedii. - Kto z nas odpowie na pytanie: czy opiekunka chłopca trzymała go za rękę, czy się odwróciła, czy pomagała mu wysiadać - pytał Robert Ofiara, obrońca motorniczego.
I kontynuował: biegły nie potrafił powiedzieć, kiedy sygnał zamykania drzwi się rozpoczął. Powiedział tylko, że razem z zamknięciem drzwi ustał sygnał. Ale nie jesteśmy w stanie ustalić, co się działo z panią Marią i z dzieckiem po zamknięciu drzwi.
Jego zdaniem kobieta z tramwaju wysiadała w ostatniej chwili, gdy pojawił się już sygnał ostrzegawczy zamykania drzwi. - Najbardziej tragiczna jest perspektywa dziecka. Dziecko stoi przed wysokimi stopniami i na końcu jeszcze trzeba dać duży krok. Dziecko mogło się przestraszyć, nie wiedziało, co zrobić, czy iść za babcią, czy nie. Ta perspektywa dziecka jest tragiczna - mówił adwokat.
Zdaniem obrony, Tramwaje Warszawskie dokładnie wiedzą, że typ pojazdów 105N jest niebezpieczny, a mimo tego cały czas tego rodzaju składy jeżdżą po warszawskich ulicach. - To jest kwestia czasu, że będzie następny taki wypadek - padło przed sądem.
Obrońca przekonywał, że wypadek dotknął nie tylko rodziców i babcię tragicznie zmarłego czterolatka, ale także motorniczego. - Ten wypadek zmienił jego życie, zmienił osobowość. Pan Robert S. nigdy nie podniesie się już z tego wypadku - argumentował. - Jak pan Robert S. trafi do więzienia w takim stanie, w jakim jest, to jest duże prawdopodobieństwo, że stanie się tragedia. Robert S. poniósł już karę - dodał.
Do tych słów odniósł się Tadeusz Wolfowicz. - Ekstremalnym argumentem jest próba porównania dramatu rodziców chłopca i oskarżonego S. - skomentował wypowiedź obrońcy oskarżyciel posiłkowy.
Obrona zaproponowała, aby pokrzywdzeni z roszczeniami zgłosili się do Tramwajów Warszawskich zamiast do oskarżonego, wówczas - zdaniem obrońcy, może poprawić się bezpieczeństwo składów, którymi podróżują mieszkańcy Warszawy.
Oskarżony S. nie przyznał się do winy i skorzystał z przysługującego mu prawa do odmowy składania zeznań. Na początku procesu przeprosił rodzinę zmarłego chłopca. - Jest mi bardzo przykro, że doszło do tego wypadku. Bardzo przepraszam - mówił. Na wtorkowej rozprawie nie był obecny na sali sądowej. Nieobecna była także rodzina zmarłego chłopca.
Prawie dwa lata procesu. Siedmiu biegłych, blisko 30 świadków
Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga-Północ skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Robertowi S. w czerwcu 2023 roku. Śledczy podali, że materiał dowodowy wskazuje na to, iż w trakcie jazdy "motorniczy korzystał z telefonu i słuchawek, nieprawidłowo obserwował zdarzenia zachodzące w obrębie ostatnich drzwi, a po zamknięciu drzwi nie upewnił się, czy ruszenie z przystanku nie spowoduje zagrożenia dla pasażerów wysiadających i znajdujących się na przystanku. Na ocenę sytuacji wokół tramwaju poświęcił zbyt mało czasu".
Proces ruszył w kwietniu 2024 roku. W sprawie powołano siedmiu biegłych i ponad trzydziestu świadków. Motorniczy odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Wyrok ma zapaść jeszcze w lutym.
Autorka/Autor: Alicja Glinianowicz
Źródło: tvnwarszawa.pl
Źródło zdjęcia głównego: Mateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl