Komentują "karkołomny" ślizg Polaka. "Nie mogę uwierzyć, że mu się udało"

Sochowicz zostawił wizjer w szatni
Sochowicz: duży pech. Maska mi wypadła
Źródło: tvn24
Bohater z przypadku. O Mateuszu Sochowiczu, polskim saneczkarzu, który pędził po olimpijskim torze bez specjalnej osłony, pisze się nie tylko w Polsce, ale też w amerykańskich serwisach. Nietypowy przejazd skomentował m.in. jego kolega po fachu. - To było przerażające, a on nic sobie z tego nie robił - przyznał Chris Mazdzer, który na torze w Pjongczangu wyślizgał sobie srebro.

"Olimpijski saneczkarz stracił wizjer. Bez niego przetrwał karkołomny zjazd w mroźnych warunkach" - napisano w relacji. W Stanach przytaczają ją między innymi serwisy internetowe popularnych gazet - "Chicago Tribune" i "Washington Post".

"Czy można zrobić na igrzyskach coś bardziej szalonego niż pędzić w dół oblodzoną rynną z prędkością 140 kilometrów na godzinę? Tak, zrobić to bez maski ochraniającej twoje oczy. Dobrze, że Polak Mateusz Sochowicz miał na sobie pozostałą część swojego kasku" - dodano.

Spadł na torbę

Co się stało z maską zwaną wizjerem? - Po prostu wypadła mi, to był duży pech. Było bardzo zimno na starcie. Kiedy chciałem zapiąć swoje buty startowe, schyliłem się. Spadł mi kaptur, a kaptur spadł, ściągając mi wizjer. Spadł na torbę. Gdyby spadł gdziekolwiek indziej, to usłyszałbym i podniósł - wyjaśniał już po ślizgu w rozmowie z TVN24 Mateusz.

Polaka śmiało można nazwać gapą, ale odwagi odmówić mu nie wypada. Warto wspomnieć, że w Korei panują polarne warunki, nawet jak na olimpijskie standardy. Wiatr wpadający na odsłoniętą twarz zawodnika musiał być okropnie zimny. - Ta odsłona jest potrzebna, zwłaszcza gdy jest tak zimno. Nie tylko pomaga w zachowaniu aerodynamiki, ale też wycisza ogromny hałas. Jeśli wystawisz głowę, jadąc samochodem 120 kilometrów na godzinę, po prostu nie będziesz w stanie go prowadzić - zobrazował wszystko Amerykanin Chris Mazdzer.

"Nic sobie z tego nie robił"

Sensacyjny srebrny medalista sobotniego wyścigu był pod wrażeniem tego, co zrobił Sochowicz. - Nie mogę uwierzyć, że mu się to udało. Szczególnie w tych okropnych warunkach. To było przerażające, a on nic sobie z tego nie robił. To jak podczas zjazdu alpejczyków. Zasady są takie: nie musisz mieć osłony, ale jest to wskazane - tłumaczył.

Sochowicz, dopiero 21-latek, debiutuje na igrzyskach. Zapewnił, że na panikę w krytycznym momencie nie było czasu. Nawet się nie zastanawiał, czy zrezygnować ze startu.

- Dostrzegłem dopiero na starcie. Sięgając po wizjer, okazało się, że go nie ma. Trzeba było improwizować. Starałem się zachować zimną krew. Nie było wiele czasu na myślenie i pojechałem - opowiadał.

To się zdarza saneczkarzom

"To się zdarza saneczkarzom"

Na finał nie wystarczyło

Jego czas - 2.26,180 nie dał mu awansu do czwartego, finałowego ślizgu. Z lepszym rezultatem zjechał drugi z Polaków. Maciej Kurowski zajął 19. miejsce, z którego był zadowolony. Zwyciężył Austriak David Gleirscher.

Autor: TG / Źródło: washingtonpost.com

Czytaj także: