Raciąż. Mała miejscowość na północnym zachodzie Mazowsza. 100 kilometrów od Warszawy, 40 kilometrów od Płocka. Kilka ulic z zabytkową zabudową, mały rynek i neogotycki kościół św. Wojciecha. Raz do roku odbywa się tam Jarmark Raciąski, promujący lokalną kulturę i rzemiosło, ale na co dzień cisza, spokój, monotonia.
Nieco ponad cztery tysiące mieszkańców, wszyscy się znają - przynajmniej z widzenia. Mówią sobie "dzień dobry" na porannych zakupach, witają skinieniem głowy na niedzielnej mszy i wymieniają plotkami na lokalnym targowisku.
Zadzwonił na 112, powiedział, że zabił dwie osoby
Spokój został jednak przerwany w środę, 18 lutego, przez dźwięk syren w radiowozach. Karetka pogotowia i policja zjawiły się późnym wieczorem przed piętrowym domem na jednej z ulic.
Chwilę wcześniej na numer alarmowy 112 zadzwonił młody mężczyzna. - Zabiłem dwie osoby, proszę przyjechać - powiedział.
Była godzina 22.40.
Funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce, zastali 29-latka przed domem. Mężczyzna był trzeźwy, nie stawiał oporu, dobrowolnie oddał się w ręce policjantów.
W budynku policjanci znaleźli ciała dwóch starszych osób: 72-letniej kobiety i 86-letniego mężczyzny - babci i dziadka mężczyzny, który powiadomił służby. Mieszkali razem w jednym domu.
Prokuratura poinformowała, że na miejscu zbrodni zabezpieczono "liczne ślady kryminalistyczne", w tym przedmioty, które prawdopodobnie posłużyły do popełnienia morderstwa. - Są to narzędzia ostrokrawędziste, tępokrawędziste, jak również rąbiące, jak określa je kryminalistyka i medycyna sądowa - wskazał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Płocku Bartosz Maliszewski. Dodał, że ofiarom zadano rany cięte, rąbane i tłuczone.
Według nieoficjalnych informacji, ciała miały zostać rozczłonkowane. Śledczy nie potwierdzili tego wprost. - Były na kilku kondygnacjach, dlatego oględziny trwały długo. Było kilka pomieszczeń do oględzinowania i zabezpieczenia śladów - przyznał prokurator Maliszewski.
Sąsiedzi podawali w mediach, że gdy zobaczyli w nocy przed domem państwa G. radiowozy, czuli, że zdarzyło się coś strasznego. Mieli rację. - W horrorach takich rzeczy się nie ogląda - mówi nam jedna z mieszkanek Raciąża, spotkana na ulicy.
Do makabrycznej zbrodni doszło w szarym dwupiętrowym domu. Na pierwszy rzut oka - niczym się nie wyróżnia. Ale drzwi frontowe oklejono taśmą z napisem "policja". Jeszcze kilka dni temu żyli za nimi 72-letnia Danuta, 86-letni Andrzej i ich 29-letni wnuk Aleksander.
Danuta znana była lokalnej społeczności. Była przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich, organizowała wycieczki dla seniorów, była też skarbnikiem - zbierała pieniądze na wspólne wyjazdy. Andrzej dawniej zajmował się naprawą sprzętu AGD, uchodził za zaradnego i pracowitego. - Sam ten dom postawił, o podwórko dbał - mówią sąsiedzi.
Wcześniej mieszkał z nimi także o kilka lat młodszy brat Aleksandra. Chłopak miał jednak wyjechać z Raciąża na studia, ostatnio nie był widywany na miejscu. Według mieszkańców, w przeciwieństwie do Aleksandra, który miał problemy z nauką, młodszy z wnuków państwa G. w szkole radził sobie nieźle, ale "strasznie chuliganił".
Po jego wyjeździe z dziadkami został Aleksander.