Całą noc odbierali psy, aktywiści o "tragicznym procesie". "Kilka godzin czekaliśmy na mrozie"
Jak poinformowało w niedzielę biuro prasowe wojewody mazowieckiego, po zamknięciu schroniska "Happy Dog" w Sobolewie gmina "ewidencjonowała i przekazywała 146 pozostałych w schronisku psów do schroniska w Wojtyszkach, prowadzonego przez Instytut Ochrony Zwierząt Sp. z o.o.".
Zakończona akcja w Sobolewie
Spółka Instytut Ochrony Zwierząt powiązana jest z Dolnośląskim Inspektoratem Ochrony Zwierząt, czyli organizacją prozwierzęcą, której przedstawiciele odbierali w sobotę i niedzielę zwierzęta z Sobolewa. Wraz z nimi na teren zamkniętego schroniska przedostały się też osoby prywatne, które zabierały psy do własnych domów.
Jak czytamy w przesłanym nam w niedzielę komunikacie Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego, "akcja przekazania zwierząt trwała nieprzerwanie od popołudnia w sobotę" i "odbyła się na podstawie postanowienia Powiatowej Inspekcji Weterynarii o odbiorze psów i kotów właścicielowi schroniska".
"Nadzór nad procesem przekazywania zwierząt do innego schroniska miała policja i Powiatowy Inspektorat Weterynarii, trwa wypełnianie ostatnich ewidencji dotyczących stanu zdrowia przy przejęciu zwierząt i spisywanie ich numerów czipów" - podkreślono.
W komunikacie czytamy też, że "kierownik delegatury w Siedlcach, na polecenie wojewody mazowieckiego była obecna przy przekazywaniu ostatnich zwierząt". "Dokładny raport po zdarzeniu przekaże wojewodzie Gmina Sobolew i Powiatowy Inspektorat Weterynarii w nadchodzących dniach" - zaznaczono.
Zamknięcie schroniska w Sobolewie
O zamknięciu schroniska poinformowali w sobotę po godzinie 15 premier Donald Tusk oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. W tym czasie pod bramą schroniska zebrali się miłośnicy zwierząt, oprócz osób prywatnych również przedstawiciele organizacji prozwierzęcych, którzy domagali się poprawy warunków życia dla psów w schronisku.
Grunt, na którym znajduje się schronisko, należy do gminy. Dzierżawca, czyli prowadzący schronisko, został oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami. Proces trwa wiele lat. Wielokrotnie mieszkańcy i aktywiści, również w sobotę, apelowali do wójta Sobolewa Macieja Błachnio o rozwiązanie umowy z nim.
Spontanicznie zabierali psy
W sobotę miłośnicy zwierząt w pewnym momencie sforsowali płot i zaczęli spontanicznie zabierać psy. Mimo obecności policji akcja była chaotyczna.
"W przestrzeni publicznej od wczoraj ogrom osób zadaje pytanie: Dlaczego psy były wydawane bez żadnych procedur? Zgodzę się, każda adopcja powinna być przemyślana i odpowiedzialna - nigdy nie zmienię zdania, chodzi o dobro psa. Muszę jednak stanąć w obronie ludzi, którzy wczoraj przedarli się przez sobolewskie płoty" - napisał w mediach społecznościowych zaangażowany w ochronę praw zwierząt poseł Lewicy Łukasz Litewka. Stwierdził on, że ludzie "wynosili je (psy - red.) bo nie wyobrażali sobie by te zwierzęta zostały tam jeszcze nawet jedną noc".
"Udało się je wyrwać z piekła"
Po uspokojeniu sytuacji na miejscu pozostały organizacje prozwierzęce, które jeszcze w nocy i nad ranem w niedzielę zabierały psy ze schroniska. Oprócz DIOZ-u na miejscu obecni byli przedstawiciele m.in. Fundacji dla Szczeniąt Judyta i Pogotowia dla Zwierząt i OTOZ Animals Warszawa.
"Jest chwilę przed 4 nad ranem, a my wciąż walczymy. Jesteśmy w klinice z psami, które wspólnie z organizacjami prozwierzęcymi udało się wyrwać z piekła Sobolewa. Zmęczenie nie ma znaczenia - najważniejsze, że te skrzywdzone zwierzaki są już bezpieczne i pod opieką specjalistów. Przed nami długa noc, ale dla nich to pierwszy dzień nowego, lepszego życia" - napisali aktywiści z OTOZ Animals Warszawa.
"Kilka godzin na mrozie czekaliśmy na wydanie psów"
Psy ze schroniska w Sobolewie, które zabraliśmy, są wylęknione i wymagają pracy z człowiekiem - powiedziała Agnieszka Wójcik prezes Fundacji Po Ludzku dla Zwierząt "Przyjazna Łapa". Przedstawiciele tej organizacji także brali udział w sobotniej interwencji w tym schronisku.
Prezes fundacji, która była na miejscu w trakcie interwencji, oceniła, że proces wydawania psów był tragiczny.
- Kilka godzin na mrozie czekaliśmy na wydanie psów. Urzędnicy chyba specjalnie przeciągali ten proces. Żadnej umowy nie było przygotowanej, inwentaryzację rozpoczęli od sprzętu i karmy, a ludzie, i przede wszystkim psy, czekały i marzły - powiedziała.
Dodała, że jak już w końcu można było zabierać psy, to zgasło światło i nie było praktycznie nic widać.
- To nawet nie chodziło o nas, o ludzi, głównie to chodziło o zwierzęta. Oni nie robili nam na złość, bo my byśmy trzy dni jeszcze siedzieli, jakby trzeba było, tylko oni robili na złość zwierzętom - podkreśliła.
Opowiedziała, że psy w boksach były bardzo wylęknione, niektóre agresywne. - Widziałam psa, który tak się bał ludzi, że schował się pod deskami, w ziemi i strasznie piszczał. Niektóre psy podchodziły do krat, a inne chowały się, dosłownie wciskały się w ścianę. One nie były agresywne, one się po prostu panicznie bały - powiedziała.
Przekazała też, że obok boksów leżały poobgryzane drewniane kije, co - według niej - może świadczyć, że psy były nimi odpędzane.
Fundacja zabrała z Sobolewa dwa średniej wielkości psy: czarnego samca w wieku około sześciu lat i podobną do lisa brązowawą suczkę w wieku lat dziewięciu.
Psy zostały zawiezione do całodobowej lecznicy w Lublinie i tam przebadane. - W poniedziałek będziemy je przewozić do nas, do puławskiej lecznicy, żeby mieć nad nimi tutaj kontrolę. No i szukamy im domów - dodała.
- Oba psy są bardzo wylęknione, wymagają pracy z człowiekiem, ale nie wykazują cienia agresji. Teraz szukamy im domów, tymczasowych i stałych. Pomożemy z dowozem w każde miejsce - podkreśliła Agnieszka Wójcik.
"Wszystkie działania prowadzone są z zachowaniem obowiązujących przepisów oraz z troską o dobro zwierząt" - zapewniła mazowiecka policja w komunikacie.
***
Aktywiści zapowiedzieli, że w niedzielę wieczorem zostanie podana dokładna lista zwierząt przejętych przez wszystkie organizacje.