Prezydent najwyraźniej nie zrozumiał (wersja rządu) bądź nie dostał założeń (wersja Pałacu) rządowych planów, bo w piątek poparł kandydaturę premiera Danii na stanowisko szefa NATO. I od tego czasu obie strony przerzucają się ostrymi słowami na temat tego, kto jest winien błędom w komunikacji. Zbigniew Chlebowski powiedział nawet, że za działanie wbrew stanowisku rządu Lech Kaczyński powinien znaleźć się przed Trybunałem Stanu. Schetyna w „Kropce nad i" odciął się od tej wypowiedzi.
- To były emocjonalne słowa, nie będzie stawiania prezydenta przed trybunałem – zapewnił. Przyznał jednak, że obie strony popełniły błąd nie rozmawiając przed szczytem. - Źle się stało, że się premier z prezydentem nie spotkali. To kwestia gry zespołowej i wzajemnego zaufania. Udało się przy okazji koalicji klimatycznej, teraz się nie udało – z żalem stwierdził Schetyna.
"Można było więcej wygrać dla Polski"
Zdaniem wicepremiera większość winy za kompromitacje polskie dyplomacji na szczycie w Strasburgu i następujący po niej festiwal wzajemnych oskarżeń ponosi prezydent i jego otoczenie. Schetyna powtórzył argumenty rządu: urzędnicy głowy państwa dostali instrukcję, która była nie „luźnymi notatkami, tylko podstawową informacją przed szczytem”, do tego Radosław Sikorski przeprowadził z Lechem Kaczyńskim „długą rozmowę w samolocie”, a wreszcie prezydent o pierwszej w nocy dzwonił nie do szefa rządu, tylko do pracowników jego kancelarii.
"Chodziło o pozostanie w grze"
- Można było więcej wygrać dla Polski, gdyby prezydent od początku nie deklarował poparcia dla Rasmussena. Niepotrzebnie zabrał głos na początku spotkania, jeszcze przed tureckim wetem – argumentował.
"Prezydent nie podjął walki "
Na pytanie Moniki Olejnik, po co Polsce był sprzeciw wobec murowanego kandydata, który miał poparcie najważniejszych państw NATO, Schetyna odparł: - Wiele rzeczy można było ugrać. Być w grze, mieć możliwości rozmowy. Turcja wiele ugrała. A prezydent odpuścił sprawę, nie podjął walki – ocenił wicepremier.
kaw//mat
Źródło: TVN24, PAP