W środku nocy czteroletni Gabryś odczuł gwałtowny ból głowy, potem nastąpiły drgawki i wymioty. Rodzice natychmiast zadzwonili na pogotowie, ale akurat był "długi weekend", więc nie było tam żadnego lekarza. Dowiedzieli się, że będzie dopiero następnego dnia rano. Dyspozytorka uspokoiła rodziców, że taki ból się zdarza - to normalna sytuacja.
Jednak, wobec pogarszającego się stanu dziecka i nalegań rodziców karetka w końcu przyjechała i dziecko trafiło do szpitala w Tomaszowie Lubelskim. Chłopiec był już w bardzo ciężkim stanie. Matka Gabrysia spędziła w szpitalu całą noc, jego ojcu nie pozwolono. O godz. 7 rano dziecko zmarło.
Rodzice Gabrysia za śmierć swojego syna obwiniają lekarzy. Ci jednak nie mają sobie nic do zarzucenia. Andrzej Kaczor, dyrektor szpitala, lekarz patamorfolog orzekł, że powodem śmieci dziecka był krwotok do pnia i do móżdżku. - Nie było szans w żadnym miejscu, w żadnym ośrodku na uratowanie tego dziecka, można podejrzewać tętniaka lub wadę wrodzoną - mówi dr Kaczor.
Źródło: tvn24