W środę tybetański powiat Gyirong i nepalski dystrykt Rasuwa nawiedziły powódź błyskawiczna i osuwiska. Żywioł był na tyle potężny, że zdewastował całe miejscowości i przyczynił się do śmierci setek osób. Jak podała stacja BBC, z danych nepalskiej policji udostępnionych około godziny 16 czasu lokalnego (w Polsce była wtedy godz. 12.30) wynika, że w katastrofie zginęło co najmniej 547 osób. Wcześniej lokalny portal Kathmandu Post przekazywał, że bilans ofiar wzrósł do 489. Po chińskiej stronie granicy potwierdzono śmierć pięciu osób.
BBC przytoczyła szacunki Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca (IFRC), według których katastrofa ze środy mogła dotknąć około 93 tysięcy osób.
W piątek chińskie ministerstwo zasobów wodnych ostrzegło, że utworzony u zbiegu nepalskich rzek zbiornik zaporowy zaczął pękać. Ze względu na bezpieczeństwo służb akcja ratunkowa po obu stronach granicy została wstrzymana na kilka godzin. Gdy sytuacja się poprawiła, ratownicy wznowili pracę.
Dramatyczna sytuacja na miejscu
Jak zauważył dziennik "The Kathmandu Post", zwłoki ofiar wyławiane są z rzek dziesiątki kilometrów od miejsca katastrofy, między innymi w dystryktach Chitwan i Nawalparasi. Doszczętnemu zniszczeniu uległy drogi, przeprawy mostowe i okoliczne osady, a to powoduje ogromne problemy logistyczne.
Szpitale i kostnice w wielu dystryktach są przepełnione. W Chitwanie, gdzie wyłowiono dotąd 186 ciał, placówki medyczne dysponują miejscami dla około 50 zmarłych. Władze adaptują na tymczasowe kostnice nieużywane budynki i sale gminne, wykorzystując suchy lód do konserwacji zwłok. Sytuacja wygląda podobnie w Pokharze. Ciała są transportowane między dystryktami.
Wielkim wyzwaniem staje się identyfikacja ofiar, do której wykorzystuje się zdjęcia, odciski palców i testy DNA. Rodziny zaginionych przybywają do przepełnionych ośrodków w poszukiwaniu informacji o swoich bliskich.
Powódź w Nepalu. Zaginieni
Łącznie w Nepalu zaginęły 1924 osoby. W piątek przed południem czasu lokalnego tamtejszy rząd opublikował listę 537 zaginionych obywateli innych krajów, głównie Indii. Kilka godzin później przekazano, że udało się uratować ponad stu obcokrajowców.
W środę polskie MSZ poinformowało, że służby nie posiadają informacji o Polakach, którzy mieliby ucierpieć w wyniku powodzi w Nepalu.
Rodziny liczą na cud
Nepalczycy, których rodziny znajdowały się na terenie zalanym przez niszczycielską powódź, non stop sprawdzają wiadomości. Mieszkająca w Katmandu Asmita Dahal opowiadała stacji CNN, że jej rodzina liczy na to, że zdarzy się cud i jej 21-letni brat Suman Dahal się odnajdzie. Młody mężczyzna pracuje dla biura organizującego pielgrzymki na górę Kajlas. - Martwimy się, że jego autobus mógł zostać porwany przez powódź - mówiła. Ostatnie słowa, jakie brat skierował do niej w środę, brzmiały: "do zobaczenia rano".
Radość panuje wtedy, kiedy z biura premiera Nepalu płyną wiadomości takie jak ta, że z tunelu w pobliżu rzeki Trishuli uratowano 350 osób. Byli to pracownicy elektrowni wodnej oraz lokalni mieszkańcy.
Mieszkańcy, którzy pozostali na terenach dotkniętych przez żywioł, obawiają się o swój los. Arjun Poudel, dziennikarz Kathmandu Post, opisywał, że zdewastowana została cała infrastruktura - nie ma prądu, sygnału telefonicznego ani internetu. Fala wody i błota porwała także drogi i mosty.
- Jeśli ktoś teraz zachoruje, to chyba będzie musiał umrzeć w domu - powiedział jeden z mieszkańców regionu. - Jak w ogóle można ich zawieźć do szpitala? Nie ma drogi. Nie ma mostu. Żaden pojazd nie może się przemieścić - dodał.
Oberwanie się czoła lodowca
Do katastrofy doszło rano na granicy Tybetu z Nepalem. Początkowo twierdzono, że niszczycielską powódź wywołało trzęsienie ziemi. Analiza zdjęć satelitarnych Planet Labs wskazuje jednak, że tragedię bezpośrednio poprzedziło oberwanie się potężnego masywu lodowego. - Potwierdzono, że znaczna część czoła lodowca zawaliła się. W trakcie obrywu porwała ze sobą ogromne ilości skał i osadów - ocenił profesor Gupta z Uniwersytetu Sikkim, ekspert ds. geologii inżynieryjnej.
Amerykańska służba geologiczna USGS podała, że osuwisko wywołało wstrząs sejsmiczny o magnitudzie 5,2 oraz doprowadziło do gwałtownych powodzi błyskawicznych niosących gruz, które spłynęły dolinami po obydwu stronach granicy.
Potężna fala powodziowa doprowadziła do ogromnych zniszczeń. Wśród najbardziej dotkniętych regionów znalazły się tybetański powiat Gyirong oraz nepalski dystrykt Rasuwa. Żywioł zrównał tam z ziemią całe wioski. Skalę katastrofy widać na nagraniach wykonanych przez świadków. Nepalskie Ministerstwo Zasobów Wodnych poinformowało, że woda zniszczyła hydroelektrownie, drogi i mosty, przez co w regionie doszło do przerw w dostawach prądu.
Osady "zmiecione z powierzchni ziemi"
W Nepalu z powodu żywiołu ucierpiały szczególnie obszary Syapru Besi i Timure w dystrykcie Rasuwa, zamieszkanym przez około 50 tysięcy osób. Władze wezwały mieszkańców okolic rzeki Bhote Koshi, by ewakuowali się na wyżej położone tereny.
- Osady położone nad rzeką zostały całkowicie zmiecione z powierzchni ziemi. Pięciu moich krewnych zaginęło - powiedział jeden z lokalnych ratowników.
- Członkowie mojej rodziny zostali porwani przez wodę na moich oczach - mówiła w rozmowie z BBC Kalpana Malla z nepalskiego dystryktu Nuwakot. Opowiadała, że nurt porwał jej ojca, matkę, siostrę oraz dzieci siostry. - Nie mieli szans na ucieczkę przed powodzią. Nie było żadnych szans. Woda zabrała wszystko. Ja i mój syn wdrapaliśmy się na dach domu i przeżyliśmy, choć nie potrafię wyjaśnić jak.
- To była potężna fala błota pędząca prosto na nas. W miarę jak się zbliżała, pięła się coraz wyżej. Gdy zobaczyłem, że wdziera się do naszego domu, próbowałem chwycić żonę za rękę i wyprowadzić ją na taras. Ale porwało ją błoto - powiedział Reutersowi Keshav Prasad Baral, 68-letni ocalały. - Cztery czy pięć godzin później przyleciał po mnie śmigłowiec. Moja żona wciąż jest gdzieś pod warstwą błota. Już jej nie ma - dodał.
- Mówiąc szczerze, uważam, że już ich z nami nie ma. Musimy zaakceptować to, co się stało, ponieważ przydarzyło się nie tylko nam - powiedział BBC Pramod Poudel, którego żona, mama, wujek i brat mają status zaginionych.
Relacja pilota helikoptera
CNN w środę zacytowała pilota helikoptera, który obserwował powódź z powietrza. Według jego szacunków fale mogły mieć nawet pięć do sześciu metrów wysokości.
- Około pięciu minut przed lądowaniem zobaczyliśmy kurz unoszący się znad rzeki [...] Na pierwszy rzut oka wyglądało to po prostu na osuwisko - opisywał Aman Budathoki, dodając, że po chwili zauważył pełną gruzu wodę powodziową. [...] Zaczęliśmy krążyć wokół wiosek i widzieliśmy, jak porywane są wielkie drzewa i pojazdy. To była przerażająca sytuacja. Próbowaliśmy nawet przez jakiś czas gonić powódź, żeby ocenić skalę zniszczeń - dodawał. Jak przyznał, nigdy nie był świadkiem "takiego rozkwitu" potęgi natury.