Ania Rusowicz: kto chce słuchać o styranych matkach-artystkach?

TVN24

Ania Rusowicz: dawniej byłabym spalona na stosie za moje myśliWydawnictwo Agora
wideo 2/36

Ludzie nie chcą wiedzieć, że mamy ciężko albo tak samo jak oni. Chcą myśleć, że nasze dzieci wychowują niańki, a my tylko leżymy i dziecko jest donoszone do karmienia - mówi Ania Rusowicz w rozmowie z tvn24.pl. - A przecież, gdy pojawia się na świecie, to masz godzinę na napisanie tekstu i wracasz do pieluch. Masz dwadzieścia minut, żeby pograć na instrumencie, bo zaraz biegniesz dalej. To jest skomplikowane, ponieważ sztuka nie znosi takiego traktowania.

Ania Rusowicz - autorka tekstów, kompozytorka, wokalistka. Zadebiutowała w 2005 roku z zespołem Dezire, a sześć lat później jako solistka wystąpiła z repertuarem swojej mamy Ady Rusowicz, piosenkarki związanej z zespołem Niebiesko-Czarni. Choć bigbit ciągle jest jej bliski, Ani Rusowicz udało się stworzyć własną markę, a na rynku ukazał się niedawno jej czwarty album studyjny pod tytułem "Przebudzenie".

Estera Prugar: Twoja nowa płyta nosi tytuł "Przebudzenie". Bo to twój powrót do natury?

Ania Rusowicz: Nie wracam do natury, bo jestem zawsze blisko niej. Jest dla mnie niezwykle ważna i gdybym tylko miała taką możliwość, to mieszkałabym jeszcze bliżej lasu, niż mieszkam i dalej od cywilizacji. Ale z racji tego, że mam małe dziecko i zawód taki, a nie inny, muszę być blisko miasta.

To twoja pierwsza płyta, którą stworzyłaś już po urodzeniu syna.

Kiedy rodziłam Tytusa wydałam jeszcze innym album, to był "niXes" – moje alter ego. Taka w sumie płyta ciążowa.

Macierzyństwo wpłynęło na twoją twórczość?

Wywołało u mnie jeszcze większą dyscyplinę w sprawach artystycznych, bo oddawanie się sztuce wymaga pełnego zaangażowania. Dziecko sprawia, że nie ma już tej swobody obcowania ze sztuką, bo nie masz na to czasu. Przychodzisz trochę, jak do roboty, uczy się rzemiosła. Nie miałam aż tyle czasu, żeby skupić się na tekstach i myśleniu o tym, jak to ma wyglądać. Wcześniej miałam przestrzeń, a kiedy pojawia się dziecko, to masz godzinę na napisanie tekstu i potem wracasz do pieluch. Masz dwadzieścia minut, żeby pograć na instrumencie, bo zaraz biegniesz dalej. To jest bardzo skomplikowane, ponieważ sztuka nie znosi takiego traktowania. Nie jest pracą fizyczną lub biurową. Potrzebuje oddania.

Ania Rusowicz: musiałam upchnąć w dobie czas na dziecko i pisanie
Honorata Karapuda

Jak podołałaś wyzwaniu?

Było po prostu trudniej. Musiałam się przestawić. Upchnąć w dobie czas na dziecko i pisanie, łączenie tego wszystkiego. Cholernie trudne. Dopiero teraz połączyłam się z artystkami, które mają rodziny, bo to zazwyczaj dotyka jednak bardziej kobiet-artystek. Ktoś kiedyś powiedział, że artystami mogą być samotni, bezdzietni faceci i tak jest. Wtedy możesz być artystą - w pełnym wymiarze oddawać się sztuce.

Jednak łączenie tego z rodziną, to zupełnie inna bajka. Kobiety, które śpiewają, same piszą, produkują, mają dzieci… A dochodzą do tego jeszcze dzisiejsze standardy: musisz pięknie wyglądać, udawać, że w ogóle się nie starzejesz i do tego ciąża nic ci nie zrobiła, bo oczywiście najlepiej, żebyś miała super figurę i płaski brzuch. Cały czas publikując na Instagramie jakie masz super życie. Od kobiet dużo się wymaga.

Wspominasz o tym w piosence "Baba".

Ten tekst napisała Natalia Grosiak. Zadzwoniłam do niej i powiedziałam, że nie dam rady. Odpowiedziała: wiem, byłam na tym etapie i teraz jeszcze nie, ale za chwilę będziesz dawać radę. Ona też dopiero teraz "wygrzebuje się" z macierzyństwa. Jej dziewczynki mają więcej lat niż Tytus, i Natalia o tym mówi, na przykład w piosence "Tak mi się nie chce".

Kiedy zadzwoniłam, mówiąc: ratuj, bo ja nie ruszę tej płyty, wyjaśniła, żebym nie brała na siebie wszystkiego. Napisała dla mnie ten tekst i od tego czasu we mnie też się coś odblokowało. Zwróciłam się o pomoc do artystki-kobiety, która przed chwilą przeżywała to samo, co ja. W naszej rozmowie zgodziłyśmy się, że jest za dużo presji i zastanawiałam się, dlaczego się o tym nie mówi?

No właśnie, dlaczego?

O tym się nie mówi w mediach. Ludzie nie chcą wiedzieć, że my mamy ciężko albo tak samo jak oni. Chcą myśleć, że nasze dzieci wychowują niańki, a my tylko leżymy i dziecko jest donoszone do karmienia. Kto chce słuchać o zapracowanych matkach-artystkach? Styranych, które pomiędzy praniem, sprzątaniem i zmianą pieluch jeszcze piszą teksty. To nie jest atrakcyjne kulturowo. W dzisiejszych czasach każdy chce widzieć artystki, jako ikony, które są pewnymi ideałami. Kobiety-artystki posiadające dzieci decydują się na naprawdę duże wyzwanie.

Słuchając twojej muzyki i tego, co mówisz, kilka osób mogłoby cię nazwać czarownicą.

No, tak. Dawniej byłabym spalona na stosie za moje odważne myśli… Zresztą, co to znaczy odważne. One nie są odważne, po prostu jestem obserwatorem rzeczywistości i lubię ją widzieć w wielu barwach. Nie chcę wypierać pewnych wątków tylko dlatego, że tak jest wygodniej. Z wykształcenia jestem psychologiem, więc skoro mam narzędzia do prowadzenia takich obserwacji, nazywania tego, co widzę, to je wykorzystuję. Również przy pisaniu.

Natomiast, faktycznie, pokazywanie ludziom pewnych aspektów rzeczywistości, których oni nie chcą dostrzegać – jak, na przykład w piosence "Do lasu", w której mówię o Instagramie - nie jest fajne. Nie jest fajne, bo wskazuję na uzależnienie od aplikacji. Nikt nie chce tego wiedzieć. Ludzie chcą myśleć, że to jest super i żeby im tego nie zabierać.

Myślisz, że faktycznie nie wiedzą czy ignorują?

Myślę, że nie wiedzą. Wydaje mi się, że to jest jeszcze zbyt nowoczesna historia, żeby dostrzegać zagrożenia płynące z internetu. Na razie to jest wyidealizowane. Dopiero za jakiś czas społeczeństwo dojrzeje do tego, aby patrzeć na to również pod kątem tych bardziej negatywnych aspektów.

Już w tej chwili – oczywiście nikt o tym głośno nie mówi – jest naprawdę duża ilość samobójstw wśród młodych ludzi spowodowanych tym, że nie mają wystarczającej liczby "lajków".

Przy wydawaniu płyt, social media zdają się być koniecznym narzędziem promocji. To jest dla ciebie trudne?

Tak. Bardzo się z tym kłóciłam, ale w tej chwili używam tego przedmiotowo i machinalnie do promocji swojej muzyki, bo nie mam takiej możliwości, aby być artystką promowaną przez wielkie korporacje – nie mam twarzy na każdej okładce ani nie gram w serialu.

Długo szukałam sposobu na to, aby nadać tej działalności w social mediach jakiś sens i to, co próbuję robić, to pokazać to, do czego, na przykład początkowo służył Instagram – miał służyć do tego, aby móc pokazywać swoją sztukę. Nie chodziło o "selfiaczki" i "sweet focie". Nie po to został wymyślony.

Z wieloma wynalazkami zresztą tak było – dynamit również nie został wymyślony do tego, do czego jest używany. Piszę aforyzmy, które chowam do szuflady i dopiero koleżanka mi podpowiedziała: zrób z tego kulturę obrazka. Także próbuję nadać temu jakieś znaczenie, aby nie było to tylko takie zwykłe promowanie własnej osoby: patrzcie jakie mam życie! Jeśli już to robię, to staram się mieć poczucie jakiejś misji – niech idzie za tym dobra treść.

Rozmawiam z wieloma artystami i część z nich czuje się obarczona tym obowiązkiem. Z drugiej strony, ktoś mógłby powiedzieć: nie rób tego, jeśli ci to przeszkadza, ale tak wygląda dzisiejszy świat. Tupanie nogami nic nie zmieni. Ja jestem elastyczna. Staram się dopasować świat do siebie, ale również siebie do świata.

Jaki przekaz jest dla ciebie najważniejszy?

Tak naprawdę pielęgnowanie własnej duchowości zaprowadzi nas w dobrą stronę. Zwrócenie się ku sobie – własnemu umysłowi i duszy – powoduje rozwój. Dzisiejszy świat pędzi i my trochę porzucamy siebie samych, wchodząc w świat wirtualny. Gdyby zastanowić się nad głębszym sensem naszego istnienia, to my je oddajemy za darmo, na korzyść tego, co jest w internecie. Wydaje mi się, że kontakt z własnym "ja" zawsze wywołuje wzrastanie i wtedy zaczynamy się budzić. Doświadczamy oświeceń.

Ania Rusowicz: pielęgnowanie własnej duchowości zaprowadzi nas w dobrą stronę
Honorata Karapuda

Obserwujesz również to, co dzieje się w polityce?

Ta strona mnie coraz mniej obchodzi. To już mi nic nie daje, żadnej wartości. Oczywiście, zwrócę się ku temu, jeśli zacznie mi proponować coś, co spowoduje, że poczuję się lepiej jako człowiek – jakieś idee. Gdyby w tej chwili powstał ruch taki, jak ten hippisowski z lat 70., to jak najbardziej. Czekam na ten czas i uważam, że on przyjdzie. Ludzie się ockną i zacznie im przeszkadzać to, co się dzieje.

Już w tej chwili, chociażby ruch eko, który dopiero raczkuje, a może być dobrym wyzwalaczem. Jeszcze musimy poczekać, bo Polacy na razie nie odczuli tego na własnej skórze, zresztą cały świat ma podobnie. Ale kiedy się wyjeżdża… Jakiś czas temu pływałam w Oceanie Indyjskim i byłam przerażona, gdy zobaczyłam tam tonę śmieci. Uświadomiłam sobie, że to jest realne. A ludzie kompletnie nie maja tej świadomości i działają bezmyślnie – pakujemy jedną cytrynę w worek foliowy. Wystarczy spojrzeć ile śmieci każdy z nas codziennie produkuje. Natomiast faktycznie ludzie zaczynają widzieć, że na przykład niezdrowa żywność ma na nich realny wpływ i powoduje choroby, więc idą do sklepu i szukają zdrowego jedzenia.

W tej chwili jest to być może jeszcze forma mody, jeszcze nie jest to ten moment buntu i wyjścia na ulice, by krzyczeć, że nie chcemy tak żyć, chcemy oddychać zdrowym powietrzem, a wy nas trujecie i na to się nie godzimy.

Sama musiałaś do tego dojrzeć?

Nie musiałam. Mam własne dynie, pomidory i ujęcie wody. Staram się generować jak najmniej plastiku i śmieci. Przetwarzam różne rzeczy. Sama robię swoje meble, maluję je ekologicznymi farbami. Nie wyrzucam ich, tylko jeśli coś mi się znudzi, to biorę farbę kredową i przemalowuję. Zanoszę ubrania do krawcowej lub sama je przerabiam. Wydaje mi się, że o to chodzi w życiu, aby zacząć od tych małych, codziennych nawyków.

Autor: Estera Prugar