11 listopada w Warszawie doszło do zamieszek. Udział w nich brały zarówno obóz narodowy, jak i lewicowy. Do tego dołączyli zwykli chuligani, szukający okazji do bójki. W środku tego zamieszania byli dziennikarze, którzy relacjonowali przebieg wydarzeń.
Uczestnicy zajść wielokrotnie kierowali swoją agresję w kierunku przedstawicieli mediów. - Najczęściej wtedy, kiedy nie było nikogo innego do zaatakowania. Po prostu gdy nie było tam policjantów lub zwolenników innych opcji politycznych, wtedy ktoś zawsze wypatrzył, że jest tam kamera, jest tam mikrofon - mówi Leszek Dawidowicz, reporter TVN24.
W kierunku dziennikarzy sypały się przekleństwa, byli poszturchiwani, a czasem bici. Kilku straciło cenny sprzęt. Zniszczono też kilka samochodów należących do mediów.
"Nie podoba się jak relacjonujemy to, co widzimy. No, ale my to widzimy"
Dlaczego uczestnicy zajść skierowali swoją agresję na media? - Warto, żeby to nie było tak, że stacje telewizyjne czy dziennikarze przerzucają odpowiedzialność na innych. Warto się czasem zastanowić, czemu niektórzy dziennikarze w Polsce wzbudzają takie emocje i oczywiście nie chodzi o ich samych, ale o to, jaką linię prezentuje ich redakcja - twierdzi Adam Hofman z PiS.
Krytyka dziennikarzy dobiega nie tylko z prawicy. - Sama informacja dotycząca tego, co naprawdę się działo była fałszywa. Przez cały dzień funkcjonowało coś takiego, co nazywało się kaczką dziennikarską - oskarża Kazimiera Szczuka z "Krytyki Politycznej".
- Im nie podoba się jak relacjonujemy to, co widzimy. No, ale my to widzimy, przecież nie wymyśliłem tego styliska od siekiery znalezionego na placu Konstytucji, tylko tam je znalazłem - mówi Tomasz Skory, dziennikarz RMF FM.
Źródło: tvn24