Spór o otwarte drzwi pilotów

 
W środę przedstawiono raport ws. katastrofy Tu-154
Źródło zdj. gł.: TVN24
Według Międzypaństwowego Komitet Lotniczego badającego katastrofę prezydenckiego samolotu, drzwi do kabiny pilota Tu-154 były podczas lotu otwarte. Eksperci zajmujący się lotnictwem są podzieleni co do tego, czy ma to jakiekolwiek znaczenie.

W środę Międzypaństwowy Komitet Lotniczego (MAK) przedstawiła wstępny raport ze śledztwa dot. katastrofy w Smoleńsku. Wykluczono, by przyczyną tragedii był atak terrorystyczny, wybuch, pożar na pokładzie samolotu, awaria techniki czy źle przygotowane lotnisko. MAK wskazał natomiast, że załoga Tu-154 nie przechodziła regularnych ćwiczeń oraz została sformowana kilka dni przed katastrofą.

Komisja poinformowała, że na czarnych skrzynkach zapisały się głosy dwóch osób spoza załogi, według ustaleń jeden z nich należał do gen. Andrzeja Błasika.

"Pilot nie miał prawa ulec naciskom"

Ekspert lotniczy Tomasz Hypki uważa, że jednym z kluczowych wniosków, nasuwających się po wstępnym raporcie ws. katastrofy w Smoleńsku jest to, że kabiny pilotów w samolotach przewożących vipów powinny być bezwzględnie zamykane.

- Dopóki nie zmądrzeją politycy odpowiedzialni za swoje zachowania na pokładzie tych samolotów, to trzeba pilotów po prostu przed nimi chronić - podkreślił Hypki w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Ekspert podkreślił, że pilot powinien zachować się zgodnie z procedurami. - Nie miał prawa ulec żadnym naciskom. Powinien być tak wyszkolony, że jeśli ktoś do niego się zwrócił, powinien powiedzieć - "ja jestem dowódcą, ja podejmuję decyzję, w tych warunkach nie będę lądować" - zaznaczył ekspert.

"Otwarte drzwi - to bez znaczenia"

Zupełnie inne zdanie na temat przyczyn katastrofy ma redaktor naczelny "Skrzydlatej Polski" Grzegorz Sobczak. Uważa on, że fakt czy drzwi do kabiny pilotów były otwarte czy nie - nie ma żadnego znaczenia. - Mówi się o tym w kontekście ewentualnych nacisków, ale nawet obecność osoby obcej nie musi powodować żadnego zagrożenia dla lądowania - stwierdził.

"Zignorowano wszystkie procedury"

Jak dodał Hypki, informacja o tym, że pilot wiedział, iż jest za nisko na 18 sekund przed katastrofą, świadczy o "zignorowaniu przez niego wszystkich procedur, przepisów i nie przejmowaniu się informacjami jakie dostaje". Dodał, że był to wystarczający czas na poderwanie maszyny.

- 18 sekund to jest bardzo dużo. Samolot leciał 300 km/h. Pilot mógł wszystko jeszcze zrobić i nie zrobił nic. To świadczy o tym, że cały ten system odpowiedzialny za szkolenia [pilotów wojskowych - red.], porządek, dyscyplinę nie sprawdził się. Od ministra Obrony Narodowej począwszy - ocenił Hypki.

Jego zdaniem, wpływu na decyzję pilota nie mogło mieć też zmienne ukształtowanie terenu. - Nie na 18 sekund przed. Poza tym, on powinien znać ukształtowanie lotniska. Powinien nauczyć się go przed lotem na pamięć - dodał ekspert.

"Raport potwierdza najgorsze przypuszczenia"

Hypki zauważył, że informacje przedstawione w środę przez komisję "potwierdzają wszystkie najgorsze przypuszczenia, dotyczące przeszkolenia pilotów w polskim wojsku" oraz to, że po katastrofie CASY w Jarosławcu w 2008 r., nie wyciągnięto żadnych wniosków.

- Wojskowi piloci, jeśli korzystają z lotnisk cywilnych i latają według regulaminów latania pasażerskiego, powinni być szkoleni z procedur cywilnych, tak jak piloci cywilni. Powinni m.in. latać odpowiednią ilość godzin fizycznie i na symulatorach, uczyć się, jak się zachować w sytuacjach awaryjnych, szkolić w zakresie odporności na wpływy zewnętrzne. Oni takich szkoleń nie mają, uczą się jedynie przebywać w powietrzu - wyjaśnił Hypki.

Podkreślił też, że załoga powinna ze sobą dłużej latać i nie powinna zamieniać się miejscami, gdyż rola każdego z jej członków jest inna. "Tylko zgranie załogi daje odpowiedni rezultat" - dodał, odnosząc się do wypowiedzi członków komisji, że załoga samolotu była kompletowana na kilka dni przed wylotem do Smoleńska.

Przyrządy jednak nieprawidłowo działały?

Sobczak podważa też tezę MAK, by przyrządy w samolocie pracowały prawidłowo. - Wtedy pilot wiedziałby, że schodzi poniżej poziomu lotniska, czego pod żadnym pozorem nie wolno mu było robić - powiedział i dodał: Nie sądzę, żeby pilot ryzykował do tego stopnia - zaznaczył.

Zdaniem Sobczaka wskazania wysokościomierza mogły być nieprawidłowe. Wyjaśnił, że pomiar wysokości odbywa się na podstawie ciśnienia w atmosferze. Jeżeli faktyczna wysokość ciśnienia jest inna niż ta, na podstawie której był ustawiany wysokościomierz - wskazania wysokości mogą być nieprawidłowe.

Przy ustawianiu wysokościomierza podawane było ciśnienie z lotniska w Smoleńsku. Pytany, czy mogło się zdarzyć, że podawana przez kontrolerów pilotom wysokość ciśnienia była inna niż faktycznie w momencie lądowania Sobczak powiedział: "kontrolerzy mogli podać jakie ciśnienie było w danym regionie na podstawie poprzedniego badania. W ciągu kilku godzin mogło dojść do gwałtownej zmiany ciśnienia.

Źródło: PAP, tvn24.pl

Czytaj także: