Przyszłość nadjechała po cichu. Co więc tu robi DiCaprio?

Pomysł na Formułę E zrodził się w głowie hiszpańskiego polityka-wizjonera Alejandro Agagi
Pomysł na Formułę E zrodził się w głowie hiszpańskiego polityka-wizjonera Alejandro Agagi
Źródło: GettyImages
Zaczęło się od szalonej wizji spisanej na serwetce w restauracji. Karkołomny pomysł w ciągu kilku lat przerodził się w duży biznes i spektakularne widowisko. Wyścigi elektrycznych bolidów Formuły E w centrach największych światowych metropolii przyciągają coraz więcej widzów, a krajobraz sportów motorowych już nigdy nie będzie wyglądał jak dawniej.

Kiedy mówimy o autach elektrycznych, entuzjastom stanie przed oczami milion takich pojazdów na ulicach polskich miast, obiecanych przez premiera Mateusza Morawieckiego. Bardziej powściągliwi zobaczą elektryczne wózki krążące nieśpiesznie po polach golfowych. Dlatego jednym z głównych zadań Formuły E, czyli profesjonalnych zawodów elektrycznych wyścigówek, jest uświadomienie fanom motoryzacji, że taki stereotyp jest już dawno nieaktualny. W weekend na ulicach Rijadu w Arabii Saudyjskiej można oglądać 24 samochody topowych producentów z całego świata, a za ich kierownicami o tytuł mistrzowski ścigają się jedni z najlepszych kierowców świata. Ruszył właśnie szósty sezon Formuły E.

video-1901792

Elektryczne samochody wyścigowe mogą zaskakiwać pod każdym względem – mają kosmiczny wygląd, rozwijają prędkość 280 km/h i rozpędzają się do setki w mniej niż 3 sekundy, nie wydzielając przy tym żadnych spalin. Na wyścigi pojedziemy bez zatyczek do uszu, bo te auta są ciche – przy poziomie 80 decybeli cichsze na przykład od miejskich autobusów, które codziennie mijają nas na ulicach.

Nie brak krytyków, według których E zabija prawdziwego ducha motoryzacji i wyścigów, którego znakiem rozpoznawczym jest ryk silnika i zapach paliwa. Jest jednak faktem, że coraz większe znaczenie zawodów Formuły E wymusiło na dużych koncernach podążanie za ekologicznymi trendami. Do wyścigów dołączyły największe światowe marki, jak: Audi, Renault, Mercedes czy Porsche, znane do tej pory z superszybkich aut drogowych i wyścigowych, które z ekologią i elektrycznością nie mają za wiele wspólnego.

Biznes wyczuły tu nie tylko wielkie koncerny, ale też wielkie gwiazdy. Współzałożycielem zespołu Venturi jest Leonardo DiCaprio, który ponadto zasiada w komisji zrównoważonego rozwoju. Nagrał też film dokumentalny o Formule E pt. "And We Go Green". Na premierze był obecny między innymi jego przyjaciel z Hollywood Orlando Bloom, który w ubiegłym roku świętował swoje urodziny na torze Formuły E w Marrakeszu, a w prezencie dla siebie postanowił przejechać się – i przy okazji rozbić – elektrycznym samochodem wyścigowym. Nie można zapominać o byłym mistrzu świata Formuły 1 Nico Rosbergu, który zainwestował w serię i angażuje się w organizację ekologicznych targów.

Pomysł na serwetce

Pomysł na Formułę zrodził się w głowie hiszpańskiego polityka-wizjonera Alejandro Agagi. W marcu 2011 roku Agag podjął temat na kolacji z prezydentem Międzynarodowej Federacji Samochodowej (FIA) Jeanem Todtem w paryskiej restauracji Le Stresa.

– Formuła E zrodziła się z potrzeby rynku – wyjaśniał wówczas Alejandro Agag. – Pracując w Formule 1, próbowałem sprzedać pakiet sponsorski dużej firmie przemysłowej. Wycofali się z rozmów, a szef tej firmy pokazał mi historię wewnętrznych e-maili, z których wynikało, że świat idzie w kierunku promowania ekologii i nie mogą utożsamiać się z formą rywalizacji, gdzie dominują silniki spalinowe. Pomyślałem wtedy, że mamy problem, ale jeśli stworzymy "zielony" wyścig, to możemy odnieść sukces komercyjny. W marcu 2011 roku spotkałem się na kolacji z prezydentem FIA Jeanem Todtem i zaczęliśmy rozmawiać o samochodach elektrycznych. Stwierdził, że FIA powinna coś zrobić w tym kierunku i stworzyć mistrzostwa. Od razu zgłosiłem się na promotora – opowiadał Agag.

Szybko pojawił się pierwszy problem. Dystans. Wyścigi były zdecydowanie za długie, aby przejść w pełni na napęd elektryczny. – Technologia nie była wtedy doskonała – auta elektryczne mogły jeździć maksymalnie 25 minut na jednym ładowaniu. Stwierdziliśmy więc, że wykorzystamy dwa auta w trakcie jednego wyścigu. Cały pomysł został spisany na serwetce, która wisi teraz oprawiona w ramkę nad stolikiem w Le Stresa – wspomina Agag.

Aby wcielić swoją wizję w życie, Hiszpan założył Formula E Holdings, a następnie zlecił obecnemu szefowi Saubera, Frédéricowi Vasseurowi, zbudowanie samochodu wyścigowego. By stworzyć odpowiednie auto, powołano firmę Spark Racing Technologies, która do dzisiaj buduje maszyny Formuły E. Kontrakt FIA mówił o organizacji pierwszego wyścigu w 2013 roku, lecz były to zbyt optymistyczne założenia i debiut trzeba było odłożyć o rok.

– To było ogromne wyzwanie. Nie było silników czy akumulatorów, a w dodatku nikt w nas nie wierzył. Stworzyliśmy jednak ten samochód i daliśmy w ten sposób ludziom coś namacalnego, by ich przekonać, że to możliwe – z dumą opowiada Agag.

W maju 2014 roku ponad 40 aut Formuły E pierwszej generacji ruszyło w drogę do zespołów rajdowych. Nosiły one oznaczenie Spark SRT_01E, a w pierwszym sezonie wszystkie ekipy zobowiązane były do wyposażenia ich w jednakowe silniki produkcji McLarena. Akumulatory o wadze 320 kilogramów wystarczały zaledwie na pół godziny ostrej jazdy, w związku z czym maksymalna moc 200 kW (około 270 KM) była dostępna tylko w kwalifikacjach, a w wyścigu ograniczono ją do 150 kW (około 200 KM).

W sezonie 2015/2016 dopuszczono stosowanie w pojazdach zmodyfikowanych układów napędowych i jezdnych. Aby koszty nie wymknęły się spod kontroli, a producenci skupili swoje starania na tworzeniu bardziej wydajnych silników, organizatorzy zdecydowali o zachowaniu jednakowych dla wszystkich baterii. Z tych samych powodów zespoły nie mogły ingerować w konstrukcję samochodu czy modyfikować nadwozia, by poprawić aerodynamikę.

Londyn, Miami, Nowy Jork

Auto to jednak nie wszystko, a seria potrzebowała odpowiedniej oprawy. Agag wiedział, że musi zacząć spektakularnie, inaczej Formuła E zakończy swój żywot tak szybko, jak zaczęła istnieć. Wyścigi zaplanowano więc w prestiżowych lokalizacjach – w centrach takich światowych metropolii, jak: Londyn, Miami, Nowy Jork, Berlin czy Rzym. Pierwszy sukces można było ogłosić, gdy na początku września 2014 roku na terenie parku olimpijskiego w Pekinie zbudowano tor okrążający słynny basen Water Cube.

Na pierwszy wyścig Formuły E wszyscy czekali z dużym zainteresowaniem. Jednym z głównych powodów była znakomita stawka kierowców, składająca się w dużej części z gwiazd długodystansowych mistrzostw świata i byłych kierowców Formuły 1. Inauguracyjna runda odbyła się na wspominanym już torze w parku olimpijskim w Pekinie i została zapamiętana głównie ze względu na spektakularną kolizję w ostatnim zakręcie pomiędzy walczącymi o zwycięstwo Nicolasem Prostem i Nickiem Heidfeldem.

Obaj nie dojechali do mety, dając w prezencie wygraną Lucasowi di Grassiemu. Brazylijczyk zdobyłby również tytuł w pierwszym sezonie, gdyby nie wykluczenie z rundy w Berlinie, gdzie jego zwycięskie auto nie przeszło badania technicznego. Pierwszym mistrzem został jego rodak Nelson Piquet Jr., pokonując Sébastiena Buemiego zaledwie jednym punktem.

video-1901701

Świat zachwycał się elektrycznymi wyścigami, ich pomysłodawca nie mógł jednak w pełni cieszyć się sukcesem, bo holding znajdował się na krawędzi upadku.

– Niewiele brakowało, abyśmy zbankrutowali. Żyliśmy na krawędzi, a nikt nie mógł o tym wiedzieć, bo gdyby ta informacja dotarła do pracowników, wszyscy by odeszli. W pewnym momencie mieliśmy 25 milionów dolarów długu wobec dostawców, a na koncie tylko 100 tysięcy dolarów – przyznaje Agag.

W najważniejszym momencie projekt uratowali z opresji nowi inwestorzy. – Od tego momentu seria osiągnęła stabilność finansową i stała się sukcesem biznesowym. Sukces polegał nie tylko na tym, że zainwestowano w nas pieniądze, ale również na tym, jak postrzegają nas ludzie. Na początku nikt nie chciał się z nami związać, bo wątpiono, czy utrzymamy się na rynku. Gdy jednak za naszymi plecami stanęły duże korporacje, ludzie uwierzyli, że zostaniemy na dłużej – pojawili się sponsorzy, a producenci samochodów zaczęli traktować nas poważnie – cieszy się Agag.

Na razie nic nie wskazuje na to, aby ścieżka sukcesu miała się skończyć. Po kilku latach intensywnego wzrostu Formuła E zaczyna przynosić zyski, a do stawki dołączyli inni światowej klasy producenci– Audi, BMW, DS, Mahindra, NIO, Nissan i Jaguar.

Do tego grona w sezonie 2019/2020 dołączyli Porsche oraz Mercedes i to właśnie niemieckie zespoły skupiają na sobie największą uwagę. Marka ze Stuttgartu zaangażowała weterana Formuły E André Lotterera oraz gwiazdę wyścigów prototypów Neela Janiego. Mercedes postawił z kolei na dwójkę młodych kierowców: byłego kierowcę McLarena w Formule 1 Stoffela Vandoorne’a oraz tegorocznego mistrza Formuły 2 Nycka de Vriesa.

Najważniejszym transferem sezonu było przejście António Félixa da Costy z fabrycznego zespołu BMW do mistrzowskiego DS Techeetah, gdzie stworzył duet kierowców wspólnie z Jeanem-Érikiem Vergne – nie tylko aktualnym, ale również pierwszym dwukrotnym mistrzem w historii Formuły E. Groźni jak zawsze będą reprezentujący Audi Lucas di Grassi oraz kierowca Nissana Sébastien Buemi. Nie można również zapominać o takich kierowcach, jak Sam Bird z Virgin Racing, Jérôme d’Ambrosio z Mahindry czy Alexander Sims z BMW.

Fanboost i tryb ataku

Od poprzedniego sezonu 2018/2019 cała stawka ściga się samochodami drugiej generacji – Spark SRT05e. Głównym założeniem przy jego projektowaniu było, by kierowca nie musiał zmieniać auta w trakcie wyścigu. Nadwozie jest bardziej wydajne aerodynamicznie, a mimo podwojenia pojemności masa baterii wzrosła tylko o 20 procent. Osiągi znacznie się poprawiły za sprawą podniesienia mocy do 250 kW (335 KM) w trybie kwalifikacyjnym oraz 200 kW (około 270 KM) w trybie wyścigowym.

Nowy samochód wygląda bardzo futurystycznie m.in. za sprawą rezygnacji z tylnego skrzydła na rzecz dużego, generującego docisk pod samochodem dyfuzora. W celu poprawy aerodynamiki zabudowano koła, co zachęciło kierowców do bardziej agresywnej i kontaktowej jazdy, a światełka LED umieszczone na elemencie chroniącym głowę kierowcy informują fanów o tym, czy zawodnik ma do dyspozycji więcej mocy od swoich rywali poprzez tzw. tryb ataku czy Fanboost.

Co to za systemy? O ile wiele serii wyścigowych pozwala skorzystać ze zwiększonej mocy silnika przez krótki czas, w Formule E działa to nieco inaczej. Zamiast nacisnąć w dowolnym momencie przycisk na kierownicy, zawodnik musi przejechać przez wyznaczoną na torze strefę. Aktywuje w ten sposób tryb ataku, dający mu dodatkowe 35 kW (47 KM) mocy na kilka minut. Użycie systemu jest obowiązkowe, a ilość aktywacji i czas trwania są ustalane przed każdym wyścigiem z osobna.

Fanboost natomiast to budzący kontrowersje system polegający na internetowym głosowaniu. Przed każdą rundą seria uruchamia platformę, na której fani mogą wybierać swojego ulubionego kierowcę, a pierwsza piątka z największą liczbą głosów jest nagradzana kilkusekundowym dostępem do dodatkowych 40–50 kW mocy. Jest to sprytny zabieg mający zachęcić kierowców do tego, by ci starali się zdobywać nowych fanów i zachęcać ich do oglądania wyścigów Formuły E. Kierowcy podjęli wyzwanie, zespół Mahindry wpadł chociażby na pomysł zasadzenia drzewa za każdy głos oddany na ich kierowców.

Wyścig z gepardem

Takich ekologicznych smaczków jest zdecydowanie więcej, bowiem Formuła E od samego początku przoduje w organizacji zawodów w sposób odpowiedzialny dla środowiska. Promując ekologiczną motoryzację, seria nie może pozwolić sobie na ładowanie samochodów "z sieci", prądem niewiadomego pochodzenia. Energia w Formule E produkowana jest więc na miejscu, z ekologicznego paliwa glicerynowego.

Do poruszania się po terenie wokół toru wykorzystuje się tylko skutery lub rowery elektryczne, zużyte opony i akumulatory są poddawane recyklingowi, a fani po wejściu na tor otrzymują bukłaki na wodę i mogą za darmo korzystać ze stacji ich napełniania. Do absolutnego minimum ogranicza się również wykorzystanie plastikowych opakowań w strefach gastronomicznych, aby padok nie pozostawiał po sobie zbyt wielu śmieci. Dlatego miasta chętnie goszczą u siebie elektryczną serię wyścigową, zwłaszcza że mają z tego wymierne korzyści – na potrzeby zawodów często naprawiane są drogi czy powstaje nowa infrastruktura, a w ramach kampanii promocyjnej jeden z partnerów serii zadeklarował zainstalować ponad 7000 stacji ładowania samochodów elektrycznych.

Po weekendzie w Arabii Saudyjskiej kierowców Formuły E czeka prawie dwumiesięczna przerwa – kolejne wyścigi odbędą się dopiero po Nowym Roku na ulicach Santiago oraz na znanym z Formuły 1 torze w Meksyku. Na wiosnę zaplanowano wyścigi w Rzymie, Paryżu, Seulu i Dżakarcie, a sezon zakończą letnie wyścigi w Berlinie i Nowym Jorku, wielki finał zaś odbędzie się w ostatni weekend lipca w Londynie, na wyjątkowym, częściowo zadaszonym torze na terenie doków królewskich.

Polscy kibice będą mieli najlepszą okazję, aby zobaczyć wyścig Formuły E na własne oczy 21 czerwca, podczas rundy na byłym lotnisku Tempelhof w Berlinie. Inaczej niż w przypadku innych serii na tamtejsze wyścigi Formuły E można wybrać się stosunkowo tanio, ze względu na lokalizację – komunikacja zbiorowa zabierze nas z lotniska niemal pod samo wejście, a ponieważ cała runda jest rozgrywana w jednym dniu, nie trzeba nawet korzystać z rozwiniętej bazy noclegowej. Po obejrzeniu treningów na kwalifikacje i wyścig trzeba będzie poczekać tylko kilka godzin.

Ponadto bilet wstępu daje dostęp do pełnej atrakcji strefy fanów, gdzie widać zaangażowanie producentów w promocję elektrycznej motoryzacji. Oprócz organizatorów również marki rywalizujące w wyścigach mają sporych rozmiarów stoiska, gdzie prezentowane są najnowsze, ekologiczne modele samochodów, a także rozwiązania związane z motoryzacją jutra. Od tego roku przy okazji rundy w Berlinie organizowane są również targi Greentech, gdzie można np. spróbować żywności ekologicznej czy pozyskiwanej z odpowiedzialnych upraw, otrzymać sadzonki roślin czy przekonać się, ile energii moglibyśmy wygenerować, montując odpowiedni mechanizm na zwykłej huśtawce.

Teamy też angażują się w pomoc środowisku. Przodują tutaj aktualni mistrzowie z DS Techeetah, współpracujący z Sanktuarium Dużych Kotów (The Big Cat Sanctuary) w angielskim Smarden, które dba o zagrożone gatunki, zapewniając im możliwie najlepsze warunki do życia i rozmnażania. Oba samochody ekipy były w poprzednim sezonie nazwane na cześć dwóch gepardów żyjących w tym ośrodku: Keene oraz Bajrami. Zespół regularnie przekazuje ośrodkowi dotacje pochodzące ze sprzedaży pakietów VIP. Nagłośniana jest w ten sposób konieczność zapewnienia odpowiednich warunków życia zagrożonym gatunkom. Zespół organizuje w sanktuarium większość swoich sesji zdjęciowych, nakręcił też film promocyjny, w którym samochód Formuły E ścigał się z gepardem.

video-1901723

Formuła E z każdym miesiącem i z każdym sezonem stawia sobie za cel być bardziej eko. Oprócz rywalizacji na torach w centrach miast, chce pokazać kibicom, jak można pomóc planecie. Podczas wyścigów można spotkać wolontariuszy z organizacji ekologicznych, którzy alarmują, że nasza planeta jest zalewana plastikiem, a niektóre gatunki zwierząt stoją na progu całkowitego wyginięcia.

****

Jeżeli nie możecie być na torze w Berlinie, najlepszym miejscem do śledzenia rywalizacji Formuły E są kanały stacji Eurosport lub platforma Eurosportplayer, które pokażą wszystkie sesje kwalifikacyjne oraz wyścigi sezonu 2019/2020.

Autor: Roksana Ćwik

Czytaj także: