Polski dostawca chemikaliów dla Andersa Breivika mógł pomóc mu w przeprowadzeniu zamachu w Oslo — taką hipotezę bada prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Polskie służby podejrzewają, że Łukasz M. mógł widzieć się z norweskim zamachowcem na terenie Szwecji, a do jednego ze spotkań miało dojść tuż przed zamachem.
Z ustaleń dziennikarzy TVN wynika, że eksperci ABW odzyskali z komputerów Łukasza M. dane, które uprawdopodobniły podejrzenia, że wrocławianin odegrał w sprawie Breivika o wiele poważniejszą rolę niż sam to przedstawia. Wśród wątków badanych przez śledczych jest hipoteza, że pomagał on Breivikowi w skonstruowaniu ładunku wybuchowego, który eksplodował przed kancelarią premiera Norwegii.
"Myślałem, że uderzył samolot"
W momencie wybuchu pracował w swoim biurze w kamienicy położonej o jedną przecznicę od miejsca eksplozji. Fala uderzeniowa wybiła okno, szyba spadła na mnie. Potem zaczął się walić sufit. Telewizor, który wisiał na ścianie nade mną, przeleciał kilka centymetrów od mojej głowy. Gdyby mnie trafił, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Torkild Strandvik, świadek wydarzeń
Bomba, która 22 lipca 2011 roku krótko po godzinie 15 eksplodowała w centrum Oslo, była tak potężna, że ruchliwą dzielnicę rządową zmieniła w pobojowisko. — Myślałem, że to samolot uderzył w budynek — wspomina Torkild Strandvik. W momencie wybuchu pracował w swoim biurze, w kamienicy położonej o jedną przecznicę od miejsca eksplozji. — Fala uderzeniowa wybiła okno, szyba spadła na mnie. Potem zaczął się walić sufit — opowiada. — Telewizor, który wisiał na ścianie nade mną, przeleciał kilka centymetrów od mojej głowy. Gdyby mnie trafił, nie rozmawialibyśmy dzisiaj.
Strandvik został opatrzony przez ratowników. Jego zdjęcia z zakrwawioną twarzą stały się jednym z najbardziej poruszających obrazów tamtego dnia.
Ale wybuch w Oslo był jedynie pierwszym etapem. Zamachowiec, 32-letni Norweg, Anders Breivik, ruszył na położoną kilkadziesiąt kilometrów od Oslo wyspę Utoya. Swoje letnie obozy organizowała na niej młodzieżówka partii rządzącej. Tego dnia obozowisko było pełne młodych ludzi z całej Norwegii.
Breivik dotarł na wyspę przebrany w policyjny mundur i uzbrojony w broń automatyczną. Młodzież, która już wiedziała, że coś wydarzyło się w Oslo, na widok funkcjonariusza policji zgromadziła się na polanie. Wtedy napastnik otworzył ogień.
77 ofiar
Polowanie na bezbronne ofiary trwało półtorej godziny. Młodzi ludzie w panice uciekali do wody, próbując przedostać się na brzeg. Woda w jeziorze miała kilkanaście stopni.
— Jakiś człowiek przybiegł i krzyczał, że padły strzały na Utoi — mówi Anita Johbraaten. Na nabrzeżu zobaczyła mokrych, zziębniętych, młodych ludzi. — Dawaliśmy im ciepłe ubrania, herbatę i kierowaliśmy do namiotów, ale potem było ich tak dużo, że zaczęło brakować miejsca. Kiedy tylko ktoś dopływał, wśród tych, którzy byli na brzegu, wybuchały okrzyki radości.
— Dopiero wieczorem, kiedy włączyliśmy telewizję, dowiedziałam się jaka była skala tragedii — mówi Johbraaten. Tego dnia w Norwegii zginęło 77 osób, w większości młodych uczestników obozu na wyspie Utoya.
Podziemne kanały
Okoliczności zamachu badają m.in. dziennikarze śledczy dziennika "Dagbladet". W newsroomie redakcji od razu widać, że to najważniejsza sprawa, jaką zajmowała się ta gazeta. Zespół pracuje w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu, w którym na ścianach znajdują się wszystkie dotychczasowe ustalenia. Na najważniejszej mapie widać miejsce, gdzie zamachowiec zaparkował dostawczego volkswagena. To zagłębienie pod biurowcem. Najwyraźniej Breivik liczył, że budynek się zawali. Ale plany zniweczył przypadek.
— W miejscu, w którym wybuchł samochód-pułapka, znajdowały się podziemne kanały, do których uszła część energii eksplozji — pokazuje Sindre Meldalen, dziennikarz norweskiej gazety, który od dnia wybuchu prowadzi śledztwo w sprawie okoliczności zamachu.
Dziennikarze, ofiary i prowadzący postępowanie w Norwegii wciąż zastanawiają się, czy Breivik działał sam, czy też miał pomocników, którzy znali jego plany. — Przez cztery lata żył bez dochodów, a mimo to miał wystarczające fundusze, żeby skonstruować ładunki wybuchowe, kupić broń, wynająć farmę — wylicza dziennikarz. To mało prawdopodobne, żeby udało mu się to bez pomocy.
Łukasz M. dostanie zarzuty?
W miejscu, w którym wybuchł samochód pułapka, znajdowały się podziemne kanały, do których uszła część energii eksplozji. Sindre Meldalen, dziennikarz norweskiego dziennika "Dagbladet"
Już w pierwszych dniach po zamachu norweska policja była pewna, że Breivik dokonywał zakupów w polskich sklepach internetowych oferujących substancje chemiczne. W związku z tym polska prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wszczęły postępowanie.
Najważniejszym dostawcą Andersa Breivika w Polsce był Łukasz M. Według norweskiej policji dostarczył zamachowcowi 50 kilogramów sproszkowanego aluminium, składnika, który był niezbędny do skonstruowania bomby. Z ustaleń dziennikarzy TVN wynika, że nie ma jeszcze jednoznacznej ekspertyzy, że ten właśnie produkt został użyty do skonstruowania ładunku, który 22 lipca wybuchł w Oslo.
Łukasz M. twierdzi, że Breivik był jednym z jego wielu klientów. Mówi, że nie pamięta nazwisk swoich odbiorców, a bazę danych z mailami i kontaktami zabrała mu ABW wraz z komputerami. Mimo to przyznaje, że skojarzył nazwisko zamachowca od razu, kiedy w sobotę rano przeczytał w internecie informacje o zamachu.
— Od pierwszego momentu wiedziałem, że przyjdzie do mnie ABW — mówi. Dlaczego się sam się nie zgłosił? — Przecież i tak by do mnie przyszli — wzrusza ramionami.
Tajemnicze wyjazdy do Szwecji
ABW wkroczyła do jego mieszkania w niedzielę wieczorem, 48 godzin po zamachu. Zabezpieczyła komputery, notatki i faktury. Łukasz M. twierdzi, że nie miał żadnych powodów, aby obawiać się przeszukania, niczego nie usuwał z pamięci komputerów, nie niszczył dokumentów. Ale ABW musiała być innego zdania, bo przez blisko 5 miesięcy badała twarde dyski dwóch komputerów, którymi dysponował Łukasz M.
Według ustaleń dziennikarzy TVN uwagę ekspertów ABW zwróciły przede wszystkim dane dotyczące wyjazdów Łukasza M. do Szwecji. Część z nich została usunięta z pamięci komputera.
Pytany o te podróże, przyznaje, że szczególnie interesuje się Szwecją. — Zacząłem się uczyć szwedzkiego — mówi Łukasz M. I dodaje: — Byłem tam dwa razy.
Czy spotykał się tam z klientami? — Tak — przyznaje i dodaje, że ostatnio był w Szwecji w lipcu, czyli tuż przed zamachami w Norwegii.
Rozległe związki
Dlaczego wątek ten jest taki interesujący? Bo w śledztwie prowadzonym przez Norwegów wyszło na jaw, że Breivik miał szczególnie bliskie i rozległe związki ze szwedzkimi, ekstremistycznymi środowiskami prawicowymi. Tymczasem Łukasz M. kluczy i kłamie w sprawie wyjazdów. Podczas pierwszej rozmowy z dziennikarzami TVN powiedział, że dostarczał do Szwecji wałki do rozdrabniania substancji. Kilkanaście dni później, że części motocyklowe. Przyparty do muru odmówił podania informacji na temat swoich szwedzkich klientów. — A czy spotkał się pan w Szwecji z Breivikiem? — Koniec rozmowy — rzuca Łukasz M. i zdenerwowany wstaje od stolika.
Wątpliwości dotyczące jego szwedzkich kontaktów są na tyle poważne, że śledczy przyjęli wersję, że Łukasz M. mógł znać osobiście, spotykać się i potajemnie kontaktować z Breivikiem. A jeżeli tak, to czy Polak pomógł mu skonstruować ładunek, który 22 lipca zabił osiem osób w centrum Oslo?
Bomba na poczcie
Łukasz M. przedstawia się jako pasjonat chemii, który po ukończeniu studiów postanowił łączyć przyjemne z pożytecznym i otworzył sklep z chemikaliami. Dziennikarze TVN dotarli jednak do akt sądowych dwóch procesów sprzed ok. 10 lat, które przedstawiają Łukasza M. w zupełnie innym świetle. Został on prawomocnie skazany za przestępstwa z użyciem materiałów wybuchowych. W jednym przypadku chodziło o zakup i posiadanie dwóch kilogramów trotylu oraz amunicji do broni strzeleckiej. W drugiej Łukasz M. skonstruował i przesłał do jednego z odbiorców ładunek wybuchowy. Przesyłka eksplodowała w czasie sortowania na Poczcie Głównej we Wrocławiu. Policja zarządziła ewakuację i przeszukania u Łukasza M., odbiorcy paczki oraz kilkunastu innych osób, które utrzymywały kontakty z wrocławianinem.
Dziś Łukasz M. zdecydowanie ucina rozmowę na temat tamtych zdarzeń. — Temat jest zamknięty — mówi.
Ale według dziennikarskich ustaleń, adresatem przesyłki z ładunkiem, który eksplodował na poczcie, był Ryszard H., wówczas członek śląskiego gangu "Danona". Grupa została rozbita w 2002 roku. Według Centralnego Biura Śledczego, bandyci podłożyli ładunek wybuchowy pod agencję towarzyską w Rydułtowach. Rannych w eksplozji zostało pięć osób, w tym trzy ciężko. Właściciel lokalu stracił rękę, ciężko ranny został też jeden z wezwanych na miejsce strażników miejskich. Ryszard H. został skazany za udział w grupie przestępczej na pięć lat więzienia.
Norweski kontrwywiad tropi Polaka
Anders Breivik miał kontakty z jeszcze jednym sklepem internetowym, który znajdował się w Pobiedziskach pod Poznaniem. Sklep był popularny i polecany na forach, bo jego właściciel nie zadawał klientom żadnych niewygodnych pytań. Sklep Tomasza P. był też bardzo popularny wśród Norwegów. Na forach internetowych pod pseudonimem "Czort", Tomasz P. publikował filmy instruktażowe i reklamówki swojego sklepu. Wszystkie dotyczyły konstruowania ładunków wybuchowych.
Dziennikarze TVN dotarli do właściciela hurtowni pod Poznaniem, który dostarczał niewielkie ilości chemikaliów Tomaszowi P. — Kiedyś mi się przyznał, że sprowadził z Włoch tonę chloranu potasu — mówi. I dodaje: — To właściwie półfabrykat materiału wybuchowego, w zasadzie nie ma innego zastosowania. Dziwne, że ktoś sprzedał mu to we Włoszech. My nie sprzedajemy w ogóle niczego za granicę.
Bez wyrzutów sumienia
Kilka miesięcy przed zamachem zawierane przez Tomasza P. transakcje wzbudziły podejrzenia tajnego programu Global Shield, skupiającego urzędy celne z krajów NATO, które nadzorują obrót towarami, z których można wyprodukować bomby. Norweski urząd celny przesłał listę 41 podejrzanych transakcji do norweskiego kontrwywiadu. Było na niej nazwisko Andersa Breivika, jednak jego osoba nie wzbudziła żadnych podejrzeń tajnej policji. Według informacji Global Shield, Breivik kupił lont, który nie znajdował się na liście towarów zastrzeżonych. Zakup był niewielki, a sam Breivik nie był głównym podejrzanym na liście.
Tomasz P. ma dziś poważne kłopoty. W trakcie przeszukania, prokuratura znalazła dowody na to, że prowadził handel zakazanymi materiałami podwójnego zastosowania. W efekcie - on i dziesięciu jego klientów usłyszeli zarzuty, ale nie ma to związku ze sprawą Breivika.
Kilka tygodni temu w miejscowym urzędzie miasta formalnie zawiesił działalność prowadzonego przez siebie sklepu.
Tomasz P. mieszka w dużym, zaniedbanym domu na obrzeżach miasteczka. Czy ma wyrzuty sumienia? — Nie, dlaczego miałbym mieć. Ja mu tylko lont sprzedałem - odpowiada.
Bertold Kittel, Jarek Jabrzyk, współpraca: Marcin Rybak, "Gazeta Wrocławska"//mat/m
Źródło: TVN
Źródło zdjęcia głównego: TVN24