Dla chrześcijanina trochę to niepokojące, bo jeśli istotą chrześcijaństwa jest miłość bliźniego, to gdzież jest ta miłość, gdy izolujemy się od bliźnich? Kochać bliźniego, ale tylko z daleka, jest tyleż pięknie, co obłudnie. Choć z drugiej strony, nie wszystkich da się lubić…
Ale zaraz, zaraz… zapomnieliśmy o Bogu. Istotą chrześcijaństwa jest miłość Boga i bliźniego. I wiele osób przeżywa to tak, że obecność bliźniego przeszkadza w mistycznym uniesieniu, określanym nawet jako spotkanie z Bogiem, czyli w czymś bardzo, bardzo intymnym.
Inni potrzebują choćby chwili wytchnienia, siadają gdzieś na górskim szczycie, czy pustej, wietrznej plaży i patrzą w dal… Albo po prostu zapalają papierosa (ja nie palę), wyciągają się w fotelu i zagłębiają w książkę, popijając kawę…
W końcu Jezus też, zanim zaczął swą publiczną działalność, najpierw poszedł na pustynię. Ale wrócił! Co więcej, to właśnie na pustyni kusił go szatan. I to jest kolejne spostrzeżenie. Wielu chrześcijańskich mistyków w izolacji od zwykłego życia przeżywało największe duchowe katusze. Walczyli z demonami własnego wnętrza, które wychodzą i rosną zwłaszcza w samotności.