Do wypadku doszło około godziny 16 w środę na terenie byłej huty Baildon w Katowicach. Sześciokondygnacyjny budynek, należący do prywatnego właściciela, zawalił się w chwili, gdy w środku trwały prace rozbiórkowe. - Ale coś poszło nie tak jak powinno. Robotnicy musieli uciekać. Jeden z nich jednak nie zdążył - opisywała rzeczniczka śląskiej straży pożarnej Aneta Gołębiowska.
Trzy metry
Mężczyzna miał 29 lat. - Jego koledzy w ostatniej chwili wybiegli z budynku, jemu do życia zabrakło około trzech metrów. Robotnika przygniotła bardzo ciężka konstrukcja metalowa i żelbetowa. Nie miał najmniejszych szans na przeżycie - mówił zastępca komendanta miejskiego straży pożarnej w Katowicach Arkadiusz Korzeniewski.
Lekarz, który przyjechał na miejsce wypadku stwierdził zgon. Teraz specjalna komisja, złożona z przedstawicieli nadzoru budowlanego, inspekcji pracy, straży pożarnej i policji, oceni czy tragedii można było uniknąć. Według świadków być może tak. Ale z ich relacji wynika, że obraz katastrofy mógł być dużo bardziej tragiczny. - Tu nie ma żadnego nadzoru. Teren nie jest zabezpieczony, nie ma ochrony. Każdy może tu wejść. Myślę, że przyczyną tego wypadku była po prostu zła organizacja rozbiórki tego budynku - ocenił jeden z robotników, który pracował na sąsiedniej posesji.
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: TVN24