Co wiemy o "Kaście" i jakie są dowody na jej istnienie?

TVN24

tvn24Jakie są dowody na istnienie grupy "Kasta"? "Czarno na białym" prześledziło to krok po kroku

Co wiemy o grupie "Kasta", która miała między innymi zapoczątkować akcję wysyłania pocztówek z groźbami do Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego? Czy ujawnione w mediach screeny mogą być dowodem na istnienie "Kasty"? Informatycy i biegli podkreślają, że jeśli rozmowy miały miejsce w grupie kilkunastu sędziów, usunięcie wszystkich śladów byłoby bardzo trudne. Kluczem do odpowiedzi na te pytania mogłyby być telefony sędziów, ale na razie nie wiadomo, żeby prokuratura je zabezpieczyła. Materiał "Czarno na białym".

ZOBACZ CAŁY PROGRAM "CZARNO NA BIAŁYM" W TVN24GO

Pod koniec 2016 roku, gdy PiS zapowiadało zmiany w sądownictwie, na komunikatorze WhatsApp miała powstać grupa pod nazwą "Kasta". Taką nazwę nadał jeden z 13 sędziów, którzy mieli wchodzić w jej skład. Nazwa w każdej chwili mogła zostać zmieniona.

- To było takie miejsce, takie forum zamknięte, które służyło do tego, żeby wymieniać się pomysłami, w jaki sposób zwalczać wszystkich przeciwników wprowadzanych zmian w sądownictwie - tłumaczy Ewa Ivanova, dziennikarka "Gazety Wyborczej".

"Gazeta Wyborcza" ustaliła, że to forum tworzyli ludzie, których kariery nabrały rozpędu wraz z "dobrą zmianą" PiS.

Sędziowie, którzy mieli być w grupie "Kasta"

Aktywnym uczestnikiem "Kasty" był "MS dwa" - według ustaleń gazety - to Łukasz Piebiak, były już wiceminister sprawiedliwości, nazywany przez grupę "Hersztem".

W "Kaście" miał udzielać się także sędzia Jakub Iwaniec, pracownik Ministerstwa Sprawiedliwości, odpowiedzialny wcześniej między innymi za zwalczanie mowy nienawiści. Został zwolniony z resortu, gdy wyszło na jaw, że to on miał brać udział w hejterskich akcjach.

Ustalenia gazety i treść dyskusji mają wskazywać na to, że w grupie udzielali się także: Tomasz Szmydt, szef wydziału prawnego w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa,
 dwaj zastępcy głównego rzecznika dyscyplinarnego sędziów - Przemysław Radzik, nazywany przez innych uczestników "Rzeźnikiem", oraz Michał Lasota, 

sędziowie nowej KRS - jej wiceszef Dariusz Drajewicz oraz Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki, 

sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego - Konrad Wytrykowski, 

byli i obecni szefowie Sądów Okręgowych: Ireneusz Wiliczkiewicz, Rafał Stasikowski, Dariusz Kliś, Arkadiusz Cichocki.

To między innymi screeny opublikowane przez Onet, czyli zrzuty z ekranu telefonu, mają być dowodem na istnienie "Kasty".

- Te, które zostały opublikowane, to są screeny z telefonu pana sędziego Cichockiego - twierdzi Konrad Pogoda, pełnomocnik Emilii, która ujawniła mediom sprawę.

Sędzia miał być częścią grupy "Kasta", miał robić zrzuty z konwersacji grupy i przesyłać Emilii, która organizowała internetowy hejt na sędziów.

"Nie wiem czemu je wysyłał. Robił to raczej na bieżąco, ale czasem z opóźnieniem (...). Nie wiem, czy dziś sędzia Cichocki zbiera 'haki', ale zawsze wszystko zabezpieczał i skrinował" - mówiła w wywiadzie dla OKO.Press Emilia. Ona sama nie należała do grupy "Kasta".

Jej pełnomocnik dodaje, że liczba uczestników "Kasty" zmieniała się. - To nie było tak, przynajmniej według mojej wiedzy, że oni cały czas byli w tej grupie. Zdarzały się sytuacje, że ktoś do niej wszedł, bo został zaproszony, a później tę grupę opuścił, albo nie był aktywny w sensie rozmów. Oczywiście zapewne je widział i czytał, przynajmniej miał taką możliwość, ale niekoniecznie zabierał głos - mówił Pogoda.

"Materiały całkowicie niewiarygodne"

Bartosz Lewandowski, pełnomocnik części sędziów, którym przypisuje się udział w "Kaście" odpowiada, że "Kasta" nigdy nie istniała. On i ośmiu innych prawników zapowiadają pozwy przeciwko Emilii i redakcjom publikującym informacje o "Kaście", z żądaniami przeprosin i odszkodowań na łączną kwotę 10 milionów złotych. Mecenas będzie chciał udowodnić przed sądem, że te screeny nie są żadnym dowodem.

- Są materiałami całkowicie niewiarygodnymi. Nie wiem, czy pan wie, ale z informacji, które posiadam podobno pan redaktor umawiał się dzisiaj na wywiad z prezesem Jarosławem K. Tutaj mam akurat potwierdzenie, to jest dokument, z którego wynika, że dzisiaj o godzinie 18.20 najpóźniej ma pan przyjechać do pana prezesa. Przygotowanie tego zrzutu zajęło nam w kancelarii pięć minut. To jest naprawdę żaden dowód - mówił Bartosz Lewandowski do reportera "Czarno na białym" Cypriana Jopka.

Na potwierdzenie swoich słów pełnomocnik przesłał nam zrobiony przez kancelarię screen konwersacji, która nigdy nie miała miejsca - między redakcją "Czarno na białym" a prezesem Jarosławem K.

"Istnieją rozwiązania, które w wielu przypadkach, pozwalają na odzyskanie plików"

Pełnomocnik Emilii Konrad Pogoda pytany, czy jego zdaniem są dowody na to, że grupa "Kasta" istniała, odpowiada: - W mojej ocenie, z tego co ja miałem okazję zobaczyć, tak.

- Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ to sędzia decyduje, co może być dowodem - zwraca uwagę Adam Haertlé, redaktor naczelny serwisu Zaufana Trzecia Strona.

Trudno odpowiedzieć wprost na pytanie, czy zrzut ekranu otrzymany od kogoś może być dowodem na istnienie "Kasty" - podkreślają informatycy i biegli. Ale jeśli takie rozmowy miały miejsce w grupie kilkunastu sędziów, usunięcie wszystkich śladów istnienia "Kasty" byłoby bardzo trudne.

- Z reguły usuwanie aplikacji, usuwanie konta z telefonu oznacza, że usunięte są pewne pliki, które były w telefonie. Te pliki w zależności od telefonu są usuwane mniej lub bardziej skutecznie. Istnieją specjalistyczne rozwiązania, które w wielu przypadkach pozwalają na odzyskanie plików, a tym samym ich treści - wyjaśnia Adam Haertlé.

Jak sprawdzić, czy grupa "Kasta" istniała?

Specjalista od cyberbezpieczeństwa tłumaczy, że biegli sądowi posługują się specjalistycznym sprzętem.

Aby sprawdzić, czy grupa "Kasta" naprawdę istniała, potrzebne byłyby telefony sędziów, którzy mieli do niej należeć. Cała ich zawartość mogłaby wtedy trafić na dysk komputera, który wytworzyłby raport ze wszystkimi informacjami, jakie są i były na danym urządzeniu, także tymi usuniętymi.

- W tym raporcie możemy wybrać dział czaty i widzimy aplikację WhatsApp, a w tej aplikacji widzimy rozmowy, które były przeprowadzane przez użytkownika tego aparatu z jego konta - tłumaczy.

- Jeżeli będziemy mieli więcej niż jedno źródło informacji, będzie to bardzo cenne, bo będzie można porównać, czy te źródła są tożsame, czy mają te same konwersacje - dodaje.

Specjalistyczny program tworzy takie zrzuty ekranu. To oznacza, że można byłoby zobaczyć dokładnie to, co na ekranach swoich telefonów widzieli sędziowie, którzy mieli tworzyć "Kastę". To byłby jednoznaczny dowód na to, czy "Kasta" istniała. Ale aby tak się stało, należy zabezpieczyć telefony sędziów.

"W sprawie zabezpieczono sprzęt elektroniczny w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości"

Redakcja "Czarno na białym" zapytała, czy prokuratorzy prowadzący postępowanie w sprawie mają taki zamiar. "W sprawie zabezpieczono sprzęt elektroniczny w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości" - odpowiedział Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Nie ma informacji, by ktokolwiek zabezpieczył sędziowskie telefony.

"Nie jestem w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć prawdziwości tych zapisów"

Redakcje "Gazety Wyborczej" i Onetu, które publikowały screeny rozmów z "Kasty" nie ujawniają, jakimi dokładnie materiałami dysponują. W rozmowie z Onetem sędzia Arkadiusz Cichocki nie zaprzeczył autentyczności zrzutów. - Nie jestem w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć prawdziwości tych zapisów - powiedział.

- Nie mam takich informacji od mojego mocodawcy, jak też w materiałach, którymi dysponuję nie sposób dopatrzeć się, żeby to od sędziego Arkadiusza Cichockiego tego typu materiały przychodziły - mówi natomiast Piotr Paweł Urbanek, pełnomocnik sędziego Cichockiego.

W sprawie "Kasty", poza zrzutami z ekranu, są bezpośrednie konwersacje Emilii z sędziami, którzy mieli należeć do grupy. - Pokrywają się daty i czas oraz przede wszystkim sens tych wszystkich wypowiedzi - zauważa pełnomocnik Emilii.

Zarchiwizowane bezpośrednie rozmowy Emilii mają - zdaniem pełnomocnika - uwiarygadniać materiały dotyczące "Kasty".

Akcja wysyłania pocztówek do Małgorzaty Gersdorf

O istnieniu "Kasty" mają świadczyć także wydarzenia z połowy 2018 roku, gdy na ulicach Polski trwały marsze i protesty przeciw prowadzonym przez PiS próbom przeniesienia części sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku - w tym profesor Małgorzaty Gersdorf.

W grupie "Kasta", jak pisał Onet, w odpowiedzi na akcję wsparcia dla pierwszej prezes padł pomysł: "Proponuję akcję wysyłania pocztówek z hasłem W.....dalaj".

Autorem wpisu - według portalu - miał być sędzia Konrad Wytrykowski, powołany przez prezydenta Andrzeja Dudę do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Sędzia zaprzecza ustaleniom dziennikarzy.

Jednak po opisanej dyskusji, na Twitterze pojawił się taki wpis Emilii: "Uwaga!!!! Robimy akcję listów i kartek z "przesłaniem" do sędzi Gersdorf. 
Przekażmy wyrazy poparcia dla reformy sądownictwa a nie dla kasty Pani byłej Prezes". Kobieta we wpisie podała również adres Sądu Najwyższego.

"Obelżywe, okropne, obrzydliwe treści"

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego, mówi w rozmowie z "Czarno na białym", że "pocztówki przychodziły w dużych ilościach z różnymi obelżywymi, okropnymi, obrzydliwymi treściami, niepodpisane".

- Tego typu korespondencja w części została zniszczona. W dużej mierze nie była pokazywana pani prezes, bo to było po to robione, żeby ją nękać, żeby ją psychicznie zniszczyć - opowiada.

Według wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła to "kłótnia w rodzinie". Inny wiceminister sprawiedliwości 
Michał Wójcik też przekonywał, że "to jest bardzo silny, głęboki konflikt w środowisku sędziowskim".

- Niestety wbrew moim zakazom, kilka osób z tych kilkuset sędziów, zdecydowało się na prywatnych forach zorganizować odpowiedź na zachowania, czy ataki, które ich dotknęły. To było bardzo niemądre, poza tym bardzo naganne, nieakceptowalne przeze mnie i musiało się spotkać z jednoznaczną stanowczą reakcją, jeśli oczywiście te wszystkie informacje się potwierdzą - mówił we wtorek na konferencji prasowej Zbigniew Ziobro.

Zdaniem sędziego ze Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia" Bartłomieja Starosty, "zupełnie nieuzasadnione są twierdzenia, że aktualnie jest to jakaś walka dwóch grup sędziów". - Moim zdaniem jest to niewątpliwie działalność związana z Ministerstwem Sprawiedliwości - mówi w rozmowie z "Czarno na białym".

Profil KastaWatch na Twitterze, który hejtuje sędziów, prawników i dziennikarzy

Sędzia zwraca uwagę na inne konto ze słowem "Kasta" w tytule. Wskazuje, że kolejny przykład ataku na sędziów to powstały w listopadzie 2018 roku na Twitterze profil KastaWatch, który w taki sposób dyskredytuje i hejtuje nie tylko sędziów, ale prawników i dziennikarzy krytykujących "dobrą zmianę". Przekonała się o tym Ewa Ivanova, dziennikarka "Gazety Wyborczej", której dane kontaktowe zostały bezprawnie upublicznione przez konto KastaWatch.

- Jestem nękana SMS-ami i telefonami - mówi w rozmowie z TVN24 Ivanova.

To kolejny przykład zmasowanej akcji hejtu. Dziennikarka otrzymała dziesiątki telefonów i SMS-ów. - One mają podobną treść i dotyczą redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika - wyjaśnia.

"Na tym koncie publikowane są dokumenty z akt osobowych sędziów"

- Z moich wielomiesięcznych obserwacji wynika, że za tym muszą stać urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie ma innej możliwości, ponieważ na tym koncie publikowane są dokumenty z akt osobowych sędziów - zaznacza Bartłomiej Starosta.

Michał Laskowski wskazuje z kolei, że jeden czy dwa wpisy dotyczyły jego. - Zdziwiło mnie, że ci autorzy mają tak dokładne wiadomości z mojego życiorysu i to sprzed wielu lat, bo to nie są powszechnie znane informacje nawet w moim środowisku - mówił.

Dokumenty, do których ludzie spoza ministerstwa nie powinni mieć wglądu

- Wiele wskazuje na to, że muszą to być osoby mające kontakty z Ministerstwem Sprawiedliwości, ponieważ dokumenty, które pojawiały się na tamtym koncie w okresie, który analizowałam, czyli od grudnia 2018 do końca lutego 2019, to były dokumenty, które znajdowały się w aktach osobowych sędziów. I to nie są dokumenty dostępne powszechnie - tłumaczy Anna Mierzyńska, autorka artykułu dla OKO.press.

W swojej analizie dla OKO.press prześledziła publikacje internetowego konta. Jego autorzy udostępniali dokumenty, do których ludzie spoza ministerstwa nie powinni mieć wglądu: fragmenty akt osobowych sędziów, zdjęcie postanowienia o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego z etapu, na którym nie można upubliczniać takich dokumentów; 

list jaki jeden z sędziów bezpośrednio napisał do ministra sprawiedliwości; zestawienie służbowych wyjazdów zagranicznych jednego z sędziów należących do stowarzyszenia krytykującego reformę.

Większość z tych rzeczy jest w sądach, w których pracowali bądź pracują atakowani sędziowie.

- W tych konkretnych sądach w Polsce sprawdzałam, czy wnioskowano o udostępnienie tych dokumentów na bazie wniosku o udostępnienie do informacji publicznej. Nie było takich wniosków. A mimo wszystko to się pojawiło, czyli musiał mieć do tego dostęp ktoś na drodze służbowej - dodaje Mierzyńska.

Kanthak: jeśli informacje się potwierdzą, będą wyciągane konsekwencje

Redakcja "Czarno na białym" zapytała Ministerstwo Sprawiedliwości o to, czy ktokolwiek zwracał się do resortu o udostępnienie dokumentów opublikowanych przez KastaWatch. Rzecznik ministerstwa nie miał takiej wiedzy, ministerstwo nie sprawdzało kto mógł je udostępniać. - Nie mam zielonego pojęcia, jeśliby się potwierdziło, że któryś z pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości ma coś wspólnego z tym profilem, będą wyciągane konsekwencje, ponieważ taka działalność byłaby bez wiedzy ministra Ziobry i mojej jako rzecznika, który odpowiada za kontakt z mediami - odpowiada Jan Kanthak.

Nie wiadomo, czy grupa "Kasta" ma cokolwiek wspólnego z internetowym hejterskim kontem KastaWatch. Faktem jest, że profil KastaWatch chętnie polecał społecznościowe konta sędziów, którzy mieli współtworzyć "Kastę". Choć trzeba podkreślić, że mogło się to odbywać bez ich zgody.

Nie wiadomo, czy telefony sędziów zostały zabezpieczone przez prokuraturę

Przykładem tego, jak przekazywano dokumenty w sprawie sędziów "niepokornych" mogłyby być publikacje Onetu, który opisał jak Emilia otrzymywała poufne informacje od wiceministra Piebiaka, prawej ręki Zbigniewa Ziobry, za pośrednictwem internetowego komunikatora, wykorzystywane później do oczerniania sędziów także w prorządowych mediach.

- Pani Emilia dostarczyła dziennikarzom dokumenty, które były dokumentami absolutnie poufnymi i były to dokumenty takie, do których dostęp mógł mieć wyłącznie prokurator albo sąd - tłumaczy Magdalena Gałczyńska, dziennikarka Onetu.

Kluczem do odpowiedzi na wszystkie wątpliwości są telefony sędziów, którzy mieli tworzyć "Kastę". Wciąż nie wiadomo, czy zostały zabezpieczone przez prokuraturę.

Autor: kb//kg / Źródło: tvn24