Ten odcinek zna większość warszawskich kierowców. Trzypasmowa wylotówka na południe, długa prosta pod bezkolizyjnym skrzyżowaniem z wjazdem na Ursynów. Kierowcy wyrywają. Ułańska fantazja doprawiona nieodpowiedzialnością. Pędzą. Nagle z samochodem dzieje się coś dziwnego. Zwłaszcza z takim tylnonapędowym i nisko zawieszonym. Przód wyrywa w górę, tył idzie jak chce. Przy dużej prędkości auto wyskakuje z drogi w lewo. Wprost na słup podtrzymujący wiadukt. To jest ostatni wyskok. Po kolejnym wypadku i kolejnej śmierci w tym miejscu znajomi kolejnej ofiary zablokowali drogę, domagając się przebudowy fatalnej prostej. Zarząd dróg wziął się szybko do pracy i zbudował. Dwa znaki ograniczenia prędkości. Te zlekceważone wczoraj przez pędzące Ferrari.
Inna droga, tym razem w okolicach Poznania. Dwa miesiące temu pielęgniarka wraca z pracy. Zakręt. Na śliskiej drodze jej Fiat wypada z szosy i siłą rozpędu spada na położone niżej jezioro. Na szczęście jest zamarznięte. Auto prześlizguje się przez taflę i ląduje w szuwarach. Nikomu nic się nie stało. W lecie czeka tam jednak śmierć pod wodą.
Trzeci przypadek, znowu okolice Warszawy. Wjazd od Konstancina. Dwupasmówka. Zakręt. Nawet przy niewielkiej prędkości daje o sobie znać złe profilowanie albo złe poprowadzenie jezdni. Przednie koła wchodzą w łuk a tylne – nie. Kto wie, jak tu jechać, w połowie zakrętu zrobi poprawkę kierownicą. Kto nie wie i jeszcze przekroczy prędkość – wyląduje na barierce. Służby miejskie naprawiały ją średnio co trzy dni, aż w końcu ktoś wpadł na pomysł i zamontował stalowe bandy. Gdy się okażą niewystarczające, zawsze można zbudować betonowy mur. To nic, że za te same pieniądze (nie licząc bezcennych strat w ludziach) naprawić można drogę. Po co? Lepiej postawić znak.