Znowu nam nie wychodziło – to standard, ale wygrywaliśmy. Do chwili, gdy perfidnie okradziono nas ze zwycięstwa. Zrobił to Anglik dyktując jedenastkę, za zagranie, które w lidze angielskiej jest powszechne. I NIKT TAM NIE GWIŻDŻE KARNYCH po takich faulach.
Panie Anglik, tylko Pan no i może z 8 milionów Austriaków widziało ten faul. „Okradłeś nas łysolu” – krzyknął ktoś w Wiedniu.
Rozumiem go. Wylewa się ze mnie frustracja, bo po historycznej bramce, strzelonej przez naturalizowanego Rogerskiego (notabene - Polak by pewnie nie strzelił), byłem w sportowej euforii, jakiej jak żyje, nigdy nie doświadczyłem. Bramki Bońka, Laty, Gadochy widziałem z powtórek i były niczym lizanie lizaka przez papierek.
Przez 62 minuty otaczał mnie mityczny duch piłkarskiego zwycięstwa w najważniejszej imprezie starego kontynentu.
Czar prysł, zanim jeszcze na dobre poczułem jak smakuje.
Sosnowski, Wiedeń