Francja od paru dni mierzy się z rozległymi pożarami. W sobotni wieczór nakazano ewakuację kolejnych 55 tysięcy osób, co zwiększyło łączną liczbę ewakuowanych w południowo-zachodnich regionach Gironde i Landes do około 250 tysięcy osób. Jednym z zagrożonych terenów jest półwysep Cap Ferret.
To właśnie w akcji ewakuacyjnej bierze udział pan Paweł, który w rozmowie z redakcją Kontaktu24 opowiedział o swoich doświadczeniach. Mężczyzna od kilkunastu lat mieszka we Francji, w Arcachon, a od czterech lat pracuje jako kapitan statku pasażerskiego.
- Sytuacja jest wyjątkowa. Cztery lata temu również były duże pożary na południu zatoki, ale to, co dzieje się teraz, jest jeszcze poważniejsze i myślę, że już przewyższyło skalą tamte pożary. Pierwsze oznaki zagrożenia zauważyłem w środę. Około godziny 15-16 zobaczyłem ogień. Później poszedłem się wykąpać i wtedy widziałem już ogromne słupy dymu i ognia. Następnego dnia jeszcze normalnie pływaliśmy z turystami, ale wiedzieliśmy już, że będziemy musieli ewakuować cały przylądek - opowiedział w rozmowie z redakcją Kontaktu24. Według jego relacji akcja ewakuacyjna rozpoczęła się już w czwartek. Część pasażerów wracała do hoteli i swoich domów, jednak już w piątek ruszyła masowa ewakuacja.
Pożary we Francji nad Zatoką Arcachon
Tak wyglądała ewakuacja. Relacja Polaka
Osoby przebywające w Cap Ferret otrzymują komunikaty o konieczności opuszczenia zagrożonych terenów. Jak opowiedział, około godziny 3.30 mieszkańcy wschodniej części zatoki otrzymali powiadomienia SMS z ostrzeżeniami. Policja wzywa do opuszczenia miasta przy użyciu megafonów. W piątek całe miejscowości w północnej części zatoki praktycznie opustoszały.
Pan Paweł podkreślał, że z ogniem walczą ogromne siły straży pożarnej. Liczba strażaków ciągle się zmienia ze względu na wysoką temperaturę ognia.
CZYTAJ TEŻ: Szykowała się do wejścia na żywo, nagle doszło do eksplozji
- Problem polega na tym, że temperatura nad pożarem jest tak wysoka, że woda zrzucana z samolotów częściowo odparowuje jeszcze przed dotarciem do ziemi - wyjaśnił. Dodał też, że warunki sprzyjają szybkiemu rozprzestrzenianiu się ognia. - To region porośnięty sosnami, które są teraz bardzo suche. Z informacji, które do nas docierają, wynika, że pożar rozpoczął się w okolicach Saumos i miał związek z pracami przy koszeniu poboczy - zaznaczył.
Mężczyzna dodał, że po raz pierwszy spotkał się z najwyższym, czarnym poziomem zagrożenia. - Nie wolno już wchodzić do lasów. Ja pozostaję w pełnej gotowości. Dzisiaj miałem wykonać krótki rejs, ale wróciłem na statek i sprawdziłem cały sprzęt. Chcemy być gotowi, gdyby konieczna była kolejna ewakuacja mieszkańców - podsumował.