Złudna potęga nalotów. Bomby nie załatwią sprawy

Świat

mil.ruRosjanie dołączyli do państw bombardujących Bliski Wschód

Jak pokazuje sytuacja na Bliskim Wschodzie, coraz więcej państw traktuje uderzenia z powietrza jako przydatne narzędzie polityki zagranicznej. Bomby zrzucają samoloty mocarstw Zachodu, Rosji i państw arabskich. Nalotami nie da się jednak wygrać wojen i rozwiązać konfliktów. Mają mocno ograniczoną przydatność.

Najnowszym uczestnikiem wielkiej fali bombardowań na Bliskim Wschodzie jest Rosja, która z impetem wkroczyła w wojnę w Syrii. 34 rosyjskie samoloty oficjalnie atakują Państwo Islamskie i innych religijnych fanatyków, ale analiza ich celów nie pozostawia wątpliwości, że głównym zadaniem Rosjan jest wspieranie sojuszniczego reżimu Baszara Asada.

Plaga nalotów w regionie

Równocześnie w Syrii i sąsiednim Iraku z powietrza atakują samoloty zachodniej koalicji pod przywództwem USA, której głównym celem jest Państwo Islamskie i wsparcie walczących z nim Kurdów oraz Irakijczyków. W atakach na dżihadystów bierze też udział koalicja państw arabskich, oraz w mniejszym stopniu Iran, który "użyczył" swoich samolotów i pilotów Irakowi. Ponad to we wrześniu intensywną kampanię nalotów na Kurdów prowadzili Turcy.

Oddzielna wojna toczy się w Jemenie, gdzie Arabia Saudyjska i sprzymierzone z nią szejkanaty Zatoki Perskiej intensywnie atakują rebeliantów z ruchu Huti, wspieranych przez Iran.

Nie wszystkie państwa przeprowadzające naloty upubliczniają ich statystyki, ale prawdopodobnie dziennie na całym Bliskim Wschodzie ma miejsce kilkadziesiąt ataków z powietrza. Bombardowania mają taką intensywność, że państwa arabskie musiały wystosować do Amerykanów prośby o sprzedaż dodatkowego uzbrojenia, bo najzwyczajniej w świecie zabrakło im amunicji.

Rosjanie wykorzystują bombardowanie Syrii propagandowomil.ru

Efektów nie widać

Wszystko to kosztuje dziesiątki milionów dolarów dziennie, ale oznacza też śmierć nieoszacowanej liczby niewinnych cywilów. Tylko w ostatnich dniach Arabia Saudyjska została oskarżona o zbombardowanie wesela w Jemenie i zabicie około 120 osób, a Rosjanie już pierwszego dnia swoich nalotów zostali obwinieni o śmierć ponad 30 cywilów.

Pomimo takich kosztów wizerunkowych i finansowych lista państw ochoczo przystępujących do bombardowań wydłuża się, choć ich wymiernych efektów nie widać. Bomb spada coraz więcej, a Państwo Islamskie ciągle nie upada i skutecznie walczy w Syrii oraz Iraku, syryjska wojna domowa nie słabnie, a wojna w Jemenie zaognia się, przynosząc coraz większe straty państwom arabskim.

Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie dobitnie potwierdza już od dawna znaną prawdę, że naloty same w sobie nie decydują o wyniku wojny. Stały się jednak wygodnym narzędziem dla polityków, pozwalając im pokazać, że "coś" robią, choć nie przybliża to nikogo do rzeczywistego rozwiązania problemu.

Stary pomysł na naloty

Ideą, że lotnictwo jest w stanie samodzielnie zadecydować o wyniku wojny, zachłyśnięto się po raz pierwszy w okresie międzywojennym. Pod koniec I wojny światowej na niebie zaczęły się pojawiać duże bombowce strategiczne, które dzisiaj wydają się komicznie prymitywne, ale wówczas przyniosły rewolucję. Były bronią, która pozwalała niemal bezkarnie atakować miasta wroga niezależnie od krwawej łaźni na froncie lądowym. Pierwsze próby zmasowanych nalotów podejmowane przez Brytyjczyków i Niemców wydawały się obiecujące. Bombowce były znacznie bardziej praktyczne niż stosowane wcześniej wielkie, kosztowne i delikatne sterowce.

Zaczęła się wykuwać teoria bombardowań strategicznych. Jej najgłośniejszym i najwcześniejszym twórcą był włoski generał Giulio Douhet, którego pomysły w okresie międzywojennym zyskały największy posłuch w Wielkiej Brytanii i USA, głównie za sprawą lokalnych zwolenników teorii bombardowań strategicznych, brytyjskiego marszałka lotnictwa Sir Hugh Trencharda i amerykańskiego generała Billy'ego Mittchela. Uważali oni obaj, że zmasowane użycie ciężkich bombowców do bombardowań miast i centrów przemysłowych przeciwnika wystarczy do powalenia go na kolana. Ataki na cele militarne miały mniejsze znaczenie. Chodziło o złamanie ducha wrogiego narodu i pozbawienia go woli oraz możliwości do dalszej walki. Oznaczało to wojnę totalną, bez oglądania się na kwestie moralne związane z terrorystycznymi nalotami wymierzonymi w ludność cywilną.

Międzywojenną teorię zastosowano w praktyce podczas wojny. Jej ofiarami stali się m.in. Polacy, Brytyjczycy, a w późniejszej fazie wojny przede wszystkim mieszkańcy miast III Rzeszy i Japonii. Do końca wojny większość ważnych tamtejszych ośrodków miejskich i przemysłowych była w znacznej mierze zrujnowana. Od bomb zginęło prawdopodobnie około miliona cywilów. Pomimo olbrzymiego wysiłku włożonego przez aliantów w naloty, ich efekty okazały się dyskusyjne. Wola oporu Niemców i Japończyków nie została złamana z powietrza.

Kolejne dowody

II wojna światowa wykazała, że konwencjonalne naloty mogą mieć skutek wręcz przeciwny od zamierzonego - nie tylko nie łamią ducha oporu, ale wręcz go wzmacniają, budząc nienawiść i chęć odwetu. Teoria terrorystycznych nalotów na ludność cywilną przy pomocy bomb konwencjonalnych odeszła więc do lamusa. W zmodyfikowanej wersji zastąpiła ją koncepcja totalnej wojny jądrowej, którą początkowo miały prowadzić głównie bombowce strategiczne. Prawdopodobnie przy pomocy broni masowego rażenia lotnictwo byłoby w stanie skutecznie zrujnować i zdusić przeciwnika, ale jej użycie jest nie do pomyślenia poza skrajnymi sytuacjami.

Bomby jądrowe są jednak mało przydatne w pomniejszych konfliktach - a w takim, 20 lat po zakończeniu II wojny światowej, przyszło ugrzęznąć Amerykanom. Wtedy też wpadli oni w pułapkę przecenienia możliwości lotnictwa. W 1965 r. rozpoczęli operację Rolling Thunder, czyli zmasowaną kampanię nalotów konwencjonalnych na Wietnam Północny, której celem było zmuszenie przywództwa w Hanoi do zaprzestania wspierania komunistycznej partyzantki w Wietnamie Południowym i rozpoczęcia rozmów pokojowych.

Amerykanie mogli zakładać, że nowe technologie, dzięki którym przeciętnej wielkości samolot mógł zabrać na pokład więcej ładunku niż największe bombowce II wojny światowej i zrzucić go znacznie celniej, pozwolą im zrujnować Wietnam Północny i uniemożliwić mu prowadzenie wojny. Przez cztery lata amerykańskie lotnictwo zrzuciło na biedny i niewielki kraj więcej bomb niż na III Rzeszę. Zdało się to jednak na nic. Wietnamczycy z północy wytrzymali bombardowania i wygrali wojnę domową. Zwycięstwo z powietrza po raz kolejny okazało się nieosiągalne, pomimo zaangażowania ogromu środków. Z wielu względów naloty okazały się znacznie mniej skuteczne niż przewidywano. Nawet nie osłabiły Wietnamu Północnego na tyle, aby ustabilizować sytuację w Wietnamie Południowym.

Amerykańska operacja Rolling Thunder skończyła się porażkąArtur Tarkowski | tvn24.pl

Powtórna lekcja pokory

Lekcja z operacji Rolling Thunder wystarczyła na kolejne dwie dekady. W latach 90. ponownie znacznie wzrosła wiara w możliwości lotnictwa, głównie za sprawą rewolucji technologicznej i pojawienia się broni precyzyjnej. Po raz pierwszy szerzej użyto jej podczas operacji Pustynna Burza i choć stanowiła niecałe 10 proc. zrzuconych ładunków, to jej wykorzystanie zostało bardzo nagłośnione medialnie - przede wszystkim za sprawą obecnie już dobrze wszystkim znanych nagrań z systemów celowniczych samolotów.

Dzięki wojnie z Irakiem rozprzestrzeniło się przekonanie, że lotnictwo dysponuje radykalnie większymi możliwościami. Broń precyzyjna umożliwiła nieporównywalnie skuteczniejsze niż dawniej atakowanie z powietrza. Pojedynczy samolot może osiągnąć efekt, do którego niegdyś były potrzebne całe formacje ciężkich bombowców.

W tej atmosferze w 1999 r. koncepcję zwycięstwa z powietrza poddano próbie po raz kolejny. Tym razem potęgi lotnictwa mieli doświadczyć Serbowie podczas wojny o Kosowo. NATO chciało bombardowaniami zmusić serbskie przywództwo do zaprzestania czystek etnicznych i wyrażenia zgody na rozwiązanie polityczne konfliktu. W tym celu do akcji rzucono same samoloty, które przez 78 dni trwania operacji Allied Force wykonały 10,5 tys. nalotów, z czego podczas niecałych 30 proc. użyto broni precyzyjnej.

Wbrew oczekiwaniom Serbowie nie ulegli łatwo. Pierwsza fala ataków wymierzona w wojsko nie przyniosła efektów, bombardowano więc też infrastrukturę cywilną. Pomimo potężnej presji prezydent Slobodan Miloszewić zgodził się na rozmowy dopiero w wyniku mediacji dyplomatów rosyjskich i fińskich oraz wyraźnego zagrożenia inwazją lądową wojsk NATO. Bezpośrednio po kampanii nalotów odtrąbiono historyczne zwycięstwo lotnictwa, które miało samodzielnie wygrać wojnę. Z perspektywy czasu stało się jednak jasne, że same bomby, choć były bardzo dotkliwe, nie przyniosłyby upragnionego rezultatu bez działań dyplomacji.

Bomby jako najłatwiejsze rozwiązanie

Pomni doświadczeń z historii Amerykanie oraz inne państwa zachodnie oficjalnie nie traktują nalotów na Państwo Islamskie jako sposobu na rozwiązanie problemu tej radykalnej organizacji. Mówili o tym zarówno premier David Cameron jak i prezydent Barack Obama. Pomimo tego nie jest robione nic więcej, aby dżihadystów zniszczyć. Na wysłanie wojsk lądowych, które mogłyby faktycznie pokonać Państwo Islamskie, po dekadzie krwawych i rozczarowujących wojen w Afganistanie oraz Iraku nie ma zgody politycznej i poparcia społecznego. Co ważniejsze, nie ma też pomysłu jak trwale ustabilizować region i zapobiec pojawieniu się kolejnych wcieleń państwa dżihadu.

Rozpoczęte z wielką pompą naloty rosyjskie również nie przybliżyły rozwiązania problemu Państwa Islamskiego. Choć oficjalnie media w Rosji piszą entuzjastycznie o "gromie" z nieba uderzającym w dżihadystów, to faktycznie ostrze uderzenia było skierowane w różne ugrupowania rebelianckie walczące z syryjskim reżimem. Może to bardzo pomóc resztkom wojsk Baszara Asada w ustabilizowaniu sytuacji i odbiciu części utraconych w ostatnim roku terenów, ale nie zakończy krwawej wojny domowej.

Podobnie rozczarowujące są efekty wielomiesięcznych nalotów państw arabskich w Jemenie. Samo wsparcie z powietrza nie pozwoliło siłom rządowym ruszyć do ofensywy przeciw ugrupowaniu Hutich. Do walki ostatecznie rzucono ciężkie siły zmechanizowane, ale te i tak utknęły w bagnie wojny partyzanckiej i ponoszą poważne straty, co było do przewidzenia, jeśli się weźmie pod uwagę bardzo trudny teren, w którym muszą działać, i zaprawienie przeciwników w wojnie podjazdowej.

Wydaje się, że Arabowie i Rosjanie właśnie będą odbierać lekcję o tym, jak mało skuteczne są same uderzenia z powietrza bez powiązania ich z przemyślanym działaniem na lądzie i w sferze dyplomacji. Zachód nie ma już złudzeń, ale nie ma też pomysłu i chęci na bardziej kompleksowe rozwiązania. Naloty na Bliskim Wschodzie stały się wyrazem bezsilności i pokazują tylko, jak skomplikowane są problemy tego regionu, do których rozwiązania potrzeba znacznie więcej niż bomb i samolotów.

Rosyjskie bombowce Su-24 i samoloty szturmowe Su-25 dokonały nalotów na cele tak zwanego Państwa IslamskiegoMO Rosji
wideo 2/35

Autor: Maciej Kucharczyk\mtom / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: mil.ru

Tagi:
Raporty: