Szczygło: Banda durniów strzela do cywili

B. minister obrony narodowej Aleksander Szczygło o Nanghar Khel
B. minister obrony narodowej Aleksander Szczygło o Nanghar Khel
Źródło: tvn
Sprawę zabójstwa 6 cywili w afgańskiej wiosce Nangar Khel tuszowali wysoko postawieni oficerowie - ujawnia "Superwizjer" TVN. Żołnierzy oskarżonych o ludobójstwo były minister obrony Aleksander Szczygło nazwał "bandą durniów". We wtorek Sąd Wojskowy ma zdecydować, czy oskarżeni wyjdą z aresztu.
Żołnierz z Plutonu Delta relacjonuje wydarzenia z Nangar Khel

Żołnierz z Plutonu Delta relacjonuje wydarzenia z Nangar Khel

"Major chce strzelać do ludzi" Informator "Superwizjera" opowiadał, jak po przybyciu na miejsce tragedii zobaczył 6 ciał. Jeden chłopiec jeszcze żył. Żołnierz próbował wezwać sanitariuszy i śmigłowce, jednak dotarły one na miejsce dopiero po dwóch godzinach.

- Od rana w bazie mówiło się, że major chce strzelać do ludzi - powiedział.

- Nie widziałem żadnych terrorystów - kontynuuje. - Byliśmy przekonani o zasadności tego rozkazu, podjęliśmy decyzję, że będziemy strzelać - dodaje.

Czyja odpowiedzialność? Po powrocie do bazy sprawą ostrzału wioski mieli zająć się przełożeni. - Teraz musimy wymyślić dobrą wersję, pewnie do was strzelali - miał wg. informatora powiedzieć wysoko postawiony oficer.

Żołnierze mieli zeznać, że rozkaz ostrzału wydał im dowódca bazy. Według nich, rozkaz brzmiał: "napie… w wioski". Potem mieli jeszcze słyszeć z jego ust: "Niech gniew Boży spadnie na te wioski". Żaden z nich nie odmówił wykonania rozkazu, bo - jak twierdzą - bali się konsekwencji. Przypominali o wcześniejszym buncie w oddziale. Doszło do niego, gdy żołnierze odmówili wyjazdu na patrol w za słabo - ich zdaniem - opancerzonych samochodach.

Olgierd C. obciąża płk. Stręka

Olgierd C. obciąża płk. Stręka

Kilkanaście osób złożyło wówczas wnioski o przeniesienie ich do innego miejsca. Część z nich wróciła do Polski. Wszczęto śledztwo w sprawie odmowy wykonania rozkazu. Pozostałych nakłoniono do wycofania wniosków.

W tuszowaniu sprawy mieli uczestniczyć płk. Adam Stręk i gen. Marek Tomaszycki. Jak powiedział dowódca Olgierd C., płk. Stręk wymyślił wersję o ataku terrorystów na polski oddział. - To pułkownik Stręk kazał mi tak mówić do mieszkańców wioski - powiedział.

Według informatora "Superwizjera", w sprawę tuszowania włączył się także generał Marek Tomaszycki. - Generał miał powiedzieć, żebyśmy się nie martwili. Weźmie nas do bazy w Bagran i tam dokończymy misję - mówi informator.

Generał Tomaszycki unika komentarzy ws. Nangar Khel

Generał Tomaszycki unika komentarzy ws. Nangar Khel

Zarówno płk. Stręk, jak i gen. Tomaszycki odmawiają komentarzy w tej sprawie.

Czy Szczygło zabrał żołnierzy?

Jeszcze bardziej zagadkowy jest udział w tej sprawie ówczesnego ministra obrony narodowej Aleksandra Szczygły. Według zeznań informatora, miał on zabrać samolotem dwóch żołnierzy, którzy uczestniczyli w masakrze w Nangar Khel. - Od ustalania prawdy jest prokuratura. Proszę się zwrócić do osób zarządzających transportem - uciął Szczygło. Były minister nie czuje się odpowiedzialny, że - jak to określił - "jakaś banda durniów strzela do cywili".

Od odpowiedzialności uchyla się także dowódca polskiej bazy Olgierd C. - Nigdy z moich ust nie padły słowa "napie... w wioski", ani nic w tym stylu - stwierdził. - Oddział miał strzelać na zachód, chcą zrzucić na mnie odpowiedzialność - dodał.

Co wydarzyło się w Nangar Khel?

Co wydarzyło się w Nangar Khel?

Pluton DeltaWedług informatora, żołnierze z plutonu, który ostrzelał wioskę Nanghar Khel, mieli potwierdzić w prokuraturze, że nazywali siebie plutonem Delta, a do mundurów przyczepiali emblematy trupich czaszek. Chcieli się w ten sposób upodobnić do amerykańskich komandosów znanych z profesjonalizmu, skuteczności, ale przede wszystkim z bezwzględności.

Jak wyjaśnili żołnierze, sama nazwa Delta była skrótem pełnej nazwy: Dynamiczny Element Likwidacji Terrorystów Afgańskich.

Żołnierzom grozi dożywocie 16 sierpnia 2007 r. polscy żołnierze ostrzelali z moździerzy wioskę Nangar Khel w Afganistanie. Zginęło sześć osób, wśród nich kobiety i dzieci. Trzy kobiety zostały kalekami. Trzy miesiące później wojskowa prokuratura postawiła sześciu żołnierzom zarzut zabójstwa. Prokuratorzy ustalili, że Polacy pojechali na pomoc patrolowi, który wpadł na minę i otworzyli ogień w kierunku wioski. Choć nikt ich nie atakował, strzelali z moździerza i karabinu maszynowego, celowali w budynki cywilne. Żołnierzom za ten czyn – zbrodnię wojenną - grozi dożywocie. Komandosi twierdzili, że zostali zaatakowani przez talibów, którzy uciekli do wioski. Strzelali do broniących się bojowników, a ofiary wśród cywilów to nieszczęśliwy wypadek. Ale szczegółów ich wersji do tej pory nie znał nikt poza osobami zaangażowanymi w śledztwo.

Od trzech miesięcy żołnierze z plutonu Delta siedzą w areszcie, oskarżeni o zbrodnię ludobójstwa.

Źródło: TVN24, tvn24.pl

Czytaj także: